Nie brakuje nam doradców, którzy posiadają remedia na wszystkie bolączki naszego państwa. Pomysłów bez liku – jedne przeczą drugim. Jedwabny szlak, międzymorze, silna pozycja w Unii Europejskiej, sojusz z USA, szeroka współpraca z Chinami. Te i wiele innych doskonałych rozwiązań usłyszeć można i wyczytać w czeluściach mediów. A mnie się ciągle wydaje, że PT doradcy o czymś zapominają.

Na początku wypada przyznać, że Polska jest na granicy upadku. Państwo od dekad zawodzi coraz bardziej na każdym polu swojej działalności i nie widać na horyzoncie jakiejkolwiek poprawy. W naszym kraju wiele można: powiesić wicepremiera, zastrzelić generała, zlikwidować szkolnictwo, rolnictwo, przemysł; można u nas ogłosić pandemię, której nie ma, podnieść podatki i zamknąć przedsiębiorstwa, postawić wiatraki i pozamykać kopalnie. Polska to zaiste kraj wielkich możliwości. Brakuje nam tak niewiele… suwerenności, patriotycznej siły politycznej wewnątrz i podmiotowości wobec innych państw na zewnątrz. Śmiech przez łzy.

To, co w Polsce można, świadczy o upadku kultury narodu polskiego, a to, czego nam brak, wskazuje na kapitulację państwa. Dwa elementy, które powinny współdziałać, wzajemnie się przenikać i warunkować  – naród i państwo – są w stanie głębokiego rozkładu. Czy ten katastrofalny stan może być złagodzony sojuszem z Chinami lub obniżką podatków? Czy przywrócenie prac domowych lub embargo na ukraińskie produkty rolne coś tu pomoże? A może zwycięstwo Mentzena czy Brauna w następnych wyborach da nam Polskę od pierwszego? Retoryczne pytania bolą może nieco mniej niż nie pozostawiające nadziei twierdzenia.

Żeby spróbować odpowiedzieć na pytanie o podniesienie Polski z rynsztoku – bo klęczki to pozycja, którą nasz kraj już dawno sobie obrzydził – powinniśmy spojrzeć na jej stan sprzed upadku. Wszakże mówienie o tym, że Polska upadła, suponuje jej wcześniejsze stanie. Co Polska miała kiedyś, a czego nie ma dzisiaj? Co zabrały nam wydarzenia wojenne i powojenne, a czego już nie odbudowała III RP? Co wróg niszczył u nas planowo, a co tylko rykoszetem lub w ogóle?

Nie traćmy czasu i powiedzmy to od razu: była to elita narodowa. To część społeczeństwa czasem może nieco trudniej uchwytna, może trochę kłopotliwa w definicji, ale zawsze obecna i działająca. Czy doskonała? Skądże! Ale niezbędna do utworzenia kultury narodowej i niezastąpiona jako rezerwuar osób wybitnych, rozsadnik zachowań wzorcowych i w rzeczywistości nadających ton reszcie. Jest to zupełnie naturalna warstwa społeczna – tak jak arystokracja – najlepsi z narodu. Niemcy, chcąc nasz naród unicestwić, a komuniści, chcąc go pogrążyć w zdziczeniu, zabijali nie chłopów, nie mieszczan, nie przedstawicieli konkretnych zawodów, ale właśnie tych, którzy z każdej z tych grup mogli być zaliczeni do elity. To arystokracja ducha i pieniądza była celem do wyeliminowania, bo to ona mogła sterować Polakami wbrew planom okupantów. Dzieło zniszczenia powiodło się i teraz Polska jest krajem bez elity narodowej.

Niejednokrotnie słyszy się jednak w mediach o jakiejś „elicie”, która robi to czy owo. Jest to tylko zabieg retoryczny i propagandowy dla doraźnych potrzeb. Nie szukając wprawdzie żadnych pokantowskich „sollenów” ani poplatońskich ideałów, które z uczonych, bogatych, zacnych i kochających ojczyznę ludzi robiłyby spiżowych herosów, nie możemy się jednak zgodzić na nazywanie elitą zdrajców, sprzedawczyków i tanich agentów. Nie możemy też zbyt łatwo zaliczać do najlepszych z narodu tych, którzy może i powinni na siebie wziąć większą odpowiedzialność, ale nie rozumiejąc tego zupełnie, sami potrzebują elity właśnie, aby nimi pokierowała. Przychodzi mi tu do głowy szczególnie grupa przedsiębiorców, która etatowo przez liberałów, a chyba omyłkowo przez braunistów, nazywana jest elitą. To ta „elita” przedsiębiorców między innymi sprowadza do Polski tanią żywność, aby zarobić więcej, bez zwracania uwagi na konsekwencje ekonomiczne dla rolnika polskiego i zdrowotne dla polskiego konsumenta. Doprawdy, osobliwa byłaby to elita, niszcząca własny naród. Nie brakuje także elity samozwańczej, która myli marketing własnych i, dodajmy, słabych produktów z braniem odpowiedzialności za odbudowę kultury narodowej. Do tej grupy zaliczają się np. piewcy tzw. spuścizny Krzysztofa Karonia, którzy, nawiązując do swojego mistrza, brną w jego błędy, powiększając tylko zamęt wśród tych, którzy szukają ratunku w dobrze brzmiących hasłach świadomego narodu, obrony przed marksizmem czy podniesienia edukacji. Nie każdy więc, kto przypiął sobie taką etykietkę, zasługuje na miano najlepszego. Nawet jeśli są u rządów, nawet jeśli mają pieniądze i tytuły, to nie zaliczają się do wybitnych. Elita, której potrzebujemy, to ludzie przede wszystkim świadomi swojej roli wobec ojczyzny i narodu.  

Zastanawiające, że od żadnego polityka nie słyszy się hasła odbudowy przewodniej grupy społecznej. Czyżby oni siebie samych mieli za elitę na miarę tysiącletniej kultury polskiej? Na jakąkolwiek miarę? Wszakże po co nam praca polityczna, niskie podatki, przemysł i wojsko, jeśli nie będzie kulturotwórczej warstwy narodu, która wykorzysta te rzeczywiste dobra dla rozwoju kraju? Nie zastąpią jej ogłupieni kapitalistycznymi farmazonami przedsiębiorcy – oni sprzedadzą dobra dla zysku. Nie pomogą i liberalni politycy – oni sprzedadzą się i bez zysku, za blichtr i zaproszenie do telewizji… lub za nieujawnianie tego, co gdzieś i kiedyś robili. Zwykli obywatele też nie wezmą na swoje barki zadania, które ich przerasta – oni oddadzą je, tak jak teraz je oddają, komukolwiek, kto pokaże się na plakacie wyborczym.

Jak więc odbudować to, co narastało wiekami, karmiło się tradycją, zbudowało to, z czego jesteśmy dumni, chociaż było tak słabe, że nie umiało obronić tego, co opłakujemy? Nie zrobimy tego podatkami, bo w Polsce doby obecnej, co do pobieżnie ujętych warunków materialnych, żyje się lepiej niż kiedykolwiek, a poziom kulturalny tylko spada. Jak widać, od pieniędzy rosną brzuchy, a nie głowy. Nie pomoże nam w tym sojusz ani z Chinami, ani z USA, bo im nie zależy na odbudowie Polski silnej i niezależnej, posiadającej elity narodowe, które będą dbały o dobro Polski. Oni raczej utrzymają Polskę słabą, ale użyteczną dla ich celów. Nie uda się to w obecnym stanie polskiej państwowości także z pomocą państwa, które przejęło rolę okupantów w niszczeniu polskiej kultury, przez co sprzeniewierza się swojej najświętszej misji, czyli mówiąc za ojcem profesorem Krąpcem – ochronie i budowie tej kultury! [1] Może jedynym pozytywem sytuacji, w której się znajdujemy, jest unikatowa szansa na odbudowanie elity bez obciążeń, jakim podlegała ona wcześniej, bez bagażu zbędnych naleciałości, który dźwigała na sobie ta grupa od zarania państwa polskiego, aż do momentu jej zniszczenia w drugiej połowie XX wieku. Nie była to przecież grupa bez wad, nader delikatnie rzecz ujmując. Zawdzięczając jej budowę polskiej kultury, musimy równocześnie zadać sobie pytanie o doprowadzenie do upadku jednego z najpotężniejszych państw Europy. I to do upadku względnie trwałego. Za to także odpowiada właśnie narodowa elita i przed tymi błędami (przynajmniej przed częścią z nich), poznawszy historię Polski, powinna nowa elita ustrzec i siebie i nas.

Jak więc budować elitę? Nie wiem. Takie grupy tworzyły się i tworzą w sposób naturalny wraz z rozwojem kultury narodowej. Jednak Polska jest w sytuacji szczególnej – po tysiącu lat kształtowania się elit, ktoś je w ciągu kilku dekad wyeliminował, nie tylko nie pozostawiając po nich pustki, ale wszczepiając na jej miejsce namiastkę elity, posiadającą cechy sprzeczne do tych, których należałoby się spodziewać po przywódczej warstwie narodu. Nie wiem, jak odbudować elitę w sposób planowy, bo tego nikt chyba w dziejach ludzkości nie dokonał (poza masonerią według Doboszyńskiego[2]). Ale można pokusić się przynajmniej o pewne propozycje, które będą miały choć tę jedną zaletę, że, o ile nie będą trafne, pozwolą chociaż oczyścić agendę z błędnych rozwiązań. Zatem, czy pomoże polska szkoła? W obecnym stanie działa ona raczej w kierunku przeciwnym do pożądanego. A może uniwersytety? Te już pokazały, że interesuje je raczej zapełnienie ławek i wypuszczenie takiej liczby słabych magistrów czy doktorów, aby uniknąć cięć kadrowych i spełnić oczekiwania ministerstwa. Czy można wesprzeć się na Kościele? Nie, ta święta instytucja sama potrzebuje dopływu elitarnych jednostek, aby mogła podnieść się z ciężkiej sytuacji, w jakiej się znajduje. Państwo odpadło ze stawki po pierwszych akapitach tego tekstu. Oddolna działalność? Zależy gdzie lokuje się ten „dół”. Każda inicjatywa lokalna czy grupująca masy będzie obarczona problemami instytucji wymienionych powyżej: szkoły, Kościoła, państwa, uniwersytetu. Przecież wszyscy podlegamy ich deformującym wpływom. Potrzeba raczej grup i instytucji w jakimś stopniu niezależnych. Widzę przykład takich środowisk w niewielkich, z założenia ekskluzywnych grupach o ostro zarysowanych konturach ideowych. Mam tu na myśli działaczy społecznych o profilu patriotycznym czy religijnym skupionych wokół jakiegoś szczególnego dobra, któremu zdecydowali się poświęcić. Grupy tego rodzaju stawiają często na wysoki poziom intelektualny swoich członków, nierzadko odwołują się do zapomnianych już sposobów tworzenia i utrzymywania relacji, hołdują zasadom, od których większość się odwróciła, biorąc to sobie za szczęście i zaszczyt. Grupy takie są do pewnego stopnia wolne od braków instytucji, które wspomniałem powyżej: szkołę uzupełniają nauką we własnym zakresie, Kościół widzą przez pryzmat Tradycji, a uniwersytet jest dla nich szansą na poznanie tych nielicznych profesorów, którzy jeszcze są w stanie – intelektualnie i moralnie – brać udział w kształtowaniu postaw elitarnych. Szanse na wyłonienie osób mogących stanowić zaczyn niezbędnych zmian społecznych widzę właśnie w aktywności takich grup, o ile uświadomią one sobie potrzebę działania w tym kierunku. Czy zdążą do następnych wyborów? Kolejną zaletą takich towarzystw jest to, że często kontestując demokrację, nie z wyborów czynią cezurę, ale starają się wtopić w bieg tradycji, sięgającej lat tysiąca i więcej. Nie. Elita nie powstanie ani do następnych wyborów, ani w tym, ani w kolejnym pokoleniu. Ale da się zbudować podwaliny pod jej ukształtowanie w kolejnych generacjach. Musimy tu myśleć poza grób, jak pisał Koneczny[3] i nie nastawiać się na szybkie rezultaty. Czy znajdą się odważni, którzy podejmą ten trud?

Chcemy tego, czy nie, elita jest nam nie tyle potrzebna, co niezbędna. Bez niej żadna partia polityczna nie podniesie Polski. Bez niej nie będzie sensu Polski podnosić. Nie pomoże tu ani gaśnica, ani ustawa Wilczka. Jeśli odbudowy kraju oczekujemy od króla lub uczciwego rządu, to musimy być świadomi tego, że ani jedno, ani drugie nie ostoi się bez grupy, która będzie w stanie ochranianą przez państwo narodową kulturę tworzyć i przekazywać dalej. Wyjścia są dwa: odbudowa elity lub zakończenie istnienia polskiej kultury wraz z polskim państwem. Trzeciego nie dano.

Karol Kilijanek


[1] Mieczysław Albert Krąpiec OP, Piotr S. Mazur, O polskiej kulturze humanistycznej, s. 94, 107.

[2] A. Doboszyński, Studia polityczne, Wydawnictwo Miles, Kraków 2025, s. 375-392.

[3] F. Koneczny, O wielości cywilizacji, Wydawnictwo Capital, Warszawa 2015, s. 369.