Jesienią 2026 r. minie ćwierć wieku od premiery filmu „Wiedźmin”. Nie zapomnę, jak wychodziłem z niej zgnębiony, mając jeszcze w uszach śmiechy ludzi na sali kinowej, którzy w przeciwieństwie do mnie najwyraźniej bawili się świetnie.
Na film spadł grad krytyki – starsi czytelnicy niniejszego tekstu mogą go pamiętać – nie tylko ze strony recenzentów, ale także publiczności, w tym zwłaszcza fanów fantastyki takich jak ja. Wyśmiewano animowanego smoka rodem z Disneya, gumowe potwory, porażkę najmłodszej aktorki, niektóre decyzje castingowe, jak obsadzenie w nietypowym emploi Zbigniewa Zamachowskiego, czy występy nieżyjących już dziś Marka Walczewskiego i Ryszarda Kotysa, rozpoznawanych przez widzów głównie jako postacie z popularnych wówczas sitcomów (1).
My wszyscy, którzyśmy brali udział w tej krytyce, możemy się dzisiaj przekonać, w jak dużym stopniu była niesprawiedliwa. Rok później Telewizja Polska wyemitowała właściwą produkcję, czyli 13-odcinkowy serial. Ten robił już całkiem niezłe wrażenie, przy czym wyszło na jaw, że film był tylko jego dwugodzinnym zwiastunem puszczonym w kinach. Wreszcie przyszedł rok 2019, kiedy to amerykańska korporacja Netflix, uzbrojona w najnowsze zdobycze technologii, z hollywoodzkim warsztatem i budżetem (2), zaprezentowała światu swoją adaptację dzieł Andrzeja Sapkowskiego. Wtedy dopiero mogliśmy zobaczyć, jak wygląda naprawdę zła ekranizacja „Wiedźmina” (z podobnie słabym komputerowym smokiem).
Wychodzi na to, że na dobre czy złe, saga o wiedźminie stała się częścią kulturowego kapitału Polski, a na pewno jest naszym rozpoznawalnym produktem eksportowym. Polskie gry komputerowe osadzone w świecie stworzonym przez Sapkowskiego podbijają zagraniczne rynki, a książkowy pierwowzór od kilku lat ekranizuje wspomniana już „lewacka” wytwórnia ze Stanów Zjednoczonych. Gwoli uczciwości muszę przyznać, że do dziś nie czytałem pięcioksięgu przygód wiedźmina, tylko poprzedzające cykl powieściowy dwa tomy opowiadań. Ale to one właśnie utorowały drogę Sapkowskiemu jako pisarzowi. Znawcy przedmiotu zapewniali mnie, że to one są najlepszą literacko częścią sagi o wiedźminie, podczas gdy późniejsze powieści to już tylko fabularyzowana wersja światopoglądu „Gazety Wyborczej”. I to na podstawie opowiadań powstał polski serial.
Nie bez lekkiego rozbawienia obserwuję więc, jak od pewnego czasu portale filmowe donoszą, iż młodsi widzowie, którzy znali tylko amerykański serial o wiedźminie, „odkrywają” serial polski i są zachwyceni. Podobno przychylne opinie zaczęły się pojawiać nawet na Zachodzie. Mam nadzieję, że to wszystko dociera do Marka Brodzkiego, dając reżyserowi spóźnioną satysfakcję. Oczywiście realizatorskie niedomagania polskiej produkcji nie zniknęły z upływem czasu. Ale wtedy jej słabe strony kompletnie przesłoniły odbiorcom zalety, a te w jakimś sensie wykraczają nawet poza sferę kina rozrywkowego. Na przykład: nasza rodzima ekranizacja ze swoim antyfeministycznym wydźwiękiem przynosi przyjemną odmianę na tle dzisiejszego kina, zamienionego w fabrykę schematycznych produkcyjniaków spod znaku siermiężnej ideologii „girl power”.
Amerykański „Wiedźmin” pod względem wizualnym przywodzi na myśl operę. To, co widzimy w starszym, polskim serialu o wiele bardziej przypomina fantastyczny wariant średniowiecza (z nalotem samurajskiej Japonii). Jego nastrój doskonale podbudowuje ścieżka dźwiękowa, dzieło oryginalne – w polskiej muzyce filmowej nie było podobnego pomysłu kompozytorskiego; przedśmiertne opus magnum Grzegorza Ciechowskiego, który zmarł krótko po premierze filmu w 2001 r.
Pamiętam, jak jeden z moich kolegów krytykował dobór plenerów w krajowej produkcji, narzekając, że pokazano w niej wieczną polską jesień. Tymczasem krajobrazowe tło zalicza się do najlepszych aspektów serialu. Kiedy w drugiej połowie lat 90-tych do filmów zaczął wkraczać osławiony CGI, „obraz generowany komputerowo”, nikt chyba nie przewidywał, do jakiego stopnia zdegraduje on kino w porównaniu do epoki filmów opartych na tradycyjnej scenografii i zdjęciach plenerowych. Bo żadna grafika komputerowa, którą amerykańska kinematografia karmi nas od tamtej pory aż do twardego rzygu, nigdy nie dorówna pięknu prawdziwego krajobrazu. Dzięki temu właśnie ocalił swoje filmy Peter Jackson, mistrzowsko przeobrażając górskie szczyty swej ojczystej Nowej Zelandii w tolkienowskie Śródziemie. W kameralnej skali ten sam efekt udało się uzyskać twórcom niezależnej produkcji „Polowanie na Golluma” (2009), nakręconej w lasach Anglii.
Filmy tworzone w ten sposób podążają za jedną z istotnych reguł literatury fantasy. Wynalazcy fantastycznych światów często nadawali im cechy własnych krajów. Wiadomo, czym jest – i ma być – tolkienowska Włość-Shire (3). W fikcyjnym uniwersum oglądamy dzięki temu kraj autora w jego postaci „prawdziwej” w sensie Eliadowskim: sposób, w jaki zbiorowa dusza narodu odbija się w krajobrazie. W prozie Sapkowskiego tego nie ma, a w serialu – jest. Polacy widzą Polskę jako archetypowy kraj szarugi, błot, roztopów i mgieł, jesieni, przedzimia, zimy i przedwiośnia (chyba nie przypadkiem taki tytuł nosi powieść będąca – nie wahajmy się tego stwierdzić – jednym z naszych eposów narodowych), co nie pozostaje bez wpływu na nasz narodowy charakter. I serial to widzenie odzwierciedla. Oglądając polskiego „Wiedźmina”, wkraczamy nie tylko w fantastyczny świat wymyślony przez pisarza, ale również w przestrzeń naszego (polskiego) etnomitu. Podróż po Polsce „prawdziwej” to podróż w krainę baśni i klechd – i tak powinno pozostać. Polska umiera zawsze wtedy, gdy małpuje praktycyzm Zachodu i jego materializm.
A wracając w mniej wzniosłe rejestry rzeczywistości: może Telewizja Polska, która w stanie likwidacji przeżywa dziś ciężkie chwile, wykorzystałaby międzynarodowy już fenomen wiedźmina i pomyślała o szerszej dystrybucji serialu z 2002 r. za granicą?
Adam Danek
1. Napiszmy od razu, że tego ostatniego uczepiliśmy się wtedy niesłusznie. Doświadczeni aktorzy wycisnęli ze swoich postaci, ile się dało. Drugi plan w polskim „Wiedźminie” został solidnie obsadzony, a niektóre role, jak sędziwego Jerzego Nowaka, można nawet uznać za znakomite. Ale to było widać dopiero w serialu.
2. Sam pierwszy sezon (z kilku) amerykańskiego serialu kosztował ponad 90 mln dolarów. Niech ktoś bieglejszy w matematyce ode mnie policzy, ile to razy więcej od około 19 mln złotych, którymi dysponowali twórcy polskiego serialu.
3. Przekład „Władcy pierścieni” dokonany przez Jerzego Łozińskiego nie bez powodu wywołał kiedyś oburzenie czytelników, ale zawierał kilka trafnych pomysłów translatorskich, jak właśnie przetłumaczenie Shire jako Włości.
Adam Danek
