Wróciłem właśnie do lektury Sztuki wojny Sun Tzu, jednego z najbardziej klasycznych dzieł światowej literatury, napisanej około IV wieku p.n.e. Wydanie, które mam do dyspozycji, opatrzono komentarzem, mającym w założeniu wyjaśnić czytelnikowi kontekst oraz mniej zrozumiałe fragmenty traktatu, a także umożliwić przeniesienie zastosowania zawartej w nim myśli na poza-militarne aspekty ludzkiej aktywności.
Nie bez pewnej irytacji zauważyłem, że komentarz, który miał służyć ułatwieniu odbioru tekstu, niejednokrotnie nakłada na myśl jego autora dodatkową siatkę niedomówień i mylących interpretacji. Widać to zwłaszcza na przykładzie często powracającego tu motywu, jakim są próby przenoszenia refleksji autora Sztuki Wojny na grunt rywalizacji ekonomicznej.
Samo zjawisko nie jest oczywiście nowe. Od lat 80. XX wieku myśl Sun Tzu zaczęła przenikać do literatury zarządzania, marketingu i korporacyjnej strategii. W świecie anglosaskiego kapitalizmu epoki deregulacji i globalizacji Sztukę wojny zaczęto interpretować jako uniwersalny podręcznik „strategii”, który rzekomo równie dobrze opisuje pole bitwy, jak i rynek. W ten sposób powstał osobliwy język metafor, a cytaty z Sun Tzu zaczęły pojawiać się w podręcznikach biznesowych, seminariach dla menedżerów i szkoleniach z negocjacji.
Mamy tu do czynienia z (by użyć stylu myślenia Spenglera) dosyć szczególnym symptomem, charakterystycznym dla schyłkowego stadium cywilizacji: momentem, w którym język wielkich doświadczeń historycznych został spłycony, zredukowany do ornamentu, służącego legitymizacji działań, pozbawionych ich pierwotnej rangi i wpleciony we współczesną siatkę pojęć definiujących moralność (lub jej brak). To jeden z objawów zżerającej nas choroby: przekonanie, że wszystkie teksty wszystkich epok mówią tym samym, naszym, językiem ducha.
Tymczasem dla Sun Tzu wojna była zjawiskiem splecionym z losami państwa. Armia stanowiła jego integralną część, samo zaś państwo podobne jest żywemu organizmowi, żyjącemu z pracy rolników, zgodnie z rytmem zbiorów i uzależnionym od możliwości sprawnego transportu zboża. Każda kampania była ingerencją w ten delikatny układ. To fundament ekonomii wojny opisywanej przez Sun Tzu, myśl, która dla współczesnego czytelnika pozostaje niemal niewidoczna: wojna jest przeszkodą, zwłaszcza w kontekście gospodarczym, należy więc osiągać przewagę bez podejmowania działań zbrojnych lub też (jeżeli nie jest to możliwe) ograniczać te ostatnie do niezbędnego minimum. Autor Sztuki… mówi o wyczerpaniu skarbców, o zubożeniu ludu, angażowaniu zasobów (zwłaszcza żywności), o ruinie pól pozostawionych bez uprawy. W jego świecie armia to chwilowo zmobilizowana część społeczeństwa. Żołnierz był rolnikiem, który przestawał orać ziemię. Każdy miesiąc konfliktu oznaczał utracone zbiory. To dlatego Sun-Tzu uznaje, że zwycięstwo nie polegało na pokonaniu przeciwnika w bitwie, lecz na osiągnięciu przewagi innymi środkami, u podstaw których leżały szybkość, decyzyjność, a także odpowiednie wykorzystanie uwarunkowań strategicznych i taktycznych, pozwalające uchronić państwo, jego populację i jego zasoby przed ciężarem wojny. Przemarsz armii i bezpośredni atak to ostateczność, którą, jeżeli już niej dojdzie, należy ograniczyć do minimum.
Niestety, współczesny czytelnik, wychowany w świecie bezdusznych systemów, nie rozumie tej logiki. Czyta Sun Tzu jak zbiór aforyzmów, nadający napędzanej przez biurowe szczury korporacyjnej machinie pozorów czegoś wartego poświęceń i godnego dusz, które pożera. Cytuje zdania o podstępie i o pokonaniu wroga bez walki, lecz nie widzi, że są one częścią znacznie głębszej wizji, której sednem pozostaje unikanie spustoszenia i osłabiania państwa.
To, co dla autora było doświadczeniem walki o przetrwanie, dla współczesnego interpretatora staje się ordynarną retoryką rynku, której jedynym celem jest zaprogramowanie jednostek na pogoń za zyskiem w warunkach brutalnej, zdehumanizowanej konkurencji.
W tym sensie niezrozumienie ekonomii wojny, o której pisze Sun Tzu, jest też przykładem stopniowej utraty zdolności wczuwania się w duchową formę minionych epok. A kiedy kultura traci tę zdolność, przeszłość przestaje być źródłem mądrości. Cele, w które wplata się dziś słowa wypowiedziane przed setkami lub tysiącami lat, niejednokrotnie należą do porządku myśli, który u ich autorów budzić mógłby jedynie wzgardę i obrzydzenie.
Skutek dokonanej w tym przypadku reinterpretacji znaczeń jest szczególnie dotkliwy. Żywy sens tekstu – zakorzeniony w świecie, który go stworzył – zanikł, z kolei słowa stały się samodzielnymi symbolami, oderwanymi od kontekstu, którym pierwotnie były nasycone. Sprawia to, że współczesny czytelnik, nieprzygotowany do poprawnego odbioru traktatu, interpretuje go w sposób uproszczony, często instrumentalny i moralnie obojętny.
Sztuka wojny Sun Tzu to oczywiście tylko przyczynek, który jednak znakomicie obrazuje jeden z objawów choroby toczącej ducha Zachodu: jest nim odcięcie współczesnych społeczeństw od ich intelektualnego źródła. Myśl przestaje być organiczną częścią życia, a wielkie teksty przeszłości nie są już rozmową między pokoleniami; zamieniają się w retoryczne narzędzia, które można dowolnie dopasować do bieżących potrzeb. Zdania wyrywa się z ich naturalnego środowiska, tak jak wyrywa się kolumny ze zburzonej świątyni, aby ustawić je jako dekorację na placu jakiegoś betonowego miasta.
Słowa pozostają, lecz ich znaczenie ulega erozji. W efekcie przeszłość przestaje kształtować współczesny umysł – staje się jedynie zbiorem cytatów i pustym echem dawnych doświadczeń.
