51DVnRTgbwL._SX355_Obserwując reakcje rządu Wielkiej Brytanii na rezultat referendum, rozpisanego w celu uzyskania opinii społeczeństwa w zakresie woli pozostania lub wystąpienia z Unii Europejskiej, nie mogę oprzeć się wrażeniu o kompletnym zaskoczeniu i totalnym nieprzygotowaniu na Brexit.

Tym, co wskazuje na zupełne zaskoczenie rządu przewagą zwolenników opcji "leave", jest przede wszystkim informacyjny chaos. Brakuje jakiegokolwiek scenariusza, nie ma informacji dotyczących podstawowych problemów, jakie wiążą się z opuszczeniem UE: od statusu obywateli krajów Unii, mieszkających i pracujących na terenie "Zjednoczonego Królestwa", aż po rozwiązania administracyjne (zwłaszcza te związane z ruchem granicznym), projekty zmian w funkcjonowaniu służby zdrowia i sprawy gospodarcze (zwłaszcza związane ze swobodną wymianą handlową oraz członkostwem w Europejskim Obszarze Gospodarczym).

Ustąpienie premiera Camerona uznać należy za próbę ratowania pozycji Partii Konserwatywnej. Wskazuje na to m. in. niemal natychmiastowe wysunięcie na plan pierwszy lidera konserwatywnych euro-sceptyków, byłego burmistrza Londynu – Borisa Johnsona. Założenie jest dosyć proste: utrzymanie stanowiska premiera przez pro-unijnego Camerona, odpowiedzialnego za zorganizowanie referendum, którego wynik w sposób zdecydowany uderzył w jego własną politykę względem Brukseli, może oznaczać dalszy odpływ elektoratu do ugrupowań takich, jak UKIP. A zatem twarzą partii musi zostać kandydat, który spełni oczekiwania społeczne i będzie zdeklarowanym przeciwnikiem Unii Europejskiej. Boris Johnson, postać równie medialna, co Nigel Farage, znakomicie wpisuje się w ten scenariusz.

Skąd jednak wzięła się porażka stronnictwa optującego za pozostaniem w UE?

W moim przekonaniu winne jest zbyt optymistyczne podejście do odpowiedzialności oraz stopnia poinformowania przeciętnego wyborcy. Anglicy w sprawach nie związanych z ich własnym podwórkiem orientują się słabo. Im zaś gorsze wykształcenie – tym mniejsza wiedza. Niewielki procent wyborców orientował się w realnych konsekwencjach głosowania za lub przeciw UE, większość natomiast dysponowała przede wszystkim hasłowo dobranymi argumentami z kampanii propagandowej – tylko tak można bowiem określić sposób politycznej agitacji, prowadzonej zarówno przez przeciwników UE, jak też zwolenników pozostania w jej strukturach.

Od dłuższego już czasu prasa Unii Europejskiej w brytyjskich mediach i tutejszej opinii publicznej była bardzo słaba. Krytyka skupiała się na dwóch głównych aspektach: pierwszy to rzecz jasna niechęć do napływających na Wyspy imigrantów. Problem drugi – to nadrzędność praw unijnych nad prawem krajowym. Znakomitym przykładem na skuteczność podnoszenia w/w argumentów bez konieczności zagłębiania się w istotę spraw jest sukces partii Nigela Farage – nie mającej przecież żadnego pozytywnego programu reform czy też strategii postępowania na arenie międzynarodowej,  za to bez ustanku i w sposób dosadny krytykującej Unię, imigrantów i rząd. I zbijającej na tym spory polityczny kapitał.

Wszystko wskazuje na to, że znaczna część wyborców głosowała nie na realny bieg spraw, lecz właśnie na hasła – przede wszystkim te skierowane przeciw imigrantom, w kampanii propagandowej UKIP-u wysuwane na plan pierwszy. Ciekawe wnioski przynosi w tym kontekście analiza pytań, wpisywanych z komputerów zlokalizowanych w obrębie Zjednoczonego Królestwa do najpopularniejszej na świecie wyszukiwarki internetowej – Google, w ciągu kilku godzin po zamknięciu lokali wyborczych. Informacje, których Brytyjczycy poszukiwali najczęściej, dotyczyły odpowiedzi na pytania takie, jak:

– co to jest Unia Europejska?

– jakie kraje należą do UE?

– co oznacza wyjście z UE?

– co to jest Brexit?

– co to jest referendum w sprawie UE?

I tym podobne. Podkreślmy raz jeszcze, że są to najczęściej wyszukiwane informacje w obrębie Wysp Brytyjskich po zamknięciu lokali wyborczych w dniu głosowania w sprawie wyjścia lub pozostania kraju w Unii Europejskiej. Apogeum nastąpiło między godziną 4.00 a 8.00 czasu londyńskiego, a zatem w momencie, gdy jasnym było, że zwolennicy Brexitu wygrywają przewagą, którą trudno będzie pobić.

Innymi słowy: wyborcy szukali informacji na temat tego, co było przedmiotem głosowania, już po jego zakończeniu.

W moim przekonaniu w sposób jasny mamy tu do czynienia z głosowaniem mas, którym serwowano propagandową papkę, które nie były świadome konsekwencji głosowania za "remain" lub "leave", wreszcie – które szły do lokali referendalnych nie mając podstawowej nawet wiedzy o mechanizmach rządzących Unią Europejską i kierowały się własnymi, skutecznie podsycanymi prze kampanię referendalną, emocjami.

Na tym polega główny błąd gabinetu Camerona: przeceniono społeczne uświadomienie i odpowiedzialność. I za ten błąd premier zapłacił stanowiskiem. Brexitu nie brano pod uwagę jako opcji realnej, zatem nikt się do niej nie przygotował. Był to swego rodzaju wypadek przy pracy. Tyle, że ten obecny może oznaczać zmianę struktury sił politycznych na całym kontynencie.

Oby na lepsze.

Mariusz Matuszewski