Soviet-officers-and-U.S.-soldiers-during-a-friendly-meeting-on-the-Elbe-River-in-April-of-1945.-Waralbum.ru24 kwietnia bieżącego roku [2015], Sejm Rzeczypospolitej przyjął ustawę uchwalającą dzień 8 maja Narodowym Dniem Zwycięstwa. Nowa ustawa uwolniła tym samym Sarmatów od haniebnego Święta Zwycięstwa i Wolności, które dzięki towarzyszowi Bierutowi ‘dumnie obchodziliśmy’ 9 maja od 1945 roku.

Powyższa decyzja wywołała mieszane reakcje. Polacy z prawa i lewa, ku mojemu zdziwieniu, licytują się odnośnie wyboru samej daty, a przecież każdemu ćwierć-inteligentowi wiadomo, że generałowie Alfred Jodl, Oxenius i admirał Hans-Georg von Friedeburg podpisali bezwarunkową kapitulację  8 maja 1945 roku w Reims, natomiast berlińska powtórka z rozrywki [9 maja] była tylko i wyłącznie zabiegiem sojuszniczym [sic!] w celu zaspokojenia ego ‘gruzińskiego wariata ze stali’.

Kwestia samej daty jest zatem bardzo prosta do rozwiązania, jakkolwiek ranga wydarzenia posiada też dwa, znacznie głębsze, wymiary. Pierwszym z nich jest wymiar ‘podwórkowy’ tzn. traktujący o Polakach i Rzeczypospolitej jako podmiotach bytu państwowego.

Drugi wymiar jest znacznie ważniejszy – odwołuje się bowiem do stanu duchowego Okcydentu, dla celu tych krótkich rozważań nazwijmy go – uniwersalnym.

Podwórkowo rzecz biorąc, 8 maja 1945 roku powinien być zapamiętany przez Polaków jako dzień, w którym jeden z ich agresorów wrześniowych [‘39] został pobity przez drugiego [wspieranego przez dezerterów armii polskiej] przy współudziale naszych wrześniowych sojuszników [sic!]  i Amerykanów – i tyle.

Czy myśmy tę wojnę wygrali? Zapomnijmy na moment o geografii i o tym, co z tym związane, tj. stratach materiału ludzkiego i ubytkach natury gospodarczej. Spójrzmy raczej na zagładę klas wyższych, inteligencji, profesury, ex cetera,  które przyniósł nam drugi akt Wielkiej Wojny [1914-1945], na ‘wyrównanie’ w dół i schamienie, jakiemu zostaliśmy poddani po jej zakończeniu i które odbija się na nas po dziś dzień. Wszystko to za morze przelanej krwi na wszystkich frontach i w każdym zakamarku świata, za możność wbicia biało – karmazynowej flagi na Reichstagu. Jednak najzabawniejszym z tego całego galimatiasu wydaje się argument podkreślający polsko – rosyjskie braterstwo broni, które 9 maja uwypukla. Z tego co rozumiem, Rosja przestała istnieć w konsekwencji rewolucji bolszewickiej. Koniec II WŚ i konferencja Jałtańska były dla Rosjan oficjalnym potwierdzeniem akceptacji Zachodu dla okupacji kraju carów przez czerwony motłoch – kraju który dopiero teraz próbuje sie odrodzić i nie da się uciec od faktu że naród ten ucierpiał dotkliwie kiedy weźmiemy pod uwagę przywiązanie jego elit do spadku post-sowieckiego w tej samej mierze co imperialnego.

Czy Polacy w roli zwycięzców piszących historię  mogą cieszyć się polskimi obozami zagłady i zapominać o ludobójstwie na Wołyniu? Żałosne.

W sensie uniwersalnym porażka owego ‘zwycięstwa’ jako symbolu jest znacznie bardziej przytłaczająca.

Jakkolwiek zamiarem, z resztą wdrożonym bez skrupułów w życie, aktu pierwszego [1914-18] Wielkiej Wojny było doszczętne zniszczenie tego, co jeszcze pozostało z epoki Średniowiecza, tym samym obracając w pył cały europejski dorobek cywilizacyjny, tak akt drugi [1939-45] był ostatecznym przypieczętowaniem owego novus ordo między innymi przez kompletne przetasowanie granic, podział stref wpływu i wymiany elit rządzących w ten sposób aby pozbyć się jakichkolwiek ‘reliktów’  – pamiętajacych jeszcze normalny świat.

Jakie to wszystko przyniosło skutki?  Proszę się rozejrzeć dookoła.

Dzień Zwycięstwa……kogo?

 

Arkadiusz Jakubczyk