Bernaciak: W 82 rocznicę śmierci Romana Dmowskiego

| 2 stycznia 2021 | 1 Komentarz

Dokładnie 82 lat temu, 2 stycznia 1939 r., zmarł Roman Dmowski: mąż stanu, polityk, publicysta, jeden z ojców naszej niepodległości, przywódca polskiego obozu narodowego… ale przede wszystkim chrześcijanin, który powrócił na łono Kościoła po 40 latach obojętności religijnej.

Dzisiaj, w dobie powszechnego kryzysu rodziny, bardziej niż kiedykolwiek musimy pamiętać o tym, że kluczowe znaczenie dla przyszłej kariery Romana Dmowskiego, urodzonego 9 sierpnia 1864 roku na warszawskim Kamionku, miało wychowanie w domu rodzinnym. Oboje jego rodzice pochodzili ze zubożałej szlachty – Walenty ze szlachty podlaskiej, Józefa – ze szlachty mazowieckiej. Pomimo ubóstwa nigdy nie utracili szlacheckiego poczucia obowiązku wobec Ojczyzny, a także świadomie przeżywanej wiary katolickiej, którą przekazali piątce swoich dzieci. O rodzinie Dmowskich mówiono wtedy:

„Utworzyli rodzinę o atmosferze przedziwnej. Dominującą nutą było surowe poczucie obowiązku. Dla państwa Dmowskich to nie było ważne, jaką ma się pozycję społeczną, jakie ma się dochody, nawet jakie się ma wykształcenie. Ważne było tylko, by żyć życiem uczciwym, by wierzyć w Boga i wykonywać Jego wolę, by kochać Ojczyznę i by sumiennie spełniać te obowiązki, jakie nam w życiu przypadły”.

Ojciec Romana, Walenty Dmowski, był kamieniarzem, a następnie właścicielem firmy brukarskiej i dzierżawcą dwóch warszawskich jezior, gdzie zajmował się rybołówstwem. Gdy Roman miał 20 lat, jego ojciec zmarł w wyniku gangreny, odmawiając amputacji zakażonej kończyny, gdyż – jak stwierdził – „Życie przeżyłem uczciwie, śmierci się nie boję, a przed Panem Bogiem stanąć na jednej nodze nie chcę”. Odziedziczony majątek pozwolił młodemu Romanowi na zdobycie wyższego wykształcenia.

W polskiej myśli narodowej nigdy nie dążono do zastąpienia Kościoła Narodem. Pomimo trudnych początków, wiążących wczesny polski nacjonalizm z laickim racjonalizmem i ateistycznym demokratyzmem, organizacje narodowe z czasem dojrzały do przyznania, że genezą Polski jest jej Chrzest, a polskość nierozerwalnie jest związana z chrześcijaństwem. Po przejęciu przez Romana Dmowskiego przywództwa w polskim obozie narodowym już w 1896 roku w ramach Ligi Narodowej powołano tzw. Collegium Secretum – tajną organizację zrzeszającą kilkudziesięciu księży katolickich ze wszystkich trzech zaborów, którzy łączyli głoszenie Ewangelii z rozbudzaniem świadomości narodowej. Czterech kapłanów związanych z Ligą Narodową zostało następnie biskupami: Józef Teodorowicz, Arkadiusz Lisiecki, Walenty Dymek i Stanisław Łukomski.

Proces podporządkowywania polskiej myśli narodowej uniwersalizmowi chrześcijańskiemu trwał aż trzydzieści lat, a jego ukoronowaniem było wydanie przez Romana Dmowskiego w 1927 roku książki pt. „Kościół, Naród i Państwo”, w której zawarł słynne słowa: „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”.

Słowa te miały oczywiście swój istotny ciężar polityczny; nie ograniczały się jednak do propagandy partyjnej, ale stanowiły także świadectwo autentycznego powrotu Romana Dmowskiego do zaangażowania religijnego, które niestety porzucił czterdzieści lat wcześniej po wyjściu z domu rodzinnego na rzecz modnego wówczas scjentyzmu, deizmu i agnostycyzmu. W kwietniu 1926 roku, na miesiąc przed zamachem majowym Józefa Piłsudskiego, 62-letni Roman Dmowski po raz pierwszy spędził Święta Wielkanocne poza Warszawą. Wraz z zaprzyjaźnioną rodziną Niklewiczów, dla której dwojga dzieci był ojcem chrzestnym, przybył do kupionego przez siebie po wojnie majątku w Chludowie pod Poznaniem, gdzie odtąd spędzali razem każdą Wielkanoc przez kolejne 8 lat. W Wielki Czwartek Roman Dmowski porzucał rolę polityka i męża stanu i powracał do tego, czego nauczył go jego ojciec – osobiście wypływał na jezioro i w milczeniu łowił ryby, które następnie dzielił na te spożywane w postny Wielki Piątek i te, które trafiały na stół wielkanocny. Andrzej Niklewicz wspomina Święta Wielkanocne spędzane w majątku Dmowskiego:

„W piątek szliśmy wszyscy pomodlić się przy Grobie, przy którym trzymali straż na zmianę: Powstańcy i Wojacy, Katolicka Młodzież Męska, Obozowcy w jasnych mundurach i wreszcie robotnicy z parku. […] W niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego od samego rana panował nastrój bardzo uroczysty. Budził nas wszystkich mocny, dźwięczny głos Pana Romana, śpiewającego: «Wesoły nam dziś dzień nastał». Trzeba było szybko wstawać i szykować się do śniadania, na które wszyscy musieli zjawić się w komplecie. Po śniadaniu z Panem Romanem na czele, ubrani możliwie najuroczyściej, szliśmy do kościoła. Nie było to daleko, kilkaset kroków zaledwie, ale po drodze spotykaliśmy wielu sąsiadów kolonistów, osadników chludowskich, którzy z powagą i szacunkiem kłaniali się Panu Romanowi. On pozdrawiał ich jak zawsze prosty, szczery, przyjacielski — z tym pogadał, owego zatrzymał na chwilkę, znał ich bodaj wszystkich i oni znali Go dobrze. W kościele zasiadaliśmy nie w prezbiterium, bo małe było bardzo i ciasne, ale przed balaskami, otoczeni dziećmi, które stały przed starszymi. Rozpoczynała się procesja. Zawsze zwracało moją uwagę jak widocznie wzrusza Pana Romana bardzo stara, polska melodia pieśni: «Chrystus zmartwychwstał jest», śpiewał ją zawsze bardzo głośno, postępując ze świecą w ręku za celebransem, po cmentarzu, wokół kościoła”.

Roman Dmowski powracał na łono Kościoła stopniowo przez kolejne dziesięć lat. Jednej z córek rodziny Niklewiczów, Marii Wiktorii, przepowiedział w tym okresie pół żartem życie zakonne. W 1943 roku Maria po kilku latach studiów medycznych faktycznie wstąpiła do klasztoru sióstr wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie przez wiele lat pełniła funkcję przełożonej. W 1989 roku podczas spotkania w klasztorze wizytek z okazji 50. rocznicy śmierci Dmowskiego, wspominała w wąskim gronie osób:

„Nie można w Polsce zmarnować Dmowskiego. Trzeba rozumieć go głębiej. Jego postawa wynikała z prawdziwej i wielkiej miłości Polski i narodu polskiego, a przede wszystkim Boga. To był wielki Polak i święty człowiek. Jako dziewczynka siadałam w domu na kolanach pana Romana, a on mi mówił, jaką ważną jest rzeczą, żeby być dobrą Polką i ciągle podkreślał, że nie można być dobrą Polką, nie będąc dobrą katoliczką”.

Dopiero 23 grudnia 1937 roku Dmowski odbył spowiedź generalną wobec księdza Marcelego Nowakowskiego, proboszcza parafii Najświętszego Zbawiciela w Warszawie, a następnie przyjął Komunię Świętą. W czerwcu 1938 roku 74-letni, schorowany już Dmowski przybył do Drozdowa pod Łomżą, do majątku rodziny Niklewiczów odziedziczonego rok wcześniej po rodzinie Lutosławskich. Pozostał tam już do końca życia. W ciągu kolejnego pół roku odwiedził go m.in. sam biskup łomżyński, Stanisław Łukomski, który czterdzieści lat wcześniej jako młody ksiądz przystępował do Ligi Narodowej założonej przez Dmowskiego. Od września nie mógł już poruszać się swobodnie, dlatego za zgodą biskupa do dworku Lutosławskich przybywał odtąd ksiądz prałat Piotr Krysiak, aby w salonie odprawiał Msze święte, w których mógł uczestniczyć Dmowski. Podczas wieczerzy wigilijnej był już jednak na tyle osłabiony, że nie miał siły mówić. Zmarł o godzinie 1:00 w nocy z 1 na 2 stycznia 1939 roku, opatrzony przez księdza Krysiaka sakramentem namaszczenia chorych.

4 stycznia kondukt pogrzebowy Romana Dmowskiego wyruszył po porannej Mszy św. z Drozdowa do Łomży. Za trumną, ułożoną na chłopskich saniach, szła rodzina Niklewiczów i władze naczelne Stronnictwa Narodowego. Następnego dnia żałobnicy, do których dołączało coraz więcej osób, udali się do Warszawy, gdzie 7 stycznia Roman Dmowski został pochowany na cmentarzu Bródnowskim. Pomimo niechęci władz sanacyjnych do upamiętnienia ideowego przywódcy opozycyjnego Stronnictwa Narodowego pogrzeb Dmowskiego zgromadził na warszawskich ulicach ponad 100 tysięcy osób, co stanowiło największą manifestację patriotyczną w Polsce od czasu odzyskania niepodległości. Tuż przed wybuchem II wojny światowej opublikowano książkę upamiętniającą postać Dmowskiego, w której napisano: „Nie ma na trumnie orderu Orła Białego, ale Orzeł sfrunął z łomżyńskich pól, z ryngrafem Najświętszej Panienki na piersiach”. Order Orła Białego został nadany Romanowi Dmowskiemu dopiero pośmiertnie przez Prezydenta Andrzeja Dudę 11 listopada 2018 roku.

Po pogrzebie Dmowskiego ukazał się w „L’Osservatore Romano” artykuł potwierdzający, że „objaw spontanicznego nawrotu młodzieży polskiej do wiary katolickiej jest w znacznej mierze jego zasługą”. Stolica Apostolska uważała, że to między innymi dzięki Dmowskiemu dokonała się w Polsce wielka ewolucja moralna i religijna.

W ten klimat zjednoczenia wiary z patriotyzmem wpisał się również 18-letni Karol Wojtyła, przyszły papież i święty, który otrzymując 3 maja 1938 r. sakrament bierzmowania z rąk kardynała Sapiehy, jako trzeciego patrona obrał sobie św. Huberta na cześć zmarłego 3 miesiące wcześniej Karola Huberta Rostworowskiego – działacza Ligi Narodowej oraz aktywnego polityka obozu Romana Dmowskiego.

 

Nikodem Bernaciak

Kategoria: Historia, Publicystyka

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Gierwazy pisze:

    Wielki człowiek, cześć Jego pamięci. Na portalu monarchistów warto uściślić, iż Roman Dmowski wyrażenie "demokracja", rozumiał jako wdrożenie do polskości, pracy dla Polski wszystkich jej warstw społecznych, a nie tylko szlachty czy wyrosłej z niej inteligencji, czyli zupełnie coś innego, czym karmieni jesteśmy dziś w środkach masowego przekazu/propagandy, kiedy mowa jest o demokracji. I Jego wysiłki przyniosły namacalne rezultaty, objawione zwłaszcza podczas bolszewickiej nawały roku 1920.
     A tekst bardzo dobry, pokazujący oblicze naszego męża stanu z innej strony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: