Kilijanek: Niewygodny cud

| 18 sierpnia 2021 | 0 Komentarzy

Wielkie – w dowolnym rozumieniu, wzruszające, spektakularne, przerażające i zawsze, niezależnie od okoliczności, czasów, miejsca i przebiegu – nadzwyczajne. Takie są cuda. Któż by pomyślał, że pośród tych duchowych delicji, w tej opływającej beczce miodu niezwykłości znajdzie się łyżeczka dziegciu? Otóż, jak się okazuje, istnieją też takie cuda, których, pomimo ich właściwości, nikt nie chce.

Uzdrowienia, nawrócenia, wskrzeszenia, niezwykłe wydarzenia przyrodnicze czy nadnaturalne przeżycia duchowe – wszystko to i wiele innych kategorii pomieści w sobie pojęcie cudu. Zaiste, na wiele stać Boga, Stwórcę wszechświata, kiedy podejmie decyzję o interwencji, zmieniającej naturalny bieg rzeczy. Ochom i achom nie ma końca. Zachwyt goni euforię, a trudna do zniesienia ilość szczęścia dla spokoju ducha poszukuje naturalnych sposobów wyjaśnienia źródła samego siebie. Tak namacalne, że aż nie do wiary i zanurzone swą niezwykłością w prozie codzienności tak głęboko, że niejeden zwątpi, że to, co się dzieje, to rzeczywistość.

Ale, jak mówi przysłowie: jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Z ludźmi nie jest lekko. Kiedy nie ma cudów – jest źle, kiedy są – bywa jeszcze gorzej. A to ich za mało, a to nie temu, komu się należy, a to nie tu, gdzie według czyjejś opinii wypadałoby jakiś cud uczynić. Kiedy już komuś zdarzy się cud, to o ile on sam w niego uwierzy, to nie uwierzą mu sąsiedzi. Jeśli uwierzy sam dotknięty cudem i sąsiedzi zaczną schodzić się na modły w oczekiwaniu kolejnych niezwykłości, to nie uwierzy proboszcz. A jeśli uwierzą już wszyscy i sprawa stanie się głośniejsza, to przyjedzie profesor, sugerując, by ufać jego szkiełku i oku. Cuda nie mają łatwo, ale niektóre z nich mają nawet gorzej.

Polska nie jest krajem, który pośród innych jakoś szczególnie słynie cudami. Mamy jednak w swojej historii kilka wydarzeń, które czasem z przejęciem, czasem z pobłażaniem, a czasem z nieudolnie (może umyślnie właśnie tak!) ukrywanym uśmieszkiem tego, który wie lepiej, nazywane są cudami. Pośród nich, miejsce poczesne, szczególnie w ostatnich latach, zajmuje tak zwany „Cud nad Wisłą”. Któż o nim nie słyszał?![1] Oto, wojska polskie cofają się w bezładzie pod naporem Armii Czerwonej, doznając klęski za klęską, bez jakiejkolwiek dyscypliny, prawie uciekają. Aż tu nagle pod Warszawą dochodzi do nagłego zwrotu akcji. Pobite, zdemoralizowane i wykrwawione oddziały polskie ruszają do ataku i pogoni za cofającym się w popłochu wrogiem. Skąd ta zmiana? Co się stało, że niedobitki armii polskiej, uciekającej przed wielokrotnie silniejszym wrogiem, były w stanie odwrócić szalę zwycięstwa na swoją korzyść nie dokonując żadnej spektakularnej akcji, żadnego wyjątkowego manewru, nie doznając znikąd odsieczy? To jest właśnie to miejsce, w którym trzeba się na chwilę zatrzymać i zadać sobie pytanie o ludzkie możliwości poznawcze, granice naiwności, siłę sugestii i propagandy i na koniec o moment, w którym sceptyk powinien przestać nim być, aby nie zacząć być… śmiesznym.

Taki moment krytyczny spotykamy w wielu innych wydarzeniach. Może w każdym. Nie zawsze jednak ciężar gatunkowy jest aż tak wielki, jak w tym przypadku. Oto przed nami stoi ważki element polityki historycznej naszego narodu. Nasz sąd może ośmieszyć jeden z narodowych mitów. Nasza pomyłka może spowodować konsekwencje, których skutków nigdy nie będziemy w stanie dostatecznie zbadać. Przed takim problemem stoją ci, którzy zabierają głos w sprawie, jak rzeczony „Cud nad Wisłą”, czyli bitwa warszawska z 1920 roku. Mimo odpowiedzi na wiele pytań, także tych, zadanych powyżej, ogromna część Polaków wciąż nie wie, czy w 1920 wydarzył nam się narodowy cud, czy to tylko bajka dla dzieci z patriotycznych domów. Nie pomagają w tym dylemacie politycy, ani historycy, co tylko toruje drogę i ułatwia zadanie równie nierzetelnym filmowcom czy wędrownym gawędziarzom dla niepoznaki czy z litości obdarzonych jakimiś skrótami przed nazwiskiem. Czy można pokusić się o prostą odpowiedź na pytanie: czy ucieczka bolszewickiej armii spod Warszawy w 1920 była cudem czy efektem naturalnego wysiłku dowódców i żołnierzy?

Cóż, pokusy są czymś, z czym powinno się walczyć, ale tym razem ulegnę jej, a czytelnikom urażonym moim bezpruderyjnym podejściem do walki z tym duchowym zagrożeniem powiem tylko: kto choć raz jakiejś pokusie nie uległ, niech pierwszy rzuci kamień. Podobnie jak niektórzy nie maja wystarczająco wiary, aby być ateistami, tak ja nie mogę się przekonać do wiary w przypadki złożone z tak wielu elementów, że aż wyglądają na niezły plan. Powodzenie obrony w wojnie z bolszewikami spowodowane było kilkoma wydarzeniami, których nie można było przewidzieć, zaplanować, wymusić ani sprowokować. Gdybaniu nie ma końca…

Gdyby Stalin i Jegorow nie zostali pod Lwowem, nie powstałaby luka dla uderzenia znad Wieprza. Gdyby nie doszło do zniszczenia jednej z dwóch radiostacji 4. Armii rosyjskiej po ataku generała Krajowskiego, nie doszłoby do chaosu w szeregach bolszewików, skutkującego oddzieleniem się dowodzącego od własnego sztabu i paraliżu dowódczego. Gdyby nie pomyłka lub niesubordynacja Krajowskiego czy, jak twierdzi płk Arciszewski w swojej książce „Cud nad Wisłą”, wieści o bliżej nieokreślonych walkach na wschód od jego pozycji, nie doszłoby do ataku na sztab 4. Armii, w którym znajdowała się wspomniana radiostacja. Gdyby udało się Rosjanom utrzymać radiostację, 4. Armia przyszłaby na pomoc 15. Armii i generał Sikorski, dysponujący znacznie mniejszymi siłami niż połączone armie bolszewickie, potrzebowałby do utrzymania pozycji „przypadku” jeszcze dziwniejszego niż te, o których piszę. Gdyby por. Stefan Pogonowski nie uderzył bez rozkazu (odwołanie planowanego wcześniej ataku nie dotarło do niego lub go nie wykonał) na, jak się okazało później, czułe miejsce oddziałów rosyjskich w okolicy Wólki Radzymińskiej i gdyby nie doszło do paniki we wrogich szeregach pod wpływem widzianej nad atakującymi oddziałami polskimi Matki Bożej, to prące dotąd naprzód dywizje bolszewickie nie zostałyby powstrzymane. Gdyby nie doszło do dwukrotnego objawienia się nad Warszawą Matki Bożej (drugim miejscem objawień był Ossów – miejsce bohaterskiej śmierci ks. Ignacego Skorupki), bolszewicy nie zostaliby zmuszeni do odwrotu i zniszczyliby linie obrońców polskiej stolicy. Gdybania bez liku. Dziwnych przypadków co niemiara. Czy można uznać, że te wszystkie zależne od siebie elementy to w rzeczywistości tak zwane przypadki? Można. Ale ja w to nie wierzę.

Znajdzie się z pewnością wielu, którzy powiedzą, że duby smalone bredzę. Że oto rozumowi bluźnię i że dosyć już szukania w zwykłym wojennym zawirowaniu zdarzeń niezwykłych, co może odbudować narodową dumę, ale z pewnością nie zasłuży się nauce czy prawdziwemu oglądowi dziejów ojczystych. Ba, niektórzy skłonni są nawet powiedzieć otwarcie, że w cuda nie wierzą, ale wierzą w łut szczęścia[2]. Słuchając takich wypowiedzi ludzi skądinąd wybitnych na różnych polach, trudno nie ulec wrażeniu, że człowiek, szczególnie naukowiec, jest stworzeniem niezwykłym, które tyleż wysiłku wkłada w poznanie prawdy, gdy mu ona nie przeszkadza, ile w zaprzeczanie jej, kiedy może ona zmącić jego starannie spetryfikowany światopogląd.

Z pewnością i Marszałek Józef Piłsudski taki światopogląd posiadał. Nie mieściło się w nim pojęcie cudu nad Wisłą, chyba że to miałby być cud zdziałany przez niego. Niebo – postawione niejako przed faktem dokonanym wspaniałym planem ataku znad Wieprza – mogło jedynie przyjąć cudowne zwycięstwo do wiadomości. Jak napisał Władysław Pobóg-Malinowski: „Cud sierpniowy zrodził się pod opieka Boską, z męki samotnej Wodza i ze zbiorowego, krwawego, ofiarnego wysiłku żołnierza”. Jako piłsudczyk, Pobóg-Malinowski może i coś więcej wiedział o mękach Wodza, nie mnie osądzać. Może pisząc to miał na myśli męczącą podróż Wodza do Bobowej w przeddzień apogeum bitwy warszawskiej?

Nie tylko Piłsudskiemu przeszkadzała prawda o bitwie warszawskiej. Żaden antyklerykał, ateista czy jakikolwiek wróg Kościoła od liberała po socjalistę nie chce słyszeć, że w sierpniu 1920 roku zdarzyło się cokolwiek poza szczęśliwym przypadkiem, kilkoma dobrymi decyzjami dowództwa, bohaterstwem polskiej armii. Żaden tak zwany naukowiec obecnej doby nie zająknie się słowem o Matce Bożej. To niemodne. Bóg, Matka Boża, święci, nie pasują do prostokątnego świata stalowoszarych i szkłem połyskujących wieżowców. Proste wyjaśnienie, że oto Bóg przyszedł nam z pomocą nie mieści się ani w głowach mędrców epoki sceptycyzmu, który tylko w samego siebie nie umie wątpić, ani na stronicach naukowych książek, które nie tyle pisane są dla prawdy, bo ta już mało kogo interesuje, co dla jej ukrycia. To samo odnosi się do prawdy o cudzie nad Wisłą.

Na koniec życzę PT Czytelnikom i samemu sobie takich elit, które własne poglądy będą naginać do prawdy, a nie odwrotnie. Może wtedy rzadziej będziemy się zastanawiać czy zwycięstwo w bitwie warszawskiej to tylko łut, czy aż cud.

 

Karol KIlijanek

 


[1] Proszę wybaczyć autorowi zbytni optymizm.

[2] Słowa profesora Lecha Wyszczelskiego w wywiadze dla Mediów Narodowych.

Kategoria: Historia, Karol Kilijanek, Publicystyka, Wiara

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: