c58cade6c31beb6d2e4e11d960cdc9b1_ID3380557_18_charliehebdo_204113_023J7Y_0_JPG7 stycznia 2015 roku doszło w Paryżu do ataku uzbrojonych w karabiny maszynowe muzułmanów, na redakcję lewackiej gazety Charlie Hebdo. Zginęło 12 osób. Mord był odwetem za umieszczenie na łamach pisma karykatury Mahometa, a przynajmniej na to wyglądało w medialnych doniesieniach. To wydarzenie niezwykle mocno pobudziło opinię publiczną, która jak zwykle w takich wypadkach, jest wyjątkowo przewidywalna. Publiczność zaopiniowała, co następuje: islamski ekstremizm podniósł rękę na demokrację i wolność słowa.

Wolność słowa

Wydarzenia, jak to z redakcją francuskiego piśmidła w roli głównej, powodują zwykle wyrzut ogromnej ilości lewackiej sadzy, spadającej na wszystko dookoła. Po 7 stycznia spory kawał świata pokrył się warstwą osadu pod postacią kolejnej fali propagandy mówiącej jak ważna, jak fundamentalna, jak niezastąpiona, demokratyczna i święta jest zasada wolności słowa. Można pomyśleć, że opinia publiczna uważa, że to pogwałcenie tej zasady doprowadziło do tragedii, a nie rynsztokowy poziom gazeciny, która tym razem przecięła nie ten drucik…. A czymże jest wolność słowa dzisiaj?

Wolność słowa zasadzona jest na liberalizmie. Zakłada właściwie nieskrępowaną wolność wypowiadania się na każdy temat. Oczywiście nie wszędzie wygląda to tak samo. Na przykład w Polsce jest ograniczona m. in. zapisem o obrazie uczuć religijnych. Jej ograniczenia należy także upatrywać w ustawach dotyczących zakazu propagowania określonych idei czy ochronie głowy państwa. Ale nieścisłości i wyjątki od wyjątków tymczasowych reguł, to akurat standard w demokracji. Są też niepisane szlabany powstrzymujące wolność słowa takie jak antysemityzm i prokatolicyzm (jedno i drugie jest „mową nienawiści” lub sezonowo „faszyzmem”). Przekonał się o tym jeden z byłych redaktorów, ponad wszystko miłującej wolność słowa Charlie Hebdo, za artykuł o bogatej żydówce związanej z synem prezydenta Sarkozy. Dziennikarz został zwolniony, ale chyba tego teraz nie żałuje.

Wolność słowa to wytrych, którym zwykło się w postchrześcijańskiej cywilizacji usprawiedliwiać chamstwo i bluźnierstwo. Podobnym celom służy także „wolność wyrazu artystycznego”. Pod pozorem wolności słowa lewica znieważa Kościół, sekty głoszą publicznie swoje idee, gazety bez obaw publikują, co im się podoba, a pisarze bzdurami zapełniają liczne stronice swoich książek, co w naszych czasach zwiastuje bestseller.

Co to jest w istocie?

Nieporozumienie. Błąd. Propagandowa wydmuszka, która ładnie brzmi, wszak to kolejna wolność do kolekcji. Można ją sobie postawić na półce zaraz obok wolności religijnej i wmawiać sobie, ze to przecież takie europejskie, że takie tolerancyjne, takie demokratyczne. Wolność słowa to zaprzeczenie porządku, to pozwalanie na urąganie prawdzie i nadużycie w stosunku do maluczkich. Wolność ta oznacza możliwość pisania i mówienia publicznie wszystkich bredni, jakie przyjdą komuś do głowy. Problem w tym, że nie każdy jest na tyle odporny, mądry czy wykształcony, aby w tym bełkocie wychwycić prawdę, o ile ona się tam w ogóle znajduje. To ta wielka i demokratyczna zasada pozwoliła na zalanie nas morzem fałszu i propagandy i uzasadniła to. Chyba jednak porównanie z morzem, skądinąd pięknym Bożym tworem nie jest tu na miejscu. Lepiej mówić o ścieku, o pomyjach. Bo tym są wydawane, zgodnie z pryncypium swobody wypowiedzi, książki jak te Browna, Hitchensa, Palikota, gazety jak Nie, Fakty i Mity, Newsweeki czy inne tygodniki [o złej] opinii. Wolność słowa jaką znamy wyklucza jeden z obowiązków państwa, mianowicie obronę społeczeństwa przed zagrożeniami. W tym przypadku zagrożeniem jest fałsz.

Wolność to „wola w akcji”. Jeśli przyjmiemy, że ludzie, mówiąc „wolność słowa” wiedzą co to w istocie oznacza, a wolność słowa ma wyglądać tak jak wygląda w naszych czasach to wyłania się obraz straszny. Obraz demokratów twierdzących, że wola podawania do publicznej wiadomości kłamstw, oszczerstw lub chociażby prawdy wyrażonej językiem najlżej określonym jako brukowy, jest działaniem, któremu należy się status prawa. Które należy zagwarantować konstytucją.

Kto płacze po Charlie?

Po bluźniercach, którzy zebrali żniwo własnej moralnej nicości płacze cała śmietanka społeczeństw Europy i świata. Na marszu wyrażającym protest, żal i łączność z ofiarami egzekucji i ich zwolennikami (tymi, co też są Charlie) byli między innymi Tusk i Merkel (nie miałem serca ich rozdzielać choćby w tekście), Cameron, Sarkozy, Netanjahu, Hollande, Abbas. Największe gazety i telewizje też są Charlie.

A ja nie jestem.

Je suis catholique et Polonais. I jeśli mam płakać po ofiarach zbrodniarzy islamskich to będę płakał po mordowanych chrześcijanach irackich, syryjskich, nigeryjskich i z dziesiątków innych krajów. Będę płakał po nich, bo warto, bo o nich nikt nie mówi, bo niedługo mogę podzielić ich los przez głupotę tych, co są Charlie. Będę płakał po męczennikach, a nie po chamach bez honoru, bez rozumu i bez wiary. Po Charlie rozpacza demokracja, zawodzi masoneria, a lewactwo chodzi w żałobie. A gdzie marsze żalu, gdzie transparenty, artykuły i programy o tysiącach zastrzelonych ojców, zgwałconych matek, córkach niewolnicach i dzieciach z głowami odciętymi maczetą przez dzicz muzułmańską? Gdzie europejczycy, sędziowie trybunałów praw człowieka, gdzie wojska niosące demokrację, gdzie zatroskane i poważne miny Merkel i chmurne oczy Tuska? Dlaczego płaczą po niegodnych zamiast bronić niewinnych uciskanych? Tego ja nie zrozumiem, a Charlie o to nie zapyta.

Karol Kilijanek