Sztajer: Leprozorium. Niewiara w czasach zarazy

| 30 stycznia 2021 | 0 Komentarzy

OSOBY DRAMATU

NEPOMUK

ANTONI

FLORIAN

MIKOŁAJ Z WILKIEM

FRASOBLIWY

ANKA

ROZALIA

MIETEK

WÓJT IGNACIUK

KSIĄDZ POCZWARKO

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW

Oświadczam, że wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe, dramat zaś – oprócz niemal całkowitej utraty wiary, jaka dotknęła ludzkość – jest fikcją.

W szczególności zaś podobieństwo świątków, figur i rzeźb występujących w sztuce do świątków, figur i rzeźb stojących w kapliczkach na polskich rozdrożach jest najzupełniej przypadkowe i nie może stanowić podstawy do procesów o zniesławienie, ani też = zwłaszcza! – do żywienia ciężkiej, przechowywanej w zżartym przez korniki sercu urazy, bądź do braku przychylności.

Akt I

 

Scena I

            W obrębie żeliwnego ogrodzenia możliwie przypominającego balustradę, jaką są grodzone przydrożne kapliczki, siedzą NEPOMUK, ANTONI, MIKOŁAJ (obok niego kamienny wilk) oraz FRASOBLIWY. Część z nich jest wybrakowana (może brakować ręki albo nogi), mają szramy na twarzach i ciemne plany na ciele. Posiadają  n i e k t ó r e  symboliczne atrybuty swoich zwyczajowych przedstawień, ale nie nazbyt dosłownie. I tak na przykład FRASOBLIWY może być ubrany w chłopską koszulę i lniane spodnie, mieć półdługie włosy, brodę i blizny na rękach oraz przez większość czasu zajmować charakterystyczną pozę na kubiku drewna, nie powinien jednak mieć korony cierniowej ani śladów krwi – i tak dalej. Innymi słowy, postaci mają być zaakcentowane, ale nie – przebrane.

            W tle karawaka – morowy krzyż. Tło dźwiękowe przez kilka minut stanowi ‘Trauma’ N’to.

 

ANTONI w intonacji bardziej stwierdzającej niż pytającej

Ile tak jeszcze..?

 

Po dłuższej chwili milczenia

FRASOBLIWY w podobnej intonacji, ospale,

Ale co – ile ?

 

ANTONI

No, ile to jeszcze potrwa. Ta kwarantanna.

 

FRASOBLIWY wzrusza ramionami

A kto to wie…

 

MIKOŁAJ gładząc wilka po grzbiecie

Oby niezbyt długo, bo mały robi się głodny … wzdycha

Zresztą … co zrobią te bezpłodne kobiety beze mnie i mojego wilka? Co zrobią młodzi mężczyźni, koczujący w okolicznych szuwarach nad ranem, kiedy piękne, choć nieszczęśliwe Słowianki rozbierają się do naga, siadają okrakiem na wilku, gładzą go pod brzuchem, potem zaś wracają do domu, i dziewięć miesięcy później przynoszą do mnie śliczne dzieci z niebieskimi jak niebo nad Wołyniem oczętami … reflektuje się, że palnął głupstwo; wszyscy pozostali patrzą na niego jak na wariata

Przepraszam, przyzwyczajenie drugą naturą.

Wiem, wiem, że wcale tak nie było, a nawet gdyby było – to wszystko legenda, symulakra, dopowiedzenia podświadomości, przesądy, funkcja roli społecznej. Nie ma cudów. Boga nie ma.

Nawet trzymając się warstwy faktów – od osiemdziesięciu lat z górą nikt nie prosił mnie o narodziny dziecka. 

Wszystko zapomniałem. To było tak dawno.

 

ANTONI

Dawno, dawno.

 

 

MIKOŁAJ

Jeszcze kilka dni temu zrugalibyście mnie za pogłębianie naszej przypadłości, co?

 

Wzruszają ramionami.

 

MIKOŁAJ

To niechybnie znaczy, że choroba postępuje! Jest wam już wszystko jedno.

A mi – razem z wami…

Tylko wspomnienia, jeśli pojawiają się czasem, zdaje się – przynoszą reminiscencje zjawiska zwanego – wiarą.

Czym ona była? Zabijcie, nie pamiętam.

 

ANTONI

Powiem ci, pospolity Mikołaju cudotwórco (ostatni wyraz lekko szyderczo)

Ich legendy w nas wrosły. Opowieści, jakimi się karmili, żeby przetrwać śmiertelnie monotonny i śmiertelnie ciężki czas pomiędzy narodzinami a śmiercią, te opowieści w nas zostały.

Widzicie, kamienny czy drewniany świątek, zwykłe niebożątko wystrugane mniej lub bardziej sprawną ręką – jak może bronić się przed gwałtownym naporem wielkiej siły, starej i czcigodnej, stworzonej wielkim, kolektywnym, rozciągniętym na stulecia wysiłkiem – jak więc może bronić się przed Tradycją, przed Mitem?

Nie będę sądzić teraz moich wspomnień. Już dawno zawiesiłem sąd o moich wspomnieniach. Niech nie będą dobre ani złe, prawdziwe ani nieprawdziwe. Giną teraz w strumieniach zwątpień, ciemnieją im oczy w sceptyckich labiryntach … Mogę tylko wypowiadać je na głos; wypowiadać, zanim znikną. A bledną z każdą godziną …

I prawie pamiętam, pamiętam mgliście, że miałem przekonanie, jakobym odzyskiwał rzeczy zgubione. Że kiedy proszono mnie o to, aby znalazła się rzecz zaginiona, byłem władny wzbudzić ją jakby spod ziemi.

 

MIKOŁAJ

O co proszono?

 

ANTONI

O, to były zupełne błahostki.

 

MIKOŁAJ

Jak na przykład ..?

 

ANTONI

Chcesz, żebym ci powiedział? Żebyś mógł chwalić się zaraz, że miałeś barwniejsze życie? Ty i twoje gołe baby, i ten włóczęga! śmieje się z pogardą

Kto w ogóle wymyślił tak pokraczną parę – Mikołaja z wilkiem?

 

MIKOŁAJ

Nikt nas wymyślać nie musiał, przyjacielu.

Stworzyła nas siła, o której wspomniałeś sam przed chwilą. „Siła wielka, stara i czcigodna, stworzona wielkim, kolektywnym, rozciągniętym na stulecia wysiłkiem”.

Gwiżdże na wilka i gładzi go po grzbiecie

Wołk – tak na niego mówiono, bo cała moja czereda, to prawie sami Rusini. A zabobonni byli, że Jezu! No więc wołk był tam na długo przede mną. Pozostałość po kultach pogańskich, Wołk pod świętym, rozłożystym dębem, w sąsiedztwie bijącego źródła. Święty wołk na świętym miejscu.

