Człowiek realny, w tym także Polak, nie jest abstraktem, lecz konkretem zakorzenionym w Bogu, w realnym świecie, w ludzkiej społeczności i własnym narodzie, w stosunku do którego ma szczególne prawa i obowiązki miłości. One to nakłaniają, by zjawisko naturalne, jakim jest naród, bliżej poznać, a przez to umocnić samego siebie w odziedziczonej od przodków kulturze. 

Poznanie wartości narodu gwarantującego osobową szlachetność, jest rzeczą konieczną, pracą nad umacnianiem samego narodu i umacnianiem siebie samego we własnej kulturze, w słusznym poczuciu ludzkiej i narodowej wartości, a przez to wzbogacaniem całej ludzkości. Bogactwo kulturowe ludzkości płynie z bogactw narodowych kultur. Włączenie się w ogólnoludzki nurt kultury, dokonuje się przez narody, w których jesteśmy genetycznie i psychicznie zakorzenieni. Kultury narodowej trzeba bronić, gdyż jest to obroną ludzkich osób, które realizują swe człowieczeństwo przez uczestniczenie we własnej kulturze. 

Umiłowanie wolności

Żywo przeżywana kultura jakiegoś narodu posiada swój specyficzny blask, który zwraca uwagę na ten właśnie naród i wyraża się w jakimś charakterystycznym dla narodu przeżywaniu kulturowego dobra.

Gdybyśmy się zapytali, jaki to blask rozsiewa kultura Narodu polskiego i jakie dobro w osobowych przeżyciach Polaków szczególnie się ujawnia, to można powiedzieć, że tym szczególnym blaskiem polskiej kultury i zarazem jej dobrem najbardziej cenionym jest wolność człowieka (ludzkiej osoby), rozumiana najgłębiej, jako wolność ludzkich decyzji w realizowaniu dobra osobistego i narodowego, co pociąga za sobą konieczność obrony tak rozumianej wolności, jako „wolności od” zagrażającego zła osobowego i narodowego. Wolność osobowych decyzji w oddalaniu zła i realizowaniu dobra stanowiła osnowę narodowej historii, zwłaszcza historii wojen obronnych z najeźdźcami, mających na celu zniewolenie narodu, pozbawienie go wolności, samodzielnych decyzji w realizowaniu osobowego dobra, wyrażającego się w wierze, w rodzinnej moralności i obyczajowości, w przynależności do kultury chrześcijańskiego Zachodu.

Dlatego w pieśniach narodowych i ludowych moment wolności tak mocno był w naszej narodowej kulturze podkreślany. A ustrój totalitarny największe spustoszenie sprawił w dziedzinie właśnie „decyzyjnej”, gdzie wielu ludzi wyżej nad wolność – podstawowy warunek godnego bycia osobą – stawiało sprawy „gospodarcze”, nie te realne, podejmowane w wolnych aktach decyzyjnych, ale te, które mają „napełnić” nienasycony worek wielorakich pożądań jednostki. Obniżenie się moralności, zanikanie obyczajowości (która jakoś utrwalała wartości moralne w poszczególnych obrzędach i zwyczajach) wskazuje na to, że kultura narodowa – a kulturą są i pozostaną i religia, i sztuka, i moralność, i nauka – jest w dużym stopniu zagrożona i trzeba zorganizowanej pracy pokoleń, aby wrócić do stanu równowagi. 

 Jak wiadomo, to wolność ludzkich decyzji stanowi istotę ludzkiej wolności, w której my sami wybieramy dobro przedstawione nam w sądzie praktycznym. To człowiek sam jest władny ocenić własne i swoich najbliższych dobro rzeczywiste. Taki akt decyzyjny jest istotnym spełnianiem się człowieczeństwa ludzkiej osoby, albowiem tutaj my sami „świadomie” i „dobrowolnie” determinujemy się do ludzkiego działania. Dokonuje się to na podstawie racjonalnego (ludzkiego) rozeznania dobra, a więc widzenia prawdziwego dobra (dostrzeżenia prawdy w „moim” dobru) i dobrowolnego wyboru – wolnym aktem woli – sądów o „moim” dobru, które staje sie odtąd celem-motywem osobowego działania. 

„Emocjonalna racjonalność”

 Jeśli akty decyzyjne są istotnym wyrazem wolności człowieka – stanowią ludzką wolność, to obrona tej wolności jest istotnie obroną ludzkiej osoby w jej źródle działania. Zrozumienie zatem wolności jest spontanicznym rozumieniem ludzkiej osoby i jej niezbywalnych praw. Owo rozumienie człowieka jako wolnego było obecne w rozlicznych pismach patriotycznych, stało się hasłem umieszczanym na sztandarach („za wolność naszą i waszą”) i pochłonęło w walkach obronnych (w obronie tak rozumianej wolności człowieka jako dobra istotnie ludzkiego) ogromną ilość ofiar życia ludzi młodych. 

Taka postawa człowieka, w kontekście obronnych walk za wiarę, za kulturę, za ziemię macierzystą, jako konieczną kolebę życia narodu, zaowocowała charakterystyczną dla Polaków „emocjonalną racjonalnością”, angażującą wszystkie ludzkie siły w odparcie zagrożenia, jakie niesie ze sobą nacierające zło. Owa „emocjonalna racjonalność” nie jest „głupotą”, jak to niektórzy – domowi i obcy felietoniści – niekiedy osądzali. Jest bowiem przede wszystkim racjonalnością, gdyż jest rozeznaniem dobra i zła i wzięciem ich „na serio” w osądzie i działaniu. Zagrażające zło może wszystko zniweczyć, a życie osobowe człowieka, transcendujące ku wieczności, może znikczemnić i zniewolić. Stąd rozeznanie dobra i zła musi być rzeczywiste, gdyż chodzi o najwyższe dobra, o sens bycia człowiekiem. Zarazem usuniecie tego zła dokonuje się nie poprzez „wchodzenie w układy” ze złem, ale poprzez radykalne przeciwstawienie się jemu. A ku temu jest konieczne wzbudzenie emocji, która poddana rozumowi, jest władna przeciwstawić się złu. Wzbudzenie w sobie, w sposób racjonalny, uczuć – płynących z miłości dobra i odrazy ku złu – jest czymś racjonalnym, ludzkim, a nie tylko czymś „romantycznym”, czysto emocjonalnym. Stąd posłużenie się w działaniu emocjonalnością, podniesioną nawet do najwyższego stopnia „gniewu”, w obronie dobra, jest właśnie przykładem charakterystycznym owej „emocjonalnej racjonalności”, którą dostrzegaliśmy nawet u dzieci biorących udział w obronie Lwowa; którą dostrzegaliśmy w śmierci księdza Skorupki, śmierci Stefana Żółkiewskiego i jego nagrobnym napisie Quam dulce et decorum est pro patria mori – „jak słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę”, jako znak dóbr osobowych człowieka. Dlatego obrona i walki Polaków pod Kłuszynem, pod Monte Cassino, pod Warszawą, w obronie Londynu, w powstaniu warszawskim stanowią ową charakteryzującą polską kulturę narodową „emocjonalną racjonalność” w dziele zachowania wolności ludzkiej osoby i realnej możliwości jej osobowego rozwoju w perspektywie Transcendensu i wieczności. I tych spraw nie można się wstydzić, lecz przeciwnie, stawiać na ołtarzu religii, Dobra i Prawdy, bez czego ofiara życia byłaby nieracjonalna.

 To zaś, że właśnie umiłowanie wolności i jej charakterystyczny sposób obrony – racjonalno-emocjonalny – stał się jakimś wyróżnikiem polskiej „mentalności”, pochodzi także z realiów naszego geopolitycznego położenia; mieliśmy bowiem za sąsiadów narody „niekatolickie”: prawosławny Wschód, islamskie Południe tureckie, protestancki Zachód. Nasza cywilizacja łacińska została „ściśnięta” przez cywilizację turańską (mongolsko-moskiewską) i bizantyjską. W czasie rozbiorów Polski jawnym się stało, że religia rzymsko-katolicka „przeszkadza” zaborcom w realizowaniu ich wynaradawiających zamiarów. Obecna zaś w kraju sakralna cywilizacja żydowska nie stawała się czynnikiem obrony narodowej kultury chrześcijańskiej, aczkolwiek wielu Żydów przyczyniło się do rozwoju naszej kultury, zwłaszcza w dziedzinie nauki i sztuki.

Źródła „emocjonalnej racjonalności”

Racjonalno-emocjonalny (w dużej mierze obronny) charakter naszej narodowej kultury swoje korzenie zasadza na polu prawdy i dobra. Racjonalność bowiem swe soki czerpie z prawdy, a emocjonalne dążenia z dobra i jego umiłowania. Naród bowiem przez stulecia żywił przekonanie, że religia, którą wyznawał, jest religią prawdy i dobra, a więc tych stron rzeczywistości, które doskonalą osobową strukturę bytową: rozum i wolę. Uważał, że „wprawdzie należy czynić miłość”, nie tylko w życiu osobistym, ale także w życiu społecznym; jeśli jest to możliwe, także narodu w stosunku do siebie. Niewątpliwie w całych dziejach ludzkości jest czymś wyjątkowym stanowisko i sformułowanie preambuły międzynarodowego traktatu unii Polski i Litwy zawartej w Horodle w 1413 r., w okresie wielkich sporów o suwerenność plemion i narodów w obliczu „nawracania” na religię chrześcijańską przemocą i mieczem. Świadomość kulturowa Polaków wyraziła się w tej jedynej, w dziedzinie prawodawstwa (międzynarodowego), formule: „Miłość jedna nie działa marnie; promienna sama w sobie gasi zawiści – osłabia urazy – daje wszystkim pokój – łączy rozdzielonych – podnosi upadłych – gładzi nierówności – prostuje krzywdy – wspiera każdego – nie osłabia nikogo. I ktokolwiek się schroni pod jej skrzydła, znajdzie się bezpiecznym – i nie ulęknie się niczyjej groźby. Miłość tworzy prawa – rządzi królestwami – zakłada państwa – prowadzi do dobrego stanu Rzeczypospolitej. A kto nią wzgardzi – ten wszystko utraci…”.

Miłość – caritas, jako natchnienie unii Polski i Litwy, wyrażona w tekście sejmowym w Horodle, wskazała na podstawy współżycia narodów i ich praw; zarazem zyskała swój wyraz „hymnu o miłości”, nawiązujący do hymnu św. Pawła z I Listu do Koryntian (r. 13), gdzie jest ujawniony i podkreślony najwyższy wymiar miłości – caritas, która nigdy nie ustaje, i zarazem jest podstawą ludzkiego działania. Unia Horodelska wiążąca – dobrowolnie – w jedno państwo różne narody, a nie realizowana poprzez podboje i zwycięstwa militarne, mogła dokonać się jedynie z pragnienia dobra, przez jednoczące się narody; a „pragnieniem dobra” jest właśnie miłość, będąca motywem ludzkiego działania. Jak bardzo dojrzałymi intelektualnie i moralnie okazali się w tym czasie ci, którzy stanowili prawa i kierowali państwem! Jednym z ówczesnych przywódców Polski był rektor Akademii Krakowskiej, Paweł Włodkowic, który stanął w obronie suwerenności narodu, w tym szczególnie narodu litewskiego, a także polskiego, gdy na Soborze w Konstancji oskarżył Krzyżaków o zbrodnicze agresje pod pozorem nawracania na wiarę chrześcijańską. Proces wygrał i wsławił wobec całego świata Polskę i krakowski uniwersytet, ponadto w sposób znaczący zainicjował doktrynę o prawach narodów. 

O prawach narodów

Gdy Naród Polski był uciemiężony, w wyniku międzynarodowych układów z Sowietami i gdy imperializm sowiecko-rosyjski zyskał swoje „uzasadnienie” nie tylko w postaci dokonanych napaści na Węgry, Czechosłowację, NRD – ale także  w postaci teorii Breżniewa o „ograniczonej suwerenności” państw socjalistycznych, polskie terytoria nawiedził sekretarz generalny Sowietów, Michaił Gorbaczow. Wówczas był on podziwiany przez cały świat. W czasie jego pobytu w Warszawie na Zamku Królewskim w lipcu 1988 r. odbyło się spotkanie z przedstawicielami polskiej nauki. Wówczas „pozwoliłem sobie” (co później zyskało uznanie Episkopatu i ludzi kultury) na „upomnienie się” o suwerenność narodową, w nawiązaniu do działalności i doktryny Pawła Włodkowica. Może warto tutaj przytoczyć treść tego wystąpienia: „Współczesna, żywo dyskutowana problematyka praw człowieka, suwerenność narodów i państw, ma swe historyczne i merytoryczne sformułowania w polskiej kulturze, tak w okresie średniowiecza, jak i dzisiaj. Sam problem ograniczenia suwerenności państwowej i narodowej, powiązany ostatnio ze słynną doktryną Breżniewa, pojawił się w historii Polski i Europy już w średniowieczu, w postaci słynnego sporu z Zakonem Krzyżackim, którego ideologią było nawracanie nawet siłą i mieczem ludów pogańskich na chrześcijaństwo. Krzyżacy, sprowadzeni na ziemie polskie dla obrony przez najazdami plemion pruskich, zmienili doktrynę obrony na doktrynę agresji. I wówczas rektor Akademii Krakowskiej, Paweł Włodkowic, na Soborze w Konstancji w XV wieku opracował i uzasadnił doktrynę o suwerenności narodów i państw. Jako niemoralną i błędną ogłosił doktrynę ograniczającą suwerenność narodów, nawet w imię najwyższych wówczas ideałów szerzenia chrześcijaństwa i nawracania nań mieczem i siłą. Od tego czasu, w świadomości Polaków zawsze budziła sprzeciw doktryna ograniczania suwerenności narodów w imię jakichkolwiek, nawet najszczytniejszych ideałów. Powstała jeszcze w średniowieczu koncepcja suwerenności państw i narodów, zyskuje dzisiaj swe pogłębione, teoretyczne uzasadnienie w uznaniu suwerenności człowieka, osoby ludzkiej. To osoba ludzka jest pierwszym suwerennym podmiotem praw ludzkich i obowiązków – przez to, że tylko człowiek swoim poznaniem i swoją miłością może ogarnąć siebie, świat i wszystko to, co go otacza, i dokonać aktów decyzji. Suwerenna decyzja człowieka jest ostateczną podstawą suwerennej decyzji państwa. Ludzka osoba nie może stać się tylko rzeczą i traktowaną być tylko jako rzecz i przedmiot decyzji silniejszego, bo zawsze jest żywym i suwerennym podmiotem w stosunku do własnych decyzji i praw. Tak tę sprawę widzieliśmy w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie przed laty dyskutowaliśmy o tym z kolegami, w tym także z profesorem Karolem Wojtyłą, naszym dawnym kolegą, obecnie papieżem Janem Pawłem II. I właśnie dzisiaj Jan Paweł II w swym powszechnym nauczaniu nieustannie podkreśla suwerenność i podmiotowość osoby ludzkiej, prawa człowieka, jego godność jako podmiotu, a nie przedmiotu, jako celu a nie środka wszystkich ludzkich działań”.

Do Pawła Włodkowica nawiązał również w swym wystąpieniu w dniu 5 października 1995 r., w siedzibie Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku Ojciec Św. Jan Paweł II, wzywający Zjednoczone Narody do pogłębiania „praw człowieka” poprzez wyakcentowanie praw narodowych do istnienia, do własnej kultury, do suwerennego ich rozwoju. Jan Paweł II nawiązał do działalności Pawła Włodkowica, świadcząc o wkładzie myśli polskiej w dziedzinę ogólnoludzkiej kultury. 

W dobie obecnej prawa narodów muszą być coraz mocniej akcentowane w obliczu ogromnej przewagi państw i narodów, bogatych, potężnych, wyposażonych w bronie niszczycielskie, a zarazem niezmiernie ubogich w dziedzinie moralnej. Sprzężenie bowiem potęgi materialnej i niszczycielskiej z nędzą moralną jest rzeczywistym zagrożeniem dla całej ludzkości, a zwłaszcza dla narodów bogatych w historię i swoją narodową kulturę. Jeszcze nie widać – w dzisiejszym układzie stosunków międzynarodowych – realnej, opartej na faktach i prawach, pozytywnej zapowiedzi ułożenia stosunków dla wszystkich pomyślnych. Stąd wołanie Jana Pawła II o prawa narodów zostało w środkach masowego przekazu wyciszone, by może zapewnić „wolność do zła” dla materialnie silnych, a moralnie nikczemnych, jak tego doświadczyliśmy po II wojnie światowej od strony równie zdemoralizowanych zwycięzców.

Polskość jako sposób życia

Dla mnie i dla moich rówieśników polskość nie była czymś abstrakcyjnym, lecz wyraźnie ukształtowanym sposobem życia. Na Wschodzie przeżywaliśmy polskość jako pewną formę kulturowej obecności, zresztą formę bardzo, bardzo wysoką. Wiązało się to zarówno z religią, jak i z mocno zakorzenioną w umysłach świadomością narodowych powstań, a nawet w ogóle historią jako taką. W szkole powszechnej nauczycielka wymagała od nas znajomości całego pocztu królów polskich i nie mając jeszcze dziesięciu lat, już znałem na pamięć władców od Mieszka I do Poniatowskiego. A nadto, byliśmy wychowani uważać niejako za swoje osobiste przeżycia walki Mieszka czy Chrobrego z Niemcami, albo napady Rusi Kijowskiej na Polskę. Grunwald, Chocim nie stanowiły – w codziennym doświadczeniu – jakichś rzeczy oddalonych, były to nasze osobiste przeżycia. Stąd polskość, ugruntowana na fundamencie pamięci, stała się z czasem korzeniem naszego życia teraźniejszego. 

Sama polskość nie jest celem życia ludzkiego, ale jest ona cennym instrumentem rozwoju człowieka. Trudno sobie wyobrazić, jak można siebie rozwinąć np. bez znajomości Mickiewicza, Sienkiewicza, Norwida, polskiej muzyki. W naszej narodowej kulturze, w twórczości, sposobie życia mamy cenne wartości, akcentujące wolność, które pomagają nam w rozwoju. Musimy więc świadomie wracać do polskiej tradycji i ją rozwijać. Po to są szkoły, organizacje, Kościół, aby kształtując mnie tym, co pomagało innym i mnie pomogło być człowiekiem. Być Polakiem, to czerpać soki poprzez własne korzenie, przyswajać sobie i zarazem wzbogacać życie tego wielkiego drzewa, jakim jest nasz naród.

Polacy byli zawsze narodem otwartym na inne nacje, a pomimo tego zachowali własną odrębność. Posiadali poczucie narodowej tożsamości, które zostało w szczególny sposób wzmocnione poprzez przyjęcie wiary chrześcijańskiej. Właśnie władca chrześcijański był tym, który rozpoczął formowanie ducha polskiego, w oparciu nie tylko o jakieś miejscowe obyczaje, ale, nade wszystko, w oparciu o kulturę łacińską, przekazaną nam wraz z Ewangelią. Staliśmy się bardziej łacińscy, aniżeli wszystkie inne narody europejskie.

Religia chrześcijańska uformowała ostatecznie naszą narodową tożsamość. Mieszko I, chcąc uwolnić się spod niemieckich wpływów (nie chciał stać się wasalem cesarza rzymskiego narodu niemieckiego), oddał swoją rodzinę, miasto Gniezno, wręcz całe państwo pod ochronę papiestwu. Wyczuł zatem niejako spontanicznie, gdzie znajduje się właściwa droga dla istnienia narodu i wyznaczył jej kształty na nadchodzące pokolenia. Dlatego, gdy zaistniała potrzeba postawienia na dziedzińcu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego pomnika Jana Pawła II i kardynała Stefana Wyszyńskiego, wybrałem taki moment ikonograficzny, który mógł stać się symbolicznym odtworzeniem (w artystycznej formie) aktu hołdowniczego Mieszka I. Kardynał Wyszyński w okresie zniewolenia jako interrex – przywódca narodu, przykląkł przed papieżem, a zatem powtórzył akt hołdowniczy Mieszka, dzięki któremu mógł się książę uwolnić od panowania i supremacji cesarza niemieckiego. Podobnie również dzięki Kościołowi uwolniliśmy się od supremacji ideologii komunistycznej. 

Na naszych oczach nastąpiło załamanie się nazizmu i komunizmu. Nie łudźmy się jednak, jest ono wpisane w te ideologie, które trwają od czasów rewolucji francuskiej i są wciąż żywe. Skończył się komunizm i od razu został zastąpiony innym systemem – neoliberalizmem. Łączy je jeden wspólny cel – utworzenie tak zwanego państwa światowego, ponadnarodowego, kierowanego przez wąską grupę ludzi. We współczesnej polityce nie zostało dokonane prawdziwe zerwanie z przeszłością i te same tendencje istnieją w niej nadal. Są obecne w liberalizmie pozornie dającym człowiekowi wolność, w ostateczności zaś zniewolenie. Dlatego musimy pamiętać o wolnościowej specyfice polskiej kultury narodowej i o tym, że naturalny rozwój człowieka jako bytu osobowego dokonuje się poprzez system relacji międzyosobowych, związanych z powstaniem, urodzeniem się i dojrzewaniem do pełni człowieczeństwa w społecznościach naturalnych, tj. w rodzinie i narodzie. 

O. Mieczysław Albert Krąpiec

Za: Cywilizacja nr 8/2004, s. 10-16.