„To tylko mit”. „Kolor skóry nie ma znaczenia”. „Najważniejszy jest talent aktorki”. „Starożytni Grecy i tak nie myśleli kategoriami współczesnej rasy”. „Oburzenie dowodzi jedynie prawackich uprzedzeń”.
Tak mniej więcej wygląda obrona decyzji, aby w filmowej „Odysei” Christophera Nolana Helenę Trojańską zagrała czarnoskóra aktorka Lupita Nyong’o. Brzmi to tak szlachetnie, że człowiekowi zaczyna delikatnie kwilić dusza: „A może jednak mają rację?”. Kłopot w tym, że żaden z tych argumentów nie wytrzymuje pierwszej próby namysłu. A namysł, jak wiadomo, bywa dla współczesnej kultury rozrywki doświadczeniem niebezpiecznym.
No to zacznijmy od pierwszego argumentu: „to tylko mit”.
Otóż mit nie oznacza opowieści bez narodu, miejsca, rodu i kultury. Helena nie jest przecież bezimienną księżniczką z krainy „dawno, dawno temu”. Według najpowszechniejszej tradycji jest córką Zeusa i Ledy, żoną Menelaosa i królową Sparty – postacią należącą do greckiego świata Achajów.
Można oczywiście uznać, że skoro jej historia zawiera pierwiastki nadprzyrodzone, wszystko wolno. Wówczas nie byłoby też przeszkód, by Odysa zagrał, powiedzmy, Aborygen, Priama – Koreańczyk, a Penelopę odziano w strój inkaskiej kapłanki. Bo przecież mit. A jak mit, to najwyraźniej hulaj dusza, Homera nie ma.
Bardzo wygodna metoda. Najpierw bierze się dzieło należące do konkretnej cywilizacji, potem oznajmia się, że ze względu na jego mityczny charakter nie ma ono już żadnej określonej tożsamości, a na końcu poucza się spadkobierców tej cywilizacji, że ich przywiązanie do pierwowzoru jest wysoce podejrzane. Najlepiej jeszcze z miną profesora strofującego niedouczoną gawiedź.
Jeszcze piękniej brzmi zdanie, że „kolor skóry nie ma znaczenia”.
Owszem, nie ma… dopóki chodzi o postać europejską. W odwrotną stronę znaczenie odzyskuje natychmiast – i to z całym „dobrodziejstwem inwentarza”: przemocą symboliczną, wymazywaniem, zawłaszczeniem oraz obowiązkowym oburzeniem ludzi, którzy jeszcze przed chwilą zapewniali, że liczy się wyłącznie talent.
Gdy biała aktorka zostaje obsadzona w roli postaci należącej do innego kręgu etnicznego, współczesna kultura szybko przypomina sobie o szacunku dla dziedzictwa. Pojawia się „whitewashing”, wymazywanie tożsamości, przywłaszczenie kulturowe i cały słownik jakże słusznego oburzenia.
Gdy jednak zmienia się pochodzenie postaci europejskiej, wygląd człowieka staje się nagle rzeczą całkowicie przypadkową – ba, nieistotną.
Zasada jest więc prosta. Cudza tożsamość jest święta. Europejska – do natychmiastowej przeróbki.
Kolejny argument głosi, że najważniejszy jest talent aktorki. Oczywiście, talent ma znaczenie. Nie każda rola jest jednak dla każdego aktora. Sześćdziesięcioletni mężczyzna może być geniuszem sceny, ale nie stanie się przez to idealnym kandydatem do roli młodego Romea. Talent nie unieważnia wymagań postaci.
Chyba że wybór pasuje do obowiązującej polityki różnorodności. Wtedy – jak wiadomo – samo pytanie o zgodność aktora z postacią przestaje być kwestią artystyczną, a zaczyna uchodzić za moralnie podejrzane.
Wiek, wygląd i pochodzenie współtworzą postać – aż do chwili, gdy ideologia każe udawać, że nie mają znaczenia.
Helena zaś nie jest bohaterką, której wygląd pozostaje bez znaczenia. Jej niezwykła uroda należy do samej istoty mitu o Helenie. O jej odzyskanie toczy się wojna, a „Iliada” wprost łączy jej piękno z cierpieniami Trojan i Achajów.
Oczywiście nie znaczy to, że dziesięcioletnia wojna wybuchła wyłącznie dlatego, że kilku mężczyzn zachwyciło się kobiecą twarzą. Dochodzą do tego czyn Parysa, honor Menelaosa i działania bogów, którzy – podobnie jak współcześni scenarzyści – lubili komplikować ludziom życie. W szerszej tradycji pojawia się również przysięga dawnych zalotników.
Niemniej uroda Heleny nie jest przypadkowym ozdobnikiem. Homer nie przedstawia jej jako postaci, której wygląd można dowolnie dostosować do dzisiejszych wymogów reprezentacji rasowej. Przedstawia kobietę osadzoną w konkretnym świecie i konkretnym rodzie.
Można ten świat zmieniać. Reżyser może zrobić z „Odysei” musical, western albo nawet opowieść rozgrywającą się na pierścieniu Saturna. Może przenieść akcję do Japonii lub współczesnego Londynu. Nikt nie odbiera mu prawa do artystycznej fantazji.
Jest jednak różnica między adaptacją, która mówi: „Biorę Homera i opowiadam go na nowo”, a wybiórczą zmianą dokonaną w obrębie świata nadal przedstawianego jako homerowy. Jeżeli pozostają Sparta, Menelaos, Troja i Achajowie, lecz akurat pochodzenie Heleny ma się nagle okazać szczegółem bez znaczenia, nie jest to zwykła zmiana scenografii. Jest to korekta postaci.
Niech zatem przeróbka zostanie nazwana przeróbką. Niech tylko nikt nie wymaga, aby każdą dowolność nazywać wiernością Homerowi, a każdy sprzeciw wobec niej – dowodem moralnego upadku widza, jeśli nie wręcz jego rasizmu. Bo wówczas przestajemy rozmawiać o swobodzie artystycznej, a zaczynamy o obowiązku zachwycania się decyzją reżysera.
Najciekawszy pozostaje argument, że starożytni Grecy „nie rozumieli rasy tak jak my”.
To akurat prawda. Grecy nie znali ani współczesnych formularzy rasowych, ani instrukcji, które różnice między ludami wolno jeszcze zauważać.
Odróżniali jednak Greków od Egipcjan, Scytów i innych ludów znanego im świata. Wiedzieli po prostu, że ludzie z różnych krain nie są kulturowo wymienni.
Z prawdziwej przesłanki wyciąga się zatem bardzo wygodny wniosek. Skoro Grecy nie posługiwali się nowoczesnym pojęciem rasy, ich bohaterowie nie mieli rzekomo żadnego określonego pochodzenia.
Tymczasem grecka tradycja nie przedstawia Heleny jako kobiety należącej do jednego z afrykańskich ludów znanych Grekom. Umieszcza ją w Sparcie, w domu Ledy i Tyndareosa, u boku Menelaosa, pośród Achajów. Jest Spartanką i Achajką – nawet jeżeli dzisiejsza moda na poprawianie dawnych opowieści wolałaby uznać takie szczegóły za niebyłe.
Nie da się oczywiście ustalić koloru skóry postaci mitycznej tak, jak ustala się go u osoby historycznej. Źródła osadzają ją jednak w określonym rodzie i świecie. Helena nie jest bohaterką kulturowo bezdomną – przepraszam, osobą w kryzysie kulturowej bezdomności – którą można dowolnie przenosić z jednego ludu do drugiego, nie zmieniając przy tym znaczenia postaci.
Współczesny widz ma natomiast uwierzyć, że starożytni byli tak metafizycznie „postępowi”, iż nie dostrzegali różnic, które sami opisywali.
Zdumiewające, ilu rzeczy nie wiedzieli o sobie Grecy…
Nie chodzi przy tym o obrażanie Lupity Nyong’o. Za decyzję obsadową odpowiadają twórcy, nie aktorka. Jej talent nie jest tu przedmiotem sporu.
Nie oznacza to jednak, że pytanie o zgodność obsady z postacią staje się niedopuszczalne. Talent aktorki nie sprawia, że każda decyzja reżysera jest trafna wobec pierwowzoru. Problemem nie jest więc Lupita Nyong’o, lecz wybór twórców i próba wmówienia publiczności, że żadna istotna zmiana właściwie nie nastąpiła.
I nie chodzi też o samą obecność czarnoskórej aktorki w wielkim widowisku. Rzecz w tym, że Hollywood po raz kolejny sięga po europejski kanon, zmienia tożsamość należącej do niego postaci i przedstawia tę operację jako coś całkowicie naturalnego, a nawet moralnie pouczającego.
Nie trzeba przy tym zaglądać Nolanowi do głowy ani przypisywać mu intencji, których nie znamy. Wystarczy spojrzeć na obsadę, by rozpoznać dobrze już znany sposób obchodzenia się z europejskim dziedzictwem: najpierw się je przerabia, a potem tłumaczy widzowi, że właściwie nic się nie zmieniło.
Tworzenie nowych mitów wymaga talentu. Przemalowanie starych wymaga odpowiedniego komunikatu prasowego i kilku komentatorów gotowych wyjaśnić publiczności, że to, co widzi, nie jest tym, co widzi.
Europejskie dziedzictwo stało się osobliwym magazynem rekwizytów. Można z niego zabrać dowolną postać, zmienić jej pochodzenie, dopisać współczesną wrażliwość, po czym ogłosić, że właśnie w ten sposób oddano prawdziwego ducha dzieła.
Duch ten okazuje się zastanawiająco podobny do strategii promocyjnej dużej wytwórni.
A gdy ktoś zauważy, że Helena nie była symbolem dowolnie wymiennej kobiecości, lecz królową Sparty, otrzymuje lekcję tolerancji – zwykle od ludzi, którzy przy próbie obsadzenia białej aktorki w roli afrykańskiej postaci natychmiast przypomnieliby sobie, że pochodzenie jednak istnieje.
Nie ma więc powodu atakować aktorki. Warto natomiast zapytać, dlaczego kultura, która tak chętnie mówi o szacunku dla tożsamości, europejskie dziedzictwo traktuje jak materiał do poprawienia.
Helena Trojańska nie przeszła castingu. Przeszła współczesną korektę.
I nawet Homer, gdyby żył, zapewne musiałby przeprosić, że nie przewidział jej właśnie takiej…
—
Lenka I. Miler – nauczycielka, socjoterapeutka i doktorantka nauk o rodzinie. Bada rozwój moralny w ujęciu św. Tomasza z Akwinu oraz jego znaczenie w pracy wychowawczej i socjoterapeutycznej z młodzieżą. Wraz z mężem prowadzi wydawnictwo Pod Chorągwią Matki Bożej Łysieckiej.