Czekał na mnie całe stulecia, starszy i mądrzejszy. Do dzisiaj taki jest, i przez cały ten czas moi ochrzczeni poganie zwracali się bardziej do niego niż do mnie. Ja przy nim – kwiat do kożucha …

Starszy i mądrzejszy. Szanowano go bardziej niż mnie, bardziej się go bano i bardziej wierzono, z jednego prostego powodu: w swoim kamiennym wilczym ciele był całkowicie martwy i nieczuły, a więc dostojny jak kosmos, jak prawda o świecie.

Ja i moje małe cudeńka, moje półuzdrowienia i pobożne życzenia, moja błogosławiąca dłoń! Śmiech mnie bierze, kiedy teraz o tym myślę. Drewniane, naiwne oczy; ten wzrok, który aż się rwał, żeby każdego pogłaskać po duszy. Powiedzcie sami – czy można to szanować?

Rusin, Polak, grek, katolik, prawosławny, chłop czy szlachcic – z takiej samej gliny. Składa trybut swojej rozpaczliwiej potrzebie wiary w cud, swojemu własnemu życiodajnemu zabobonowi. Przychodzi, zaklina, pozostawia świętą wstążkę, obmywa się świętą wodą – bo wie, że musi. Musi, żeby nie zwariować.

A potem nadstawia plecy na to, co przyniesie mu jego zasmarkany los. I wie dobrze, że czary odprawione u stóp światka nic mu nie pomogą.

Wołk był obojętny. Nie pomagał nigdy. Był jak świat, jak kosmos, jak życie i śmierć. Bezwzględnie milczący. Racjonalny. A człowiek swoje wie. Nawet, jeśli tkwi w zabobonie, przeczuwa, że to jest proteza tylko, placebo na całkowite milczenie świata. Zabobon – to dla niego jak rozmowa z samym sobą skazańca w odosobnionej celi. Gada do siebie – żeby nie zwariować. Wie, że to szalone, ale chroni go przed większym szaleństwem. Tak, to całkiem racjonalne.

Ja byłem zawsze naiwny – i to cała rzecz.

I dlatego nikt, nikt w głębi duszy nie traktował poważnie mnie – tylko mojego wołka.

Mojego mądrego, obojętnego, zimnego jak noc towarzysza.

Chodź, towarzyszu, ogrzej mi stopy! Tyś jest zimny, ale ja jeszcze zimniejszy. Tyś jest zimny, bo kamienny; ja jestem zimny – bo co miałem ciepłego, uleciało. Skorki podrążyły oczy, farba zeszła płatami, straciłem swoje dziecinne i słodkie spojrzenie, a z nim uszła moja dusza! Ogrzej mi zgruchotane stopy, towarzyszu! podchodzi do wilka i kuca przy nim, gładząc go po grzbiecie

 

ANTONI

Tyś miał wilka. Dziwna para, przyznaję. A ja miałem – dziecko.

 

MIKOŁAJ

Dziecko..?

 

ANTONI

Tak, dziecko.

Mój trąd, drodzy, zaczął się od utraty dziecka. Dopiero później skradziono putta – stworzenia złośliwe i nieczyste, małą czeredę demonów; najpierw jednak skradziono dziecko, potem odpadła aureola, potem całkowicie zeszła ze mnie farba, straciłem kolory.

Do dziś pamiętam, jak było lekkie. A trzymałem je – o tak, na prawym ręku. demonstruje pozycję rąk, jakby podtrzymywał wyimaginowane dziecko.

Z tym, że kiedy przychodzono, to przychodzono nie do dziecka – do mnie.

Wyprosić zagubione w polu narzędzia, zakopany w niewiadomym miejscu w ogrodzie garnczek z rublami, zaginioną krowę albo świnie, paszport albo dokumenty. „Pomóż, Antoni, pomóż”.

 

NEPOMUK

Głód. Powietrze. Ogień. Woda. Wojna.

Tylko to pamiętam. „Od powietrza, głodu, ognia i wojny.”

A że głód, woda, ogień i powietrze morowe powtarzały się wciąż i wciąż, na rozdrożach i po wsiach rosły zastępy moich braci. Było nas więcej i więcej.

Każdy głód mija i każda woda się cofa, nim przyjdzie następna. Naturalnie. Wtedy karmiono mnie pochlebstwami, pęczniałem od wdzięczności. Przychodził nowy głód i nowa woda – stawiano nowego Nepomuka.

Głupi ludek.

 

MIKOŁAJ

Mniej, niż myślisz, bracie Nepomucenie.

 

NEPOMUK

Jak to?

 

MIKOŁAJ

Wspomnij na to, co powiedziałem o wołku.

Obojętnym wyrazem pyska, chłodem kamienia – budził respekt. Wszyscy doskonale rozumieli wyniosłą bezsilność mojego wilczego towarzysza.

Źle myślisz o swojej trzódce, jeśli sądzisz, że byli aż tak głupi. Dobrze wiedzieli, że oto nowy ogień, nowe morowe powietrze, nowa wojna … że to się wszystko musi stać.

 

NEPOMUK

Wiedzieli – więc o co prosili?

MIKOŁAJ

Prosili o rzecz nieziszczalną i niemożliwą. Inaczej nie da się żyć.

 

NEPOMUK

Jak można nazwać podobne samooszukiwanie się?

 

MIKOŁAJ

Można i trzeba, bracie Nepomucenie, nazwać je pięknie i heroicznie. Można i trzeba, mój kamienny bracie morowo – ogniowy, nazywać je nadzieją.

Koniec sceny I, gasną światła, w przejściu do sceny II słychać fragment „Traumy”.

 

Scena II

            Jak w scenie I, dodatkowo FLORIAN.

Osoby ze sceny I w tym samym położeniu, w ogrodzeniu brakuje jednego przęsła. Przez ten otwór wchodzi FLORIAN, nie ma jednej nogi, kuśtyka.

Uwagi charakteryzatorskie jak do pozostałych postaci, jednak dobrze, żeby miał hełm z pióropuszem i przynajmniej symboliczny fragment czerwonej szaty.

FLORIAN wyraźnie zdezorientowany

Co ja tutaj robię? Co to za rodzaj dziwacznego zgromadzenia?

Chryste Panie, Mikołaju Cudotwórco, święty Antoni … I Nepomucen tu jest!

 

WSZYSCY

Do usług.

 

FLORIAN

Co się dzieje? Straciłem nogę, owszem, ale cierpliwe drewno wiele znosi, dziesięć lat stałem w zakrystii bez tej nogi, czekając na lepsze czasy. Czy ja umarłem? Czy to jest jakiś rodzaj nieba dla sługi sług, drewnianego niebożęcia, gdzie ani kornik nie sięga, ani przemądrzały konserwator ze swoim ohydnie śmierdzącym ksylamitem? Czy ja dostąpiłem wiecznego zbawienia?

Wszyscy patrzą na niego dość obojętnie, osowiale i w sposób raczej wykluczający pozytywne rozwiązania.

FLORIAN

Dlaczego wszyscy milczycie? Chryste Panie, przemów do mnie!

Czy ja czymś uchybiłem, zbutwiały sługa boży? Grzeszne, niedobre drewno! Czy trafiłem na sąd?

Rzuca się na ziemię i usiłuje całować Frasobliwego po stopach, ale ten łagodnym, choć zdecydowanym ruchem się odsuwa. Florian patrzy zdezorientowany.

Trwa chwilę pełna napięcia cisza, potem zaś wszyscy (prócz Floriana) wybuchają śmiechem. Florian uśmiecha się niepewnie.

FLORIAN

Nie rozumiem …

Antoni podchodzi do niego, pomaga mu wstać i obejmuje ramieniem, poklepując rubasznie.

ANTONI

Bracie Florianie … Poczciwy, dzielny bracie Florianie. Witamy cię, Florianie, na naszej kwarantannie. Usiądź sobie, póki możesz, bo zła wiadomość jest ta, że z nogą nikt ci tutaj nie pomoże. Przepadło, to przepadło.

MIKOŁAJ

Nie licz na cuda

FLORIAN

Nie śmiałbym, czcigodny Mikołaju Cudotwórco.

ANTONI

Powiedz mi, dobry bracie Florianie, jakie to ostatnio pożary gasiłeś.

Florian myśli intensywnie, zamyka i otwiera usta.

 

ANTONI prowokacyjnie

Hę?

 

FLORIAN

No, ostatnio to, szczerze mówiąc – nie. Zacznijmy od tego, że … waha się

 

ANTONI

Że mianowicie..?

 

FLORIAN

Zacznijmy od tego, że ostatnio to większych pożarów w ogóle nie było. No trudno.

Wszyscy pozostali potakują, udając bardzo zaskoczonych.

 

ANTONI

Ach tak …

 

FLORIAN

To znaczy, może coś tam się paliło, ale – nie wiem jak u was, u mnie mieliśmy całkiem dobre układy z ochotniczą strażą pożarną. Bardzo sympatyczni ludzie. Jak czasem przyszli na plebanię, to … u, do rana nie wychodzili! No, za kołnierz nie wylewali, trzeba przyznać.

Ale i swoją robotę uczciwie robili, a jak był odpust, to nawet obnosili mnie w procesji dookoła kościoła … To znaczy, zanim straciłem nogę.

A nogę, notabene, straciłem właśnie podczas procesji.

Niósł mnie jeden, nie powiem, wczorajszy trochę. Wziął i upuścił, no trudno.

No i tak czekałem sobie w tej zakrystii, i czekałem.

 

 

ANTONI

No trudno.

 

FLORIAN

No trudno, trudno. Ale, trzeba przyznać …

 

ANTONI wchodzi mu w słowo

Ale powiedz mi, tak szczerze – kiedy zgasiłeś ostatni pożar?

 

FLORIAN

Kiedyś to całkiem często.

Co chwilę coś się paliło! rozmarzony Życie było prawdziwe – morowe powietrze, ogień, wojna. Potem wszystko jakby straciło wyrazistość.
A jaki pobożny był lud! Święty Florianie, ratuj! Święty Florianie!

Ciągle jeszcze jakbym słyszał ich głosy, pełne lęku i jednocześnie nadziei, głosy pełnej niezachwianej wiary w to …

 

ANTONI wchodząc mu w słowo

Lud był pobożny, a potem zaczął dzwonić po strażaków, którzy szybko gasili pożar. Dlatego całe wsie z przyległościami przestały ulegać spaleniu. Może właśnie dlatego przestali wołać cię na pomoc.

Ale chciałbym podrążyć, jeśli pozwolisz – kiedy zgasiłeś ostatni pożar?

Po chwili niezręcznego milczenia: Powiem ci. Ja odpowiem za ciebie.

Nigdy. Nigdy nie zgasiłeś żadnego pożaru.

Ale to nie jest tak, ze ja ci zarzucam kłamstwo. Nie, Florianie. To nie tak.

Tyś naprawdę u w i e r z y ł  we własne sprawstwo. Ty naprawdę masz wspomnienia o tym, jak walczysz z ogniem, jak unosisz dłoń nad huczącym żywiołem, żeby go uciszyć, żeby go zgasić, żeby się cofnął; i nagle nad niedopaloną wsią wstaje dzień, i drewniane domy jak kwiaty wypuszczają pędy i odbudowują się same, oplatając nieuchwytną, ciepłą przestrzeń domową drewnianą ścianą i słomianym dachem, i skrywając pod sobą ludzi wpatrzonych w ciebie z wdzięcznością, szepczących słowa modlitwy, które jak ciepły wiatr mile głaskały twoje zziębnięte, drewniane dłonie. Pamiętasz niejasno najmilszy ci zapach – zapach spalenizny, pogorzeliska – bo on przypominał ci o tej chłopskiej wdzięczności, która był jedyną namacalną rzeczą, którą posiadałeś.

Jak każdy z nas – żywe drewno albo kamień, drewniane oczy i drewniane dłonie, boleśnie konkretny kawał barwnego, pozłacanego drzewa – latami musiałeś funkcjonować w nieuchwytnych regionach metafizyki i czystego ducha. Musiałeś rozmawiać ze zmęczonymi lichtarzami w ciemne noce, wdychać ledwo ocierające się o realność kościelne kadzidło, wpatrywać się w martwe, puste oczy złośliwych aniołków, które obsiadły ambonę i pilastry.

Znamy to, mój drogi, wszyscy to znamy. Wszyscy mieliśmy tego dość. I wszyscy kochaliśmy ciepłą, ciężką i mięsistą chłopską wdzięczność. Czy nie tak było?

Spróbuj sobie przypomnieć jeden prawdziwy pożar, który naprawdę zgasiłeś sam jeden … Ty, drewniany świątek z bocznego ołtarza. Czy to nie jest niedorzeczne?

 

FLORIAN

 Wydaje mi się, jakbym z każdą sekundą zapominał coraz więcej. Jeszcze przed kilkoma chwilami potrafiłem wywołać w pamięci obraz wielkiego ognia, krzyk kobiet i mężczyzn, wycie zwierząt … ale wypowiedziawszy te słowa, już zapomniałem o tych obrazach, jeszcze chwila – a znikną, i nie będę miał pewności, czy to wszystko kiedykolwiek widziałem, a nawet – czy to powiedziałem …

 

ANTONI podchodząc blisko i nachylając się do ucha, szeptem

Bo tego nigdy nie było.

na głos Byłeś ty i twoja materia, zdana na własne pragnienia.

Materia pragnie materii, drewno pragnie ciepła, kamień pragnie czułości – i nic z tego nie wynika, nic się nie dzieje.

znów szeptem, gładząc roztrzęsionego Floriana po głowie

nic się nie dzieje, nic się nie dzieje…

krzyczy Okropne, ordynarne nic! Nic w niczym i nic przez nic innego!

 

FLORIAN pojmując grozę sytuacji

Koledzy, powiedzcie mi, co tu się dzieje i gdzie my właściwie jesteśmy?

 

ANTONI

Witaj w leprozorium, na kwarantannie.

 

FLORIAN

Leprozorium …

Koledzy, drodzy moi, nie jest z nami dobrze, ale żeby od razu – trąd?

 

NEPOMUK

Odpadnięte dłonie, mech na brodzie, robactwo w oczach … Brak głów, kończyn … Wszystko można sobie wytłumaczyć i zracjonalizować. To mówisz, żeś stracił nogę przez przypadek?

 

Odpowiada mu milczenie

 

Przypadek. Czas. Deszcz. Brak konserwacji.
A ja wam mówię: trąd! To jest trąd! Powolny, ale nieuchronnie toczący nas trąd – choroba rozkładu za życia.

Jakie życie ma świątek; kawałek drewna, kamień? Tylko takie, jakie tchnie w niego rzeźbiarz, i jakie podtrzyma w nim jego lud, mała trzódka, żywiciele.

Żywiciele – bo on jest pasożytem. Nie istnieje poza uniwersum szeptów, kwiatów, próśb, łez i pogwizdów idących i wracających na pole. Żywi się znaczeniem, jakie jest mu nadawane z zewnątrz.

Mój brat był odmiennej niż ja konfesji. Takie tereny, mieszane etnicznie. Jedno drzewo, dwa wyznania. Cierpliwe, ciepłe drewno, wyheblowane, pomalowane, całowane kilka razy na dzień ustami starych kobiet, jak barwna Eucharystia. Obstawiane wysokimi, smukłymi świeczkami, muśnięte tu i ówdzie złotem. Chłopska ikona.

W czterdziestym szóstym spłonął, jak wszystko inne. Razem z domami, ludźmi, zwierzętami. Zazdroszczę mu. Do końca zachował swoje znaczenie. Ogień i woda oznaczają zdrowie i czystość.

Nam pozostało powolne gnicie, procesy rozkładu. To nie czas – to brak żywiciela. Nie chodzi o brak dłoni, ale o to, że nie ma już kto jej dosztukować. Nie chodzi o mech na twarzy, ale o to, że nikt nie odgarnie liści i gałęzi. Nikt nie tchnie znaczenia w kamień i drewno.

 

FLORIAN

Dlaczego?

 

NEPOMUK

Nie wiem.

Może dlatego, że nic nigdy żadnego znaczenia nie posiadało.

 

FLORIAN

Dlaczego w takim razie przez tyle lat wydawało się, że stoi za nami coś, co nas wielokrotnie przewyższa? Dlaczego byliśmy symbolami znaczeń?

 

NEPOMUK

Co mówisz, przyjacielu? Ile z tego jeszcze pamiętasz?

 

FLORIAN

Coraz mniej, coraz mniej … chwyta się za głowę

N’to, Trauma

 

Scena III

            Jak w scenie II. ANTONI podczas swojego monologu przechadza się tam i z powrotem wewnątrz ogrodzenia, a wszystko wypowiada tonem wzburzonym, krzycząc.

ANTONI

            Hipoteza pierwsza – znaczenia, sensy i odniesienia symboli istniały, i to istnieniem niezależnym od czyjegokolwiek życzenia czy woli, ale z niewiadomego powodu, na skutek przedziwnych przekształceń świata, istnieć przestały. Tak jak cywilizacje, które trwały, a potem minęły; ich koniec wynikał zazwyczaj z setek skumulowanych, całkiem błahych powodów, których do dziś nie mogą się dogrzebać historycy. Dopiero potem owe przyczyny otrzymują zbiorcze etykiety, ale to wciąż tylko hipotezy robocze. Żadna z wielkich cywilizacji nie była w stanie odrobić tej lekcji, bo wszystkie ostatecznie upadły lub upadną. Dlaczego to samo nie miałoby się wydarzyć na innym poziomie – na poziomie znaczeń, sensów i rzeczy, do których sensy się odnoszą? Ponieważ jesteśmy emanacjami sensów odnoszących się do spraw wiecznych i ponadnaturalnych, takie właśnie rzeczy nas interesują. I być może – być może, powtarzam, to hipoteza – trafiliśmy tutaj na skutek upadku naszej cywilizacji, cywilizacji sensów i znaczeń spoza słownika przyziemnych dosłowności. Po prostu nie ma nas, nie ma dla nas miejsca, jak dla Sumerów w średniowiecznej Europie albo jak dla neandertalczyków w świecie miasta, masy i maszyny.

 

            Hipoteza druga: sensy, znaczenia i odniesienia symboli istnieją tak długo, jak długo wierzy w nie społeczność, która je wytworzyła, jak długo w jej krwioobiegu płynie kultura, która w jakikolwiek sposób je rozumie. Innymi słowami, są one w pełni zależne od ich twórców i doskonale względne, ale są, istnieją, i są utrzymywane przy życiu tak długo, jak długo ktoś jest w stanie je rozczytywać. Odbywałoby się tu więc swego rodzaju sprzężenie zwrotne, które polegało na tym, że – w kroku pierwszym, miejscowa ludność na podstawie wytworzonych tradycji stwarza, a następnie otacza kultem mnie, pana, pana i pana też; w kroku drugim zaś, niejako ożywieni przez znaczenia wytworzone przez Tradycję, oddziałujemy na kolejne pokolenia społeczności, stanowiąc bodziec do czynności kultyczno – religijnych. No, i jest jeszcze krok trzeci, w którym wszystko to eroduje z wolna i rozpada się, a my lądujemy tutaj. Społeczność dała – społeczność wzięła, powołała do życia pewne istności pozamaterialne oraz ich skromne, wyrażone w materii emanacje, miała też więc prawo je wygasić. A my, powtarzam, lądujemy tutaj, i to nie jest niesprawiedliwe, to nie jest niezrozumiałe, to jest po prostu konsekwencja zależności twórcy od stworzenia.

            Hipoteza trzecia: sensy, znaczenia i odniesienia symboli uosabiane przez nas nigdy nie istniały, wszystko to od początku do końca konfabulacja, a my jesteśmy żałosnymi totemami ignorancji i tragicznej pomyłki poznawczej. Chciałoby się więc rzec – w końcu przebywamy w miejscu, gdzie powinniśmy przebywać od zawsze!

            Hipoteza czwarta, ostatnia, przypadkowa i niedorzeczna, o której przypominam sobie teraz, w rozbłysku pamięci, we fleszu jakimś, w przepaści jakiejś, w niedoszacowaniu rzeczywistości: miałem tu, na ręku, dziecko; zgubiłem dziecko, wypadło mi z rąk, odeszło tam, skąd przyszło, nie pytając mnie o zdanie, i wszystko się skończyło.

            Co powiedziałem, zapomniałem. A więc – hipotezy są trzy.

            Co myślicie, moi towarzysze?

Po dłuższej chwili milczenia

FRASOBLIWY

            Nic nie myślimy.

ANTONI

            Nic nie myślicie – o żadnej z tych tez?

NEPOMUK

            Biedny Antoni, usiądź, uspokój się, ochłoń. Chyba, że chcesz przyspieszyć swój rozkład, proszę bardzo – emocjonuj się, myśl o rzeczach niebyłych, nieważnych, nieznaczących. Może odpadnie ci noga, może ręka, a może twarz z twoją zabawną półokrągłą łysiną rozpadnie się na pół? Nie pamiętasz, co sam mówiłeś o nadziei – czym ona jest?

 

ANTONI

W tym rzecz – lepiej jest pozbawić się jej raz a dobrze, niż wciąż i wciąż rozmyślać nad tożsamością swoich drewnianych, niezdarnych ciał.

Popatrz na siebie: naiwne, pociągnięte błyszczącą farbą oczy. Nie wiadomo, czy bez wyrazu, czy przeciwnie – wyrażające bezgraniczną ciekawość – to się czasem może pomylić. Czerwone policzki, powieki obwiedzione czarną kreską. Twarz zazwyczaj smutna, jakby zbierała wszystkie okoliczne troski.

Pytanie: czy to tylko barwny kawałek drewna?

Odpowiedź: bynajmniej – to kawałek drewna obarczony czyjąś nadzieją.

 

NEPOMUK

            Pytanie:  czego dotyczy nadzieja? Do czego sięga? Status wydarzeń możliwych jest niewiadomy, póki nie wejdą w realność. Każdy chciałby ziścić dla siebie życie możliwie najmniej obarczone cierpieniem.

Odpowiedź: nadzieja, którą byliśmy obarczeni, odnosiła się jedynie do chmury możliwości skroplonych pod niebem rzeczy przyszłych; hipotetycznych planów zdarzeń, minimalizujących ból doznany w czasie od narodzin do śmierci, w czasie jedynym dostępnym dla człowieka, bo czas –  to ostateczne uniwersum. Poza czasem nic nie istnieje.

ANTONI

            Rozpadasz się, przyjacielu.

NEPOMUK  patrząc na siebie

            Na to wygląda.

Siada z wysiłkiem i obejmuje kolana. 

FRASOBLIWY

            Pytanie: jaki jest związek pomiędzy nadzieją a ulgą w cierpieniu?

            Odpowiedź: tylko cierpliwe drewno wie, że cierpienie można jedynie przeczekać, i w tym zasadza się rdzeń nadziei.

FLORIAN

            Panie, ile my będziemy na to czekać?

 

FRASOBLIWY

            Ja czekałem więcej niż sto lat. Różnica między mną a wami jest taka, że mnie nikt nie oklaskiwał, nie śmiał się do mnie i dla mnie nie tańczył. Każdy na tą pylną, rozwidlającą się drogę za wsią przynosił tylko swój ból. Cały jestem zbudowany z bólu. Nie wzniosła mnie tradycja triumfu i wiary, ale ran i zwątpienia. Pytałeś mnie, bracie Antoni, co ja myślę o twoich hipotezach.

            A otóż i nic nie myślę, bo co może myśleć skaleczony nożem snycerskim, niepiękny i nieforemny kawałek drewna, z twarzą prymitywną i nabrzmiałą, ze stopami napuchniętymi jak u starej baby..? Co może myśleć drewno? Drewo nie myśli, zwłaszcza martwe. Jedyną moją żyjącą częścią, jedynym tchnieniem była rana tocząca żywicę – wspomnienie rosnącego, prawdziwego drzewa. Żywiczna rana, jedyna prawdziwa rzecz. Cały jestem nieprawdziwy, nie myślę, tylko absorbuję, przyjmuję w siebie. Do tego byłem stworzony, i to jedno potrafiłem: cierpliwe drewno, smutne drewno, całe bierne. Oni brali to za miłość. Odpłacałem im za tę miłość milczeniem, trwaniem, bezgranicznym przyjmowaniem. To było najwięcej, co mogłem zrobić. A oni tylko kochali i cierpieli, kochali i cierpieli, kręcąc się w kółku własnych nieszczęść. Nie znam się na tym zupełnie, nie wiem, jak to zakończyć, nie wiem, jak położyć temu kres. Nie miałem żadnej mocy, byłem zupełnie bezradny. Ale stałem się mistrzem bezradnego cierpienia – przyjmując, przyjmując bez końca.

 I wiem dobrze, że chociaż cierpienie nie jest treścią życia, to gdy przychodzi, rozrasta się i pęcznieje, aż przesłoni wszystko inne.

            Nadzieja to jedyny listek figowy, który chroni przed śmiercią – bo nie da się żyć z tym cierpieniem wypełniającym każdy zakamarek ciała, to jest żadną miarą niewykonalne. Widziałem i wiem, za każdym razem jest tak samo. Nadzieja, błogosławione placebo utrzymujące w istnieniu napuchnięty od cierpienia świat.

            Czekałem tam, poczekam i tutaj. A potem odejdziemy, znikniemy – być może. I to będzie zbawienie, bo jeśli nie ma istnienia, nie ma i cierpienia.

N’to, Trauma

 

Scena IV

            Podobnie jak w Scenie III. W centrum siedzą naprzeciwko siebie MIKOŁAJ z wilkiem i ANTONI, reszta postaci na uboczu.

 

MIKOŁAJ

            Nad głową miałem baldachim z ogromnych drzew – starych, bardzo starych dębów, po swojej lewej ręce – mojego wołka, starszego niż dęby, starszego niż chrześcijaństwo, a pod stopami miałem źródełko z niestrudzenie tryskającą z czarnej ziemi wodą. A dookoła pole, a w tych polach osady ludzkie. A ludzie nie byli jednej mowy, ani nie byli oni jednego wyznania. Wszyscy mnie kochali, a jeszcze bardziej mojego wołka, bo się po nim więcej spodziewali.

 

ANTONI

            A w dwóch okolicznych kotlinkach były dwie wsie. A w jednej wsi stał kościół z wysoką wieżą, na której swoje gniazda miały jaskółki. A w drugiej wsi stała cerkiewka podobna do ciastka z kremem, z baniami na dachu i marszczeniem gzymsów.

 

MIKOŁAJ

            A proboszcz z kościoła i batiuszka z cerkwi dobrze ze sobą żyli, i pod sklepieniami kasztanowców i modrzewi grali w karty, i popijali wino – na przemian cerkiewne i kościelne.

 

ANTONI

            Jedynym, co ich poróżniało, była dębowa skrzynka – skarbona na wilczym uroczysku, do której pielgrzymi i miejscowi wrzucali ruble i kopiejeczki, płacąc wilkowi za obietnice jego obojętnych oczu.

 

MIKOŁAJ

                        A z pieniędzmi szło się do Żyda, który zamieniał je na srebro i złoto. A było tego niemało. Sprawa tych dochodów musiała zostać jakoś rozstrzygnięta.

 

ANTONI

            Może – grą w karty?

 

MIKOŁAJ

            Może – pół na pół?

 

ANTONI

            Może – kto pierwszy, ten lepszy?

 

MIKOŁAJ

            Nie było łatwo. Rubelki i kopiejeczki z brzękiem opadały na dno, rozsadzały skrzynkę, a ludzie nie byli jednej mowy języka, ani nie byli oni jednego wyznania.

 

ANTONI

            A na wieży kościelnej mieszkały jaskółki, a cerkiewka była podobna do ciastka z kremem.

 

MIKOŁAJ

            A Żyd wymieniał rubelki i kopiejeczki na złoto i srebro.

 

ANTONI

            A  po kopiejkę i car się schyli, a po rubla nawet uklęknie.

 

MIKOŁAJ

            Co było robić?

 

ANTONI

            Było to 8 maja 1911 roku. Był prawosławny odpust i z cerkiewki podobnej do ciastka z kremem wyszła procesja, zmierzając prosto do Mikołaja cudotwórcy, a jeszcze bardziej do wilka, po którym więcej się spodziewano.

 

 

 

 

MIKOŁAJ

            Jednocześnie z kościoła o wysokiej wieży, na której swoje gniazda miały jaskółki, wyszli, śpiewając, katolicy. Szli, rzecz jasna, do Mikołaja cudotwórcy, a jeszcze bardziej do wilka, po którym więcej się spodziewali.

ANTONI

            Kurz wzbijał się na polnych drogach, po których siła ludzi zmierzała z dwóch stron do Mikołaja cudotwórcy i starożytnego wilka.

 

MIKOŁAJ

            A rubelki, a kopiejeczki, a Żyd zamieniał je na srebro i złoto.

 

ANTONI

            Co było robić?

 

MIKOŁAJ

            A  katolicy, dotarłszy na miejsce, poczęli odmawiać różaniec.

 

ANTONI

            A prawosławni, napierając z boku, od strony źródła, i trochę się niecierpliwiąc, poczęli śpiewać akafist.

 

MIKOŁAJ

            A katolicy na to, skończywszy różańce, zaczęli śpiewać godzinki!

Obydwaj wstają, mierzą się wzrokiem i wykonują zaczepne gesty w swoją stronę.

 

ANTONI

            Ne spywajty wże! Dajte i nam pomołytsia!

 

MIKOŁAJ

            Kochani, bracia katolicy, brońcie swojego świętego wilka i swojej świętej wody. Od was zależy, do kogo będzie należała. Jeśli zwyciężycie złe siły – sprawę wygramy. Inaczej …

 

ANTONI

            Wo imia swiatoj Bohorodycy. Byjte ich!

 

MIKOŁAJ

            Rozpoczęła się wówczas nieprawdopodobna wręcz masakra. Za pomocą feretronów, batów i sztachet tłukli się jedni z drugimi, kobiety brały się za włosy, dzieci drapały po twarzach. Płacz i lament niósł się po polach. Jak kopie krzyżowały się drzewca chorągwi. Rannych ładowano na wozy.

 

ANTONI

            A ludzie nie byli jednej mowy, ani nie byli jednego wyznania. A na wieży kościoła były jaskółcze gniazda, a cerkiewka była podobna do ciastka z kremem.

 

MIKOŁAJ

            Walka trwała ponad godzinę, i wołano: Zaraz okaże się, czyj Bóg jest mocniejszy!

 

ANTONI

            A rubelki, a kopiejeczki!

 

MIKOŁAJ

            Batiuszka złotym jak wschodzące słońce krzyżem raz po raz błogosławił swoich, organista wyśpiewywał hymny bojowe schrypniętym głosem, by dodać ducha katolikom.

 

ANTONI

            W  pewnej chwili zauważono, że od strony wielkiej rzeki nadciąga odsiecz. Byli to unici, greccy katolicy ruskiej mowy, którzy w chwili próby zdecydowali się opowiedzieć po rzymskiej stronie.

 

 

 

MIKOŁAJ

            Widząc, co się święci, batiuszka zawołał: „Ditunki, wtykajcie!” – i Rzymianie tym razem wygrali.

Zdyszani siadają w poprzednich pozach.

ANTONI

            To była pierwsza bitwa, ale nie ostatnia.

 

MIKOŁAJ

            Pierwsza, niewinna i nieszkodliwa, jak grzechy dzieciństwa.

 

ANTONI

            A potem zburzono cerkiewkę podobną do ciastka z kremem.

 

MIKOŁAJ

            A potem wywleczono przed plebanię księdza, i pod kościołem i jego wysoką wieżą z jaskółczymi gniazdami, wyłupano mu oczy i obcięto dłonie. Umierał długo i boleśnie.

 

ANTONI

            A potem nie było już wiosek w kotlinach. Wszystkie się spaliły.

 

MIKOŁAJ

            I nie było u kogo wymienić rubli kopiejeczek na srebro i złoto. Wszyscy się spalili.

 

ANTONI, MIKOŁAJ

            A kto to zrobił, kto?

            Ludzie nie byli jednej mowy, ani nie byli oni jednego wyznania.

N’to, Trauma.

 

Akt II

Scena I

Jak w akcie I, ANKA. N’to, Trauma.

