Świat obiegły kolejne zdjęcia z Watykanu, niepokojące dla każdego katolika rozumiejącego depozyt wiary, jaki został nam powierzony.
Oto była pielęgniarka, od pewnego czasu używająca tytułu „arcybiskupki Canterbury”, została zaproszona do złożenia wizyty przy Tronie św. Piotra i potraktowana jak równa Ojcu Świętemu głowa chrześcijańskiej wspólnoty religijnej. Jakby tego było mało, p. Sarah Mullally – bo o niej mowa – udzieliła błogosławieństwa katolickim hierarchom. Przy grobie Księcia Apostołów.
Niestety, zgromadzeni tam katoliccy duchowni przyjęli ów gest z namaszczeniem i powagą. Uznali tym samym jego ważność. Swoją postawą przyznali p. Mullally prawa należne wyłącznie ważnie wyświęconym kapłanom, z kolei dokonanemu przez nią obrzędowi nadali rangę równą błogosławieństwom udzielanym przez duchownych jedynego, prawdziwego Kościoła.
Wiernym nie pozostaje nic innego, jak przebłagać Boga za ten grzech, a także przypominać, że bluźniercze w swej naturze „błogosławieństwo” jest aktem sprzecznym z tym, czego Kościół nauczał przez tysiąclecia. Nie wolno uznawać go za ważne z co najmniej trzech powodów: pierwszy to brak sukcesji apostolskiej; drugi – to prymat piotrowy; trzeci – to symbolika samego gestu.
Z punktu widzenia nauki Kościoła Katolickiego, wspólnoty schizmatyckie i heretyckie (a taką pozostaje tzw. Kościół Anglii) nie zachowały sukcesji apostolskiej w rozumieniu sakramentalnym. Skoro ich szafarze nie posiadają ważnych święceń kapłańskich, nie mogą udzielać błogosławieństwa w sensie ścisłym (benedictio potestativa), które jest zarezerwowane dla hierarchii kościelnej. Przypomnijmy w tym miejscu słowa wydanej przez Leona XIII bulli Apostolicae Curae (1896): Ogłaszamy i uznajemy, że święcenia udzielone w obrzędzie anglikańskim były i są całkowicie nieważne i w każdym stopniu bezużyteczne.
W przypadku schizmy anglikańskiej sprawa jest bardzo poważna również dlatego, że jej fundamentem było odrzucenie władzy nadanej następcom św. Piotra. Pius IX w encyklice Quartus Supra (1873) poucza zaś: Kościół zawsze uważał za heretyków i schizmatyków tych, którzy w jakikolwiek sposób sprzeciwiali się prawowitej władzy Rzymskiego Pontyfika. W tym przypadku zwierzchnik takiej właśnie wspólnoty udziela błogosławieństwa tym, których autorytet odrzuca, a którzy jako jedyni dzierżą władzę udzieloną na mocy jedynej ważnej sukcesji apostolskiej. Rzecz niesłychana zarówno z teologicznego, jak i logicznego punktu widzenia.
Papież, jako Następca św. Piotra i Wikariusz Chrystusa na ziemi, posiada najwyższą władzę jurysdykcyjną i duchową w Kościele. Zgodnie z zasadą nemo dat quod non habet (nikt nie daje tego, czego nie ma), osoba stojąca niżej w hierarchii sakramentalnej (a zwłaszcza poza nią) nie może błogosławić osoby posiadającej pełnię władzy kapłańskiej. Pismo Święte mówi o tym wyraźnie w przypisywanym św. Pawłowi Liście do Hebrajczyków (7,7): Nie ma zaś żadnej wątpliwości, że to, co mniejsze, otrzymuje błogosławieństwo od tego, co wyższe. Przyjmując błogosławieństwo od protestanta, papież symbolicznie odwraca ten porządek, co umniejsza godność urzędu papieskiego i samej natury Kościoła Katolickiego jako jedynej pełnej formy Kościoła Chrystusowego.
Jest to tym groźniejsze, że może prowadzić wiernych do przekonania o niewielkim znaczeniu różnic doktrynalnych między katolicyzmem a protestantyzmem. Kanon 1258 Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 roku: stwierdził jasno: Wiernym nie wolno w żaden sposób aktywnie asystować lub brać udziału w obrzędach niekatolickich. Wiernym – a cóż dopiero duchownym i hierarchom Kościoła!
Błędem jest sądzić, że gesty podobne to tego, który stanowi powód skreślenia niniejszych uwag, mają charakter wyłącznie grzecznościowy. Tomasz z Akwinu w swojej Sumie Teologicznej zaznacza, że Wyznanie wiary nie polega tylko na wypowiadaniu słów, ale także na znakach zewnętrznych. Jest oczywistym, że ani wierni, ani tym bardziej ich pasterze, nie mogą czynić czegoś, co jest równoznaczne z poddaniem się duchowej kurateli osób nie uznających pełni władzy i nauki Kościoła Rzymskiego. To zdrada Prawdy.
Wierność depozytowi wiary wymaga jasności sądu, która nie podlega negocjacjom ani dostosowaniu do ducha czasu. Jeżeli zaciera się granica między tym, co prawdziwe, a tym, co błędne, jeśli gesty zaczynają przeczyć nauce, którą mają wyrażać — wówczas nie mamy już do czynienia z duszpasterską roztropnością, lecz z niebezpiecznym zamętem. Zwłaszcza, że wszelkie próby uznania herezji lub schizmy za równe Prawdzie prowadzą do zaniechania dążenia do zbawienia tych, których zwiedziono na manowce fałszywej nauki. A jak uczy papież Pius XI (Encyklika Mortalium Animos, 1928): Jedności chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko przez popieranie powrotu dysydentów do jedynego prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego kiedyś nieszczęśliwie odpadli.
Dlatego powtórzmy z całą mocą: schizmatyk nie może błogosławić ważnie wyświęconego kapłana – nie ma po temu środków ani prawa, a wszelka próba takiego działania pozostaje bezskuteczna i pozbawiona znaczenia w porządku sakramentalnym. Papież, biskupi oraz kapłani mają natomiast obowiązek chronić godność swoich urzędow – to talenty, które powierzono im jako depozyt, z których będą rozliczeni przez Króla, który powróci.
Mariusz Matuszewski
