Słowo „antysystem” robi dziś w środowiskach prawicowych (lub za takie się uważających) zawrotną karierę. Jakkolwiek pozornie atrakcyjne, analizowane z pozycji integralnie zachowawczych, jawi się ono jako parasol dla zjawisk, które nie dają się pogodzić z wyznawanym przez nas paradygmatem i muszą być traktowane z dużą dozą ostrożności. Nie dlatego że każda krytyka władzy jest zła – przeciwnie: zarówno tradycja katolicka, jak i klasyczna myśl polityczna dopuszczają sprzeciw wobec niesprawiedliwości. Problem tkwi jednak w samej istocie współczesnego antysystemu: jego radykalnym indywidualizmie, odrzuceniu autorytetu oraz chaosie aksjologicznym.

W rozumieniu środowisk określających się jako antysystemowe, pojęcie to oznacza sprzeciw wobec istniejącego porządku politycznego: instytucji państwowych, elit rządzących, dominujących mediów czy obowiązujących narracji ideowych. Problem w tym, że do jednego worka wrzuca się tu zarówno uzasadnioną krytykę rzeczywistych patologii życia publicznego, jak i postawy destrukcyjne, nihilistyczne czy wręcz rewolucyjne. W efekcie „antysystem” przestaje być kategorią opisową, a staje się emocjonalnym hasłem, niejednokrotnie przesiąkniętym osobistymi ambicjami watażków poszczególnych grup, pod którym można ukryć niemal wszystko. Usprawiedliwia ono nie tylko poglądy, lecz również dowolne (nieraz niegodne) metody ekspresji, prowadzące do wulgaryzacji życia publicznego. Tworzy ponadto przestrzeń dla włączenia w dyskusję i działalność polityczną elementów jawnie wrogich państwu i dążących do jego destrukcji, a także wszelkiej maści karierowiczów, oportunistów i demagogów, dla których hasło „antysystemowości” jest jedynie wygodną platformą do zaistnienia i zdobycia publiczności oraz rozgłosu, nie zaś wyrazem rzeczywistej troski o dobro wspólne.

Z punktu widzenia katolickiej nauki społecznej taka mieszanina jest nie do przyjęcia. Kościół, krytykując niesprawiedliwości czy nadużycia władzy, nigdy nie przestawał wspierać samej zasady ładu, autorytetu i hierarchii. Podkreślał, że polityka powinna służyć dobru wspólnemu, a instytucje, choć niedoskonałe, są konieczne dla zachowania porządku społecznego. Tymczasem w retoryce antysystemowej często pojawia się pokusa całkowitego odrzucenia zastanego status quo, jednak bez realnej propozycji naprawy czy zastąpienia go czymś trwalszym. Krytyka bywa nieraz celna punktowo, ale całościowo przybiera formę permanentnej negacji – aż do poziomu politycznego nihilizmu.

Czy może zresztą być inaczej, jeżeli poza negatywnym stosunkiem do obecnych struktur politycznych ludzi antysystemu nie łączy żaden program pozytywny? Lub jeżeli wszyscy oni żywią przekonanie o pochodzeniu władzy od ludu – czyli kierującego się emocjami, ślepego molocha? W takiej perspektywie polityka przestaje być roztropnym zarządzaniem dobrem wspólnym, a staje się jedynie walką nastrojów (lub o nastroje) i chwilowych impulsów. Tam, gdzie odrzuca się zakorzenienie w trwałych zasadach i hierarchii, nie powstaje żadna realna alternatywa, lecz jedynie kolejna odmiana tego samego chaosu – zmieniają się hasła i twarze, lecz logika pozostaje identyczna. Antysystem może zastąpić system tylko innym sztucznym systemem – sztucznym, bo nie nawiązującym do Tradycji i Wiary, która zgodnie z paradygmatem konserwatywnym przenikać musi sferę polityczną. Bez odniesienia do obiektywnego porządku wartości i bez uznania, że władza powinna być czymś więcej niż tylko wyrazem zmiennej woli większości, antysystem skazany jest na jałowość: potrafi burzyć, lecz nie umie budować.

Wierni Prawdzie przedwiecznej, odrzucamy demokrację, a także właściwy jej egalitaryzm idei i postaw. Praca nasza wymaga chrztu Etyki, a sama monarchia, której służymy – rozumiana nie tylko jako forma ustrojowa, ale jako zasada – zakłada, że władza ma charakter ojcowski. Nie wolno jej ujmować w kategoriach doraźnej gry interesów, a takie właśnie podejście wydaje się promować uczestnictwo w owym modnym dziś antysystemie. Tym bardziej, że antysystem, glosami swoich uczestników, gloryfikuje bunt i negacje, a jego celem najwyższym stało się zdobycie kolejnej demokratycznej większości.

Szczególnie problematyczne jest mieszanie w ramach antysystemu nurtów skrajnie różnych: od pseudokonserwatyzmu, przez libertarianizm, aż po ruchy o charakterze demagogicznym, a nawet konspiracyjnym. Dla konserwatysty rozumiejącego istotę własnego posłannictwa, akceptacja takich sojuszy pozostaje niemożliwa. Jak bowiem uczy Hieronim hr. Tarnowski: W zasadach stanowiących podstawy konserwatyzmu jest prawda, a prawda jest nieśmiertelna. I dlatego konserwatyzm można zwalczać, można mu przeczyć, ale wymazać go z powierzchni ziemi nie podobna. Jedno tylko może go zabić: jeżeli dla celów oportunistycznych zboczy od swojej ideologii i wejdzie w kompromis co do tych zasad, które stanowią jego rację bytu. Wtedy popełni samobójstwo.

Zdrowe uprawianie polityki w duchu zachowawczym wymaga wierności Etyce (będącej, jak uczy Konstanty Broel-Plater, konserwatyzmem konserwatyzmu), Wierze, Tradycji i Autorytetowi. Ma ona być oparta na jasnych definicjach, odpowiedzialności za słowo i świadomości celu, jakim jest dobro wspólne, oparte na Prawie Naturalnym. Krytyka istniejącego porządku jest potrzebna – to nie ulega wątpliwości – ale musi być zakorzeniona w katolickiej wizji człowieka i społeczeństwa. Antysystem jako bezkształtna mieszanka sprzecznych idei roli tej nie spełni. Zamiast porządkować debatę publiczną, wprowadza do niej chaos i pozwala na zaistnienie podmiotów, z którymi integralnemu konserwatyście stanąć w jednym szeregu nie wypada. Głośny, lecz jałowy sprzeciw wobec wszystkiego naraz nie może stać się podstawą długofalowego programu pracy na rzecz Państwa, które wtedy tylko dozna uzdrowienia, gdy zwieńczy je nałożona z Bożej łaski korona.

Postawa antysystemowa – to uznanie za trafną intuicji Nicolása Gómeza Dávili, który przypomina, że reakcjonista nie stoi mniej lub bardziej na prawo od lewicy, lecz naprzeciw niej – poza jej osią, poza jej językiem i poza jej złudzeniami. W tym sensie antysystem nie jest kolejną odmianą tej samej gry, lecz jej odrzuceniem u podstaw: sprzeciwem wobec wszystkich konstrukcji wyrastających z ducha rewolucji francuskiej i jej następstw. Oznacza to dążenie do odbudowy świata zakorzenionego w zasadach starego porządku – Wiary, Tradycji, ładu i hierarchii – niezależnie od tego, jak długiej perspektywy wymaga takie przedsięwzięcie i jak bardzo pozostaje ono w sprzeczności z dominującymi przekonaniami współczesności.

Mariusz Matuszewski