Wchodzi ANKA ubrana w dżinsy – biodrówki, top odsłaniający pępek i letnie obuwie. Niesie sztuczne kwiaty – mogą być z wieńca pogrzebowego. Obchodzi ogrodzenie, w którym przebywają chorzy kilka razy, najpierw z rezerwą, potem przygląda im się coraz śmielej. Odrywa po jednym zeschłym, brzydkim i możliwie jak najbardziej kiczowatym kwiatku i rzuca wewnątrz ogrodzenia.

Chorzy rzucają się na każdy kwiat, wyrywają go sobie z rąk; wąchają go, czerpiąc z tego w sposób widoczny przyjemność, jak narkomani.

 

NEPOMUK

            Ależ  ja byłem głodny! Od kiedy tu tkwimy, ani razu nie jadłem.

 

FLORIAN

            A wcześniej? Nie mów, że nie przymierałeś głodem.

 

NEPOMUK

            Prawda. Rzadko się trafiało.

Anka rzuca kolejne kwiaty.

 

ANTONI

            Dawno się tak nie najadłem. Najgorsze były zimy.

 

MIKOŁAJ

            Maj – to były złote żniwa.

 

FLORIAN, NEPOMUK, ANTONI

            Było tak, było!

NEPOMUK oddychając głęboko, przytrzymując się za nozdrza znakiem przejedzenia

            Co to za dobra dusza?

 

ANTONI

            Dusza? Kolego, ja ciebie bardzo proszę, żebyś zaprzestał używania tej nomenklatury.

 

NEPOMUK

            Wszystko jedno – ktoś ją zna?

 

MIKOŁAJ

            Zdaje się, że ja.

Wszyscy patrzą na ANKĘ. Tymczasem ona siada na kubiku blisko ogrodzenia, tyłem do niego, a przodem do widowni. W czasie monologu może od czasu do czasu wyjmować pilnik i piłować paznokcie. Czasem zakłada nogę na nogę.

 

ANKA

            To było nasze ulubione miejsce. Obok tego wilka, znaczy. Ważne, że dość daleko od wsi – nikt nas nie widział, nikt się nie czepiał. Ja przyjeżdżałam rowerem, on też. I tam się spotykaliśmy.

 

MIKOŁAJ

            Tak, nie mam wątpliwości. To ona, znam ją.

 

NEPOMUK

            Od dawna cię karmi?

 

MIKOŁAJ

            Nie po to przyjeżdżała.

 

ANKA zapala papierosa

            Jak mówię „nasze miejsce”, czuję się najgorzej. Bo trochę nie wiem, czy jeszcze mogę tak mówić. Dla niego to już pewnie nie jest „nasze miejsce”. On pewnie o nim w ogóle nie myśli, a jeśli już myśli, to … Nie, nie chcę nawet sobie wyobrażać…

            To jest cholernie dziwne. W lecie jesteście razem i macie miejsce, które nazywacie „naszym”. „Nasze miejsce”, jak punkt na mapie. Tak jak jakaś Warszawa albo, nie wiem, Tokio. A potem przychodzi ta okropna końcówka lata, początek jesieni, i chociaż w Warszawie dalej jest Warszawa, a w Tokio dalej jest Tokio, to „nasze miejsce” to już nie jest „nasze miejsce”. Dlatego, że on przestał tak uważać. Jakie to jest … nie mogę, jakie to dziwne! I niesprawiedliwe! Gdyby wszyscy tak robili, to żadna mapa świata nie byłaby aktualna!

            śmieje się długo i głośno, ociera łzy

            Ja nawet nie pamiętam dokładnie, o czym tyle rozmawialiśmy. Ale siedzieliśmy tam godzinami. I wcale tak dużo nie piliśmy, ani nie paliliśmy. On czasami przynosił trawkę. Ale to nie było takie palenie jak na dyskotece albo na domówce. Jak odpalał  blanta, robiło się jakoś tak … uroczyście, jak w kościele. Wtedy rozmawialiśmy o innych krajach – gdzie można byłoby pojechać. To znaczy, gdzie moglibyśmy pojechać razem, on i ja. I zacząć nowe życie. Natchnionym tonem Nowe życie – nawet kojarzy się z kościołem, prawda? No więc dużo było o nowym życiu w jakimś innym kraju, daleko stąd. Ale nigdy nie pojechaliśmy wspólnie dalej niż na nasze miejsce. Tylko że … tylko że przez to, że mówiliśmy tyle o najróżniejszych zakątkach świata, czułam się jak gdyby … jak gdybyśmy przekraczali razem granice. Jak w prawdziwej podróży. Nawet jak kiedyś pojechałam do Włoch z mamą i siostrą to .. .to nie było takie niezwykłe i egzotyczne jak te nasze rozmowy. Kiedy gadaliśmy, czułam się bardziej za granicą niż wtedy, kiedy naprawdę tam byłam! Śmieszne.

We Włoszech wszystko było zwyczajne – niebo tak samo niebieskie, może piasek na plaży trochę jaśniejszy. Bary, kawiarnie, sklepy. Kłótnie ze starą i z siostrą. Nic niezwykłego. Pamiątki jakieś, stragany, korki. Faceci byli zajęci innymi dziewczynami, bardziej dojrzałymi, lepiej ubranymi.

Na naszym miejscu … może chodzi o to, że on patrzył tylko na mnie, i kiedy tak patrzył, naprawdę wierzyłam, że wyjedziemy do Kanady albo do Japonii, albo na Teneryfę. Zresztą wszystko jedno, żeby tylko patrzył tak jak wtedy… Byłam jedyną kobietą, jedyną kobietą na świecie, i mogłam być wszędzie, ale było mi wszystko jedno.

 

ANTONI

            A ty – pamiętasz, o czym rozmawiali?

 

 

MIKOŁAJ

            To są zawsze te same rozmowy. Nic się nie zmienia.

 

ANTONI

            Czyli rozważali emigrację zarobkową.

 

MIKOŁAJ

            Można tak powiedzieć, ale w sposób oczywisty nie o to chodziło. Skłaniałbym cię jednak do używania dawnej nomenklatury i myślenia w dawnych kategoriach. Ten redukcjonizm cię zubaża.

 

ANTONI

            Chcesz powiedzieć, że rozważali emigrację miłosną? Ostatnie dwa słowa z wyraźną ironią

 

MIKOŁAJ

            Ona raczej tak. Chyba chciała uciec od samej siebie, do niego – a potem razem w jakiś inny świat, o którym myślała, że jest gdzieś poza granicami.

            On chciał uciec od siebie do świata i myślał, że ona mu to ułatwi. Zresztą, jak się zdaje, przez małą chwilę naprawdę szczerze sądził, że jest w niej coś wyjątkowego, jakiś kawałek tego wytęsknionego świata do zdobycia.

            To jest zawsze ta sama historia. Ona szuka bezpieczeństwa wewnątrz, on – ścieżki na zewnątrz. Mijają się, oczywiście, ale przez tę chwilę we wczesnej młodości wpadają na siebie na tym skrzyżowaniu, i lądują spleceni ze sobą na trawie, liściach, pod dachem nieba, bardzo blisko siebie, bliziutko. A przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz: blisko, bliziutko, intensywnie.

            Zmieniło się tylko jedno – kiedyś od razu pojawiało się dziecko, i skazywało ich na wspólną egzystencję aż do śmierci. Teraz łatwiej można tego uniknąć. Czy to wielka zmiana? Może, ale dla niej to nie ma znaczenia.

 

 

 

ANKA

            To naprawdę nie było tak, że my tylko … no wiecie co. Że my tylko uprawialiśmy seks. My naprawdę rozmawialiśmy. Tylko teraz już nawet nie pamiętam o czym. Ale to nie było takie … byle co.

            Pamiętam jedną rzecz bardzo dobrze, jedną rozmowę. To chyba było na samym początku lata, w czerwcu. Wtedy noce są takie krótkie, że prawie ich nie ma. Słońce zachodzi, przez chwilę jest ciemno, czuję na sobie jego ciało, rozkładamy kurtki, kładziemy się, a potem słońce nagle schodzi z drugiej strony. Ptaki nie milkną ani na chwilę. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi, przecież jestem ze wsi, to dla mnie normalne, jak szum maszyny w fabryce albo radio grające w kuchni, ale wtedy do mnie dotarło – śpiewają cały czas. To ich okres godowy, szukają pary, budują domy. Krótka noc, a one maja gniazdo do zbudowania.

            I podczas jednej z takich nocy powiedziałam, że nigdy nie słyszałam tylu ptaków, tak głośnych. I że to jest lepsze niż jakikolwiek koncert, bo można się naprawdę skupić na słuchaniu. Nikt nie sprzedaje piwa w plastikowych kubeczkach, których potem wszędzie pełno, nie ma problemów z nagłośnieniem, nie nagabują cię pijani starcy. Że możemy być tylko we dwoje, tylko ja i on, i ten śpiew jest tylko dla nas.

            Ja normalnie nie mówię takich rzeczy – no wiecie, o ptakach, kwiatach… Raczej wyjebka na to, jestem ze wsi, to jest wszędzie wokół mnie.

            A on wtedy powiedział, że kiedyś zagra koncert tylko dla mnie. Grał na perkusji, trzymał ją w garażu. Słyszałam go kilka razy, jak gra, z innymi chłopakami. Był jeszcze gitarzysta i jeden taki debil od basów który nic, tylko gapił mi się na cycki.

            No i właśnie dlatego on chciał dać koncert tylko dla mnie – powiedział, że grałby jak szatan, godzinami, że włożyłby w to całą swoją energię. Że jestem tego warta. Nie wiem, tak sobie to zapamiętałam.

            chwila na otarcie łez

            Żeby się trochę podrażnić, powiedziałam, że wolę ptaki. A wtedy on zaczął je naśladować – wszystkie, które znał. Nie wiem, ile to trwało, ale to była najdziwniejsza noc w życiu. Pohukiwaliśmy jak sowy, darliśmy się jak indyki, skrzeczeliśmy jak sroki. Aż do zdarcia gardeł. Czy ktoś robiłby coś takiego, gdyby nie z miłości?

 

ANTONI

            Moi kochani, moi drodzy towarzysze. Oto właśnie porażka dawnej nomenklatury. Cokolwiek było powodem tej nocnej zabawy, czy było to tak potężne, żeby wywoływać największe słowa, żeby to nazwać?

            To zupełnie jak z duszą. Wielkie słowa, jeszcze większe pojęcia. Pojemne, rozpychające świat bytami bez pokrycia. Płodne, namnażające te byty, coraz więcej i więcej, większe i bardziej napuszone.

Oto, co zostało po miłości – płacząca dziewczyna. Niezbyt rozgarnięta.

MIKOŁAJ

            Nie mów tak, nakarmiła nas. To też jest produktem tej nocnej zabawy.

 

NEPOMUK

            Fakt. Ona tu przyszła z miłości. Przyszła ją wspomnieć, i nam coś przy okazji skapnęło.

 

ANTONI

            Przeceniacie ten fakt, braciszkowie. Trochę obcowania cielesnego z towarzyszącymi mu naturalnie szeptami, trochę dziewczęcych łez i przypływający na fali sentymentu pokarm dla kilku trędowatych, rozpadających się reliktów dawnych czasów. Tak wyglądają fakty, reszta jest nadinterpretacją.

 

MIKOŁAJ

            Cisza! Ona chce coś jeszcze powiedzieć!

 

ANKA

            Dlatego, że dużo rozmawialiśmy, ja myślałam, że to już będzie … naprawdę. Bo to nie tylko był seks. We wszystkich gazetach, w Internecie i w ogóle mówią, że jak z tobą rozmawia, to znaczy, że naprawdę cię kocha. I to jest prawda, to jest naprawdę. Więc zupełnie nie wiem, dlaczego … co poszło nie tak …

            Ociera łzy i zapala kolejnego papierosa

            Ale oczywiście to … też robiliśmy. No, wiecie.

On nie był moim pierwszym. Ani ja jego. Dlatego mieliśmy porównanie. I to była magia, to nie było tak zwyczajnie. Ja wiem, bo wcześniej … z tym kolegą mojego brata ciotecznego, który przyjechał do nas do wsi na Święto Szczupaka. Kilka razy. I to zupełnie co innego. Więc wiem, o czym mówię. Nie jestem puszczalska. Tamten mnie namówił. Tu sama chciałam. A teraz już nie chcę. I długo, długo nie będę chcieć.

            Jakiś kretyn na przystanku napisał „Bielecka daje pod wilkiem”, ale ja mam to gdzieś. Ja o tym nie myślę w ten sposób.

 

MIKOŁAJ

            Bracia, to jest dobra, czysta dziewczyna. Zawsze zabierali po sobie butelki, niedopałki, prezerwatywy. Jest tak, jak ona mówi. Jestem świadkiem, a świadectwo moje jest prawdziwe.

 

ANKA

            Nie mogłabym o tym myśleć inaczej. To była magia, nie można potem o tym opowiadać ot tak. Dobrze pamiętam pierwszy raz. To znaczy, mój nie pierwszy, ale pierwszy z nim. Nie planowaliśