Dokładnie środek kwietnia, księżyc prawie w pełni –

trzecia kwadra. Druga dekada stulecia.

Koniec czegoś, co nazwać muszą później inni

wolni od krótkowzrocznej dziecinady wieku

który o wszystkich swoich sprawach mówi "post":

posthistoria, postsztuka i postpolityka.

 

Jestem tutaj, pod miastem; byłoby już ciemno

gdyby nie jasny księżyc i biaława mgła

drze sie bażant, dzik prycha – ja, zbiegany mieszczuch

z podmiejską łąką mam swoje nocne tete – a tete

 

Po drugiej stronie czarnej powierzchni jeziora

świeci się ta altana (lubimy z niej drwić;

z jej kiczowatych świateł – to jest enerdowska

kraina baśni) – cała reszta śpi.

 

Myślę nagle mój Boże dziś jest przecież noc

noc płonących budynków katedry jak szkło

 

(ostatni chrześcijanie tam w świetle pożaru

śpiewają coś w języku w którym dobrze brzmią

trzy rzeczy:  średniowieczne pieśni heroiczne

walki o króla, z królem – i egzystencjalizm)

 

 zapominam otworzyć okno przed zaśnięciem

sucho w gardle i duszno przyśnią się pożary

na tle ognia sceptyczna twarz pana Houellebecq'a

czeka by papierosa odpalić od żaru

 

Zanuć ze mną pisarzu że to dzisiaj noc

noc płonących budynków katedry jak szkło

 

 

Agnieszka Sztajer