W ciągu ostatnich dekad wypracowaliśmy w Polsce pewne stałe już i mocno zakorzenione w społecznym obyczaju daty i wydarzenia, które co roku stają się przedmiotem obchodów i pamięci, ale również sporów politycznych oraz historycznych. Do kanonu tych wydarzeń należy niewątpliwie Bitwa Warszawska.
Teoretycznie sprawa wydaje się prosta: oto bowiem wygraliśmy jedną z najważniejszych bitew w dziejach świata; armia dopiero co odrodzonej Polski zatrzymała nawałę barbarzyńców zdolnych podpalić całą Europę; bohaterstwo polskiego żołnierza i poświęcenie społeczeństwa, które w godzinie próby zdało egzamin celująco, nie budzi wątpliwości.
O ile sam fakt militarnego zdruzgotania bolszewickiej nawałnicy pozostaje niepodważalny, o tyle temperatura sporu rośnie, gdy zaczynamy pytać o zasługi i mechanizm tego sukcesu, a zwłaszcza, gdy sporu dołącza pytanie o ingerencję z Nieba. Dla historyków pozostaje ono drugorzędne. To swoisty historyczny folklor, ubarwiający może rozważania o kierunkach natarć i roli wywiadu, ogólnie pozostający jednak bez znaczenia.
Tymczasem już papież Pius IX jednoznacznie potępił przekonanie, że Bóg nie ingeruje w ziemskie rządy i że porządek doczesny działa samoczynnie. „[Błędem jest twierdzenie, że] Boska relacja i wpływ Boga na sprawy ludzkie oraz państwowe są wymysłem przeszłości”.
* * *
Chcąc dokonać poprawnej interpretacji wydarzeń z roku 1920, trzeba cofnąć się w czasie o blisko pół wieku, kiedy to Służebnica Boża Wanda Malczewska (obecnie trwa jej proces beatyfikacyjny), mistyczka i wizjonerka, usłyszała od Matki Bożej proroctwo o odrodzeniu Polski i zwycięstwie, które miało dokonać się 15 sierpnia – w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. W 1872 r. podczas Wielkiego Postu Malczewska usłyszała takie oto przesłanie:
„Polska niegdyś wyróżniała się nabożeństwem do mnie – toteż serdecznie ją kocham. Pod moją opieką wzrastała. Nieprzyjaciół nawet silniejszych, zwyciężała. Jej oręż wsławił się wobec całego chrześcijaństwa, gdy szła do boju pod moim hasłem. Skoro otrzyma niepodległość, to niedługo powstaną przeciwko niej dawni gnębiciele, aby ja zdusić. Ale moja młoda armia, w Imię moje walcząca, pokona ich i odpędzi daleko, i zmusi do zawarcia pokoju. Ja jej dopomogę”.
Rok później, dokładnie w Uroczystość Wniebowzięcia NMP, wizjonerka wysłuchała następnego proroctwa:
„Uroczystość dzisiejsza niezadługo stanie się świętem waszym narodowym, bo w tym dniu odniesiecie zwycięstwo świetne nad wrogami, dążącymi do waszej zagłady. To święto powinniście obchodzić ze szczególniejszą okazałością. Moją stolicę na Jasnej Górze powinniście otaczać szczególniejszą opieką i przypominać sobie dobrodziejstwa, jakie od Boga za moją przyczyną odebraliście i jeszcze odbierać będziecie, jeżeli się wierze świętej katolickiej i cnotom chrześcijańskim i prawdziwej miłości Ojczyzny, opartej na jedności i braterstwie wszystkich klas nie sprzeniewierzycie”.
W 2006 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o heroiczności cnót Wandy Malczewskiej, są to zatem objawienia uznane przez Kościół Katolicki.
Przesłanie tych objawień z perspektywy czasu jest jasne. Matka Boża zapowiedziała odrodzenie Polski, ale ostrzegła też przed zagrożeniem, któremu młode państwo będzie musiało stawić czoła. Obiecała pomoc i podkreśliła, że Jej święto, 15 sierpnia, będzie dniem zwycięstwa.
Zwróćmy uwagę, że Królowa Korony Polskiej mówi o walczących w tej bitwie polskich żołnierzach moja armia, w Imię moje walcząca. Ta przepowiednia jasno definiuje więc strony mającego się rozegrać konfliktu, w którym wojsko nasze otrzymało zadanie odparcia sił podnoszących rękę na cywilizację zbudowaną na Słowie Bożym; Maryja obiecuje otoczyć tę armię opieką i wplata polski los w bieg odwiecznej wojny o panowanie Chrystusa. Poucza, że Polska powinna walczyć wierna swojej przysiędze – wówczas zwycięży. Byle tylko wytrwała pod sztandarem Tej, która jest Panią Dziejów.
I Polska pozostała wierna.
Przed i w trakcie Bitwy Warszawskiej religijna postawa narodu polskiego przybrała formę unikalnego, masowego fenomenu, który w socjologii i historii religii określa się mianem narodowych rekolekcji. W obliczu śmiertelnego zagrożenia, gdy Armia Czerwona parła na zachód, a zagraniczni dyplomaci w pośpiechu opuszczali stolicę, w Polakach odrodził się głęboki instynkt zawierzenia Niebu.
Gdy sytuacja na froncie stawała się krytyczna, biskupi polscy zebrali się 27 lipca 1920 roku na Jasnej Górze. Tam, przed obrazem Matki Bożej, dokonano aktu ponownego poświęcenia narodu Najświętszemu Sercu Jezusowemu i ogłoszono Maryję Królową Polski. Episkopat wystosował dramatyczny list do papieża Benedykta XV, pisząc wprost: „Oto jesteśmy w przededniu katastrofy. Ojczyzna nasza walczy z wrogiem krzyża Chrystusowego”. Biskupi wezwali cały naród do powszechnej spowiedzi, postu i modlitwy, co natychmiast spotkało się z gigantycznym odzewem społecznym. Religijność przestała być sprawą prywatną, a stała się elementem strategii obronnej.
Na początku sierpnia stolica zamieniła się w miejsce nieustannego kultu. Kościoły Warszawy były otwarte przez całą dobę i pękały w szwach. Ludzie wszystkich stanów – robotnicy, arystokracja, inteligencja, rzemieślnicy i ministrowie – klęczeli ramię w ramię.
Od 6 do 15 sierpnia w Warszawie trwała potężna nowenna błagalna. Przez miasto przechodziły niekończące się procesje z relikwiami bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa (patrona stolicy). Kulminacyjnym punktem były nabożeństwa na placu Zamkowym, gdzie tysiące ludzi leżało krzyżem na bruku, płacząc i błagając o ocalenie. Jak wspominali świadkowie, nad miastem unosił się stały, monotonny szum śpiewanych suplikacji: „Święty Boże, Święty Mocny… Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas Panie!”.
Religijność przed bitwą nie ograniczała się do tyłów – przeniknęła bezpośrednio na linię frontu. Wojsko Polskie było armią głęboko katolicką. Pułki idące do ataku masowo przystępowały do sakramentów. Polscy żołnierze ruszali do walki z rozgrzeszeniem ogólnym (in articulo mortis – w obliczu śmierci), z przypiętymi do mundurów medalikami i ryngrafami. Kapelani nie ograniczali się do posługi w szpitalach polowych. Szli w pierwszym szeregu. Symbolem tej postawy stał się ks. Ignacy Skorupka, który zginął pod Ossowem 14 sierpnia, idąc do ataku z krzyżem w ręku na czele ochotniczych oddziałów młodzieży studenckiej.
***
Maryja również dotrzymała słowa. Przyszła z odsieczą w nocy z 14 na 15 sierpnia.
Najbardziej uderzające opisy tego wydarzenia pochodzą z relacji wziętych do niewoli żołnierzy Armii Czerwonej, którzy opowiadali polskim księżom i lekarzom o niewytłumaczalnej wizji, która wywołała w ich szeregach panikę:
Wyście tego nie widzieli, a myśmy widzieli Matkę Bożą nad wami, która was osłaniała. Widzieliśmy Ją nad Radzyminem w nocy z 14 na 15 sierpnia. Stała na niebie, a od Jej postaci bił niezwykły blask. Jej płaszcz szeroko rozpostarty osłaniał polskie pozycje, a kule karabinów i armat odbijały się od Niego i wracały ku nam.
W innej relacji, spisanej przez ks. por. Stanisława Kwaśniewskiego, wzięci do niewoli czerwonoarmiści tłumaczyli powód swojej ucieczki spod Ossowa:
Mówili nam przywódcy nasi, że Boga nie ma i żadnych świętych, a oto zobaczyliśmy Carycę Niebieską, która zasłaniała Polaków przed naszymi strzałami. […] Zobaczyliśmy na niebie, ponad uciekającymi Polakami, wielką, jaśniejącą postać Niewiasty. Rzuciliśmy broń i uciekaliśmy, gdzie oczy poniosą, przed tym strasznym i niezwykłym widokiem.
Metropolita warszawski, kardynał Aleksander Kakowski, tak pisał w swoich pamiętnikach o powszechności tego przekonania wśród wroga:
Bolszewicy wzięci do niewoli opowiadali z przejęciem, że widzieli nad Warszawą postać Najświętszej Maryi Panny, która osłaniała miasto. Opowiadania te krążyły szeroko wśród ludu, budząc wiarę, że samo Niebo interweniowało w obronie stolicy.
Ksiądz Józef Bartnik, jezuita, który przez lata badał relacje świadków i spisywał wspomnienia uczestników tamtych wydarzeń, tak rekonstruował moment ukazania się Maryi w nocy z 14 na 15 sierpnia pod Wólką Radzymińską:
Matka Boża ukazała się w nocy, w ciemnościach, jako postać jaśniejąca wielkim światłem. Była ubrana w ciemnoniebieską suknię lub płaszcz, podtrzymywany przez aniołów. Wokół Jej głowy jaśniała korona z gwiazd, a w dłoniach trzymała połamane strzały i pociski. Jej widok wywołał wśród bolszewików taki przerażający strach, że zaczęli uciekać z krzykiem: Matka Boża! Chować się, chować się!
Ks. Wiesław Wiśniewski zapisał:
Około 20 sierpnia wycofujący się w rozsypce bolszewicy mówili, że do Warszawy szło im się dobrze, jednak miasta nie zdobyli, ponieważ zobaczyli [uwidieli] nad stolicą Matkę Bożą i nie mogli z nią walczyć.
To jeden z najważniejszych elementów tego cudu: Maryja nie ukazała się polskim żołnierzom, lecz najeźdźcom, którym zakazano wierzyć i nakazano wymazać religię z powierzchni ziemi. Armia Czerwona skapitulowała przed majestatem Królowej Polski.
Niezwykle ciekawy jest w tym kontekście komentarz gen. Maxime’a Weyganda, przebywającego w sierpniu 1920 roku w Polsce w charakterze szefa francuskiej misji wojskowej, jej członkiem był wówczas także młody major Charles de Gaulle.
Cud Wisły powiedziano. Cud, czy to znaczy zdarzenie, w którym objawiła się ręka Opatrzności? Nie ja będę temu przeczył, bo podziwiałem, w owym sierpniu roku 1920, z jaką żarliwością naród polski padał na kolana w kościołach i szedł w procesjach po ulicach Warszawy. A zresztą, czyż przygotowaniem tego drugiego cudu nie był już pierwszy, gdy po wojnie światowej widziało się, pod skrzydłami Orła Białego, zrośnięcie trzech części rozdartych… (…)?
***
Współcześnie Bitwa Warszawska przestaje być tylko faktem historycznym, a staje się polem starcia o to, jak postrzegamy strukturę samego świata: czy jako zamknięty mechanizm przyczynowo-skutkowy, czy jako przestrzeń, w której niebo wciąż może odpowiedzieć na wołanie ziemi.
Kategorie pojęciowe, którymi operuje współczesny świat, nie przewidują miejsca na sacrum. Tymczasem Wola Boża splata się z rzeczywistością doczesną i współtworzy ją – na przekór tej głoszonej od dwóch stuleci herezji, nawołującej do rozdziału sacrum i profanum. Dla pokoleń stających w obronie Warszawy w roku 1920 Bóg nie mieszkał w odseparowanym rezerwacie prywatnej pobożności, lecz stanowił centralny punkt odniesienia w życiu państwa. Huk dział pod Radzyminem zlewał się w jedno z szeptem milionów odmawianych różańców. Dla obrońców Warszawy geniusz strategiczny i opieka Opatrzności nie były pojęciami sprzecznymi, lecz dwiema stronami tego samego narodowego losu.
Odrzucając pierwiastek nadprzyrodzony w imię fałszywie pojętej obiektywności, nie tylko zubaża się historię o jej najgłębszy, duchowy wymiar, ale przede wszystkim traci się klucz do zrozumienia fenomenu zjednoczenia ludzi, którzy w sierpniu 1920 roku stanęli do walki o wszystko. Zerwana zostaje łączność z pokoleniami, które poświęciły Polskę opiece jej Królowej, która w godzinie próby nie zawiodła. Tymczasem w ostatecznym rozrachunku pod Radzyminem i Ossowem dokonało się coś, co wymyka się ramom materialistycznej historii. O ile dla człowieka ponowoczesnego jedynym wyjściem jest w tym wypadku zignorowanie woli Bożej w dziejach, o tyle dla nas uznane przez Kościół objawienie Najświętszej Maryi Panny, jej obietnica, wreszcie – jej interwencja, pozostają faktem oczywistym i realnie wpisanym w historię.
Kościół potwierdził udział Maryi w zwycięstwie z roku 1920 bez żadnych niedomówień. Pius XI (wcześniej nuncjusz Achille Ratti, który był wtedy w Warszawie), ustanawiając święto NMP Królowej Polski, pisał (1923): „Gdy bowiem nawałnica wojenna, podniecona nienawiścią bezbożnych, groziła zagładą całemu narodowi polskiemu i sąsiednim krajom Europy, wszyscy wierni, pod przewodem swoich pasterzy, uciekli się pod opiekę Najświętszej Dziewicy, i nie zawiedli się w swej nadziei. Za Jej bowiem przyczyną wróg został pobity i zmuszony do odwrotu, a pokój i wolność powróciły do ojczyzny”.
Mariusz Matuszewski
