W większości mediów, wprawdzie nieco na drugim planie, pojawiła się wczoraj informacja o objęciu tronu arcybiskupów Canterbury przez niejaką Sarę Mullally, byłą pielęgniarkę, od dłuższego już czasu uzurpującą sobie tytuł osoby duchownej. Jest to pierwsza kobieta na tym stanowisku, który to fakt wszystkie relacje zdają się podkreślać z nieukrywaną radością. Sama nominacja nie powinna specjalnie dziwić, zważywszy, że Wspólnota Anglikańska dopuściła tzw. kapłaństwo kobiet blisko cztery dekady temu, z kolei jej linia programowa bardziej niż nauką Zbawiciela przeniknięta jest wszelkimi postępowymi bredniami, które wiernym oferuje się potem w przebraniu prawd wiary.
O ile wszystko to wydaje się oczywiste, o tyle moją uwagę przykuła reakcja mediów katolickich. Relacje większości z nich opisują dokonaną właśnie intronizację w sposób przychylny, przytaczają pełną tytulaturę p. Mullally, a także piszą o konieczności dalszego budowania, wraz z wyżej wymienioną, wspólnoty opartej na dialogu. Słowem – widzą w niej osobę ważnie piastującą urząd prymasa Anglii (takie bowiem znaczenie ma funkcja arcybiskupa Canterbury) i jakkolwiek gdzieniegdzie da się zauważyć przebrzmiewający gdzieś w oddali problem kapłaństwa kobiet, to jednak nikt po stronie katolickiej nie wyraża większego sprzeciwu.
Jest truizmem, że współczesne media katolickie coraz częściej przyjmują perspektywę świata zewnętrznego, której nie konfrontują z własną doktryną. Tym bardziej należy więc przypomnieć prawdziwą istotę rzeczy, a Prawdę naszą – Prawdę jedyną, głosić nieustannie.
A zatem: tzw. Kościół anglikański od momentu swojego powstania (1534) jest obarczony brzemieniem schizmy i nałożonej na Henryka VIII ekskomuniki. Nie może być uważany za wspólnotę równą Kościołowi Katolickiemu, co jasno określili i potwierdzili papieże.
Jeszcze za życia Henryka VIII uczynił to Klemens VII. W wyroku wydanym w odpowiedzi na ślub króla z Anną Boleyn pisał:
„Ogłaszamy, że wspomniany król Henryk […] zaciągnął karę większej ekskomuniki (excommunicationis maioris). Deklarujemy, że jego oddalenie królowej Katarzyny było nielegalne, a małżeństwo z Anną Boleyn jest nieważne i pozbawione wszelkich skutków prawnych”. I dalej: „nakazujemy królowi, pod rygorem klątwy, od której nikt poza Nami nie może go uwolnić, aby […] oddalił wspomnianą Annę i powrócił do współżycia z prawowitą małżonką, naprawiając tym samym zgorszenie, jakie wywołał w całym świecie chrześcijańskim”.
Król nie wypełnił polecenia, co więcej – ponawiał ów grzech z uporem trwając w schizmie, wchodząc w kolejne związki małżeńskie i mordując żony, które nie spełniały jego oczekiwań. Jest zatem oczywistym, że ekskomunika pozostała ważna. Potwierdził ją (a nawet poszedł znacznie dalej) Paweł III. W bulli Ejus qui mobilis (z 17 grudnia 1538) nie tylko ponownie ekskomunikował Henryka, ale – w zgodzie z ówczesnym prawem kanonicznym – ogłosił jego detronizację i wezwał chrześcijańską Europę do krucjaty przeciwko „tyranowi”:
„[…] ogłaszamy, że wspomniany król Henryk, jego zwolennicy, doradcy i naśladowcy, popadli w wyrok wiecznego potępienia […] i zostają odcięci jako zgniłe członki od Ciała Chrystusa, którym jest Kościół”.
„[Henryk], depcząc autorytet Stolicy Apostolskiej, ogłosił się zuchwale i bezbożnie Jedyną Głową Kościoła w Anglii, co jest tytułem należnym wyłącznie Chrystusowi i Jego namiestnikowi na ziemi. Przez ten akt pychy sam wykluczył się z Królestwa Bożego”.
„Uwalniamy wszystkich poddanych rzeczonego króla od wszelkiej przysięgi wierności i lenn […] zabraniając im jednocześnie, pod karą klątwy, posłuszeństwa wobec jego bezprawnych nakazów”.
Jego naśladowcy… To niezwykle ważne słowa. Kościół Anglii po dziś dzień pozostaje bowiem odłączony od jedynego prawdziwego Kościoła, naśladuje swego ekskomunikowanego twórcę i trwa w tym samym błędzie, logicznym zatem jest wniosek, że (by raz jeszcze przywołać słowa Pawła III) popada w wyrok wiecznego potępienia.
Od wieku XVII wśród teologów anglikańskich zarysował się nurt, dążący do zbliżenia z Kościołem Katolickim. Sprawa zyskała na znaczeniu w wieku XIX, a w centrum zainteresowania autorów licznych komentarzy i polemik, do których dochodziło po obu stronach, legła kwestia ważności święceń. Leon XIII, chcąc ostatecznie wyjaśnić potencjalne wątpliwości, zlecił kardynałowi Vaughanowi przygotowanie memoriału w tej sprawie (1895). Kardynał powołał wówczas komisję teologiczną, której sam przewodniczył, a rezultat jej prac przedstawiono papieżowi. Ten, po uważnym przestudiowaniu całego zebranego materiału, 13 września 1896 r. listem apostolskim Apostolicae curae uznał święcenia w kościele anglikańskim za nieważne, zaś sukcesję apostolską – za przerwaną. Czytamy tam:
„[…] mocą Naszego autorytetu, z własnej inicjatywy i z pewną wiedzą, ogłaszamy i deklarujemy, że święcenia udzielone według obrzędu anglikańskiego były i są całkowicie nieważne i całkowicie puste (omnine cassas nullasque esse)”.
Trudno o bardziej klarowny obraz sytuacji.
Odnieśmy teraz to, co dotąd napisano, do dokonanej właśnie ceremonii intronizacji nowej głowy Kościoła Anglii. Nie może być mowy o ważnych święceniach, gdyż wspólnota ta, odłączona od Kościoła Chrystusowego, nie jest w stanie ich dokonać. Tym samym nie ma tu mowy o uznaniu jakichkolwiek anglikańskich tytułów biskupich lub arcybiskupich przez stronę katolicką. Odcięcie się od Rzymu i sprzeciw wobec woli samego Zbawiciela, który na tej właśnie skale – przez siebie naznaczonej i wybranej – zbudował swój Kościół, sprawiło, że wspólnota anglikańska straciła prawa przysługujące członkom Mistycznego Ciała Chrystusa i nie partycypuje w sukcesji apostolskiej. Jakkolwiek nie nazwać osób zasiadających na tronie arcybiskupów Canterbury, będą to wyłącznie puste słowa, bez żadnego znaczenia.
Jakby tego było mało, kwestią nie mniej ważną pozostaje sprawa kapłaństwa kobiet, które schizmatycki Kościół Anglii dopuszcza, po raz kolejny sprzeciwiając się Chrystusowi i tym, którzy prowadzą jego Kościół tu, na ziemi. Najważniejszą, zarazem zaś współczesną nam, wypowiedzią Magisterium na ten temat pozostają słowa Jana Pawła II, który w Ordinatio Sacerdotalis (1994) pisze:
„Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawach wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne”.
Nieco wcześniej Paweł VI w liście do jednego z poprzedników p. Mullally pouczał: „Kościół trzyma się tych racji: przykładu zapisanego w Piśmie Świętym, zgodnie z którym Chrystus wybrał swoich Apostołów tylko spośród mężczyzn; stałej praktyki Kościoła, który naśladuje Chrystusa, wybierając tylko mężczyzn; oraz jego żywego nauczania, które konsekwentnie przyjmuje, że wykluczenie kobiet z kapłaństwa jest zgodne z zamysłem Boga wobec Jego Kościoła”.
Kongregacja Nauki Wiary w opublikowanej w roku 1976 deklaracji Inter Insigniores oświadcza: „Kościół, chcąc pozostać wierny przykładowi swego Pana, nie uważa się za uprawnionego do dopuszczenia kobiet do święceń kapłańskich”.
Potwierdzenie wszystkich tych opinii znajdujemy też w Kodeksie Prawa Kanonicznego (KPK). Kanon 1024 zawiera zapis, zgodnie z którym „Święcenia ważnie przyjmuje tylko mężczyzna ochrzczony (Sacram ordinationem valide recipit solus vir baptizatus)”. Z kolei Katechizm Kościoła Katolickiego poucza, że „Nikt nie ma prawa do otrzymania sakramentu święceń. Nikt bowiem nie może sam sobie nadać tego urzędu. Jest się do niego powołanym przez Boga. […] Pan Jezus wybrał mężczyzn, by utworzyć kolegium Dwunastu Apostołów. Kościół czuje się związany tym wyborem dokonanym przez samego Pana. Z tego powodu święcenia kobiet nie są możliwe”.
A zatem nawet gdyby nie istniały po temu inne przeszkody, p. Mullally nie miała prawa otrzymać ważnych święceń już choćby ze względu na to, że z perspektywy katolickiej Kościół (nawet Papież) nie ma władzy udzielenia ich kobiecie. Każda tego typu próba już z zasady jest nieważna (nie wywołuje skutków faktycznych – kobieta nie staje się bowiem kapłanem), a także błędna – stanowi wszak odejście od depozytu wiary, przekazanego przez Apostołów i ich następców.
W mediach katolickich nie przypomniano przywołanych tu faktów, zamiast tego zasłonięto je kolejną litanią ku chwale ekumenicznego dialogu, którego ceną jest wyparcie się własnej Tradycji i doktryny. Faktów jednak zmienić nie sposób. W konsekwencji ich świadomego przyswojenia katolik, zgodnie z niezmiennym Magisterium Kościoła, nie może uznawać ani urzędu arcybiskupa Canterbury, ani jakiegokolwiek tytułu anglikańskiego biskupa, ani tym bardziej dopuszczać myśli, że kobieta może otrzymać ważne święcenia kapłańskie. To, czego byliśmy właśnie świadkami, to pozbawione znaczenia przedstawienie, które dla nas nie ma – bo mieć nie może – żadnego faktycznego skutku prawnego lub teologicznego. Posłuszeństwo Chrystusowi wymaga jasnego rozróżnienia między rzeczywistością Jego Kościoła a udającymi ją strukturami wspólnot schizmatyckich. Rozróżnienie to pozostaje warunkiem zachowania jedności z Mistycznym Ciałem Chrystusa i wierności depozytowi wiary, który Kościół przechowuje od czasów Apostołów.
Św. Robert Bellarmin tak o tym pisze: „Kościół katolicki jest jedyną wspólnotą, która może prawomocnie nauczać w imieniu Chrystusa; wszystkie inne wspólnoty heretyckie czy schizmatyckie nie mają władzy nauczać ani ustanawiać sakramentów.”
Dialog oczywiście jest możliwy, a nawet konieczny, jednak katolik nie może tracić z oczu jego celu, którym jest (by użyć słów Piusa XI): „sprzyjanie powrotowi do jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusa tych, którzy się od niego oddzielili; ponieważ od tego jedynego prawdziwego Kościoła odpadli w przeszłości”.
Mariusz Matuszewski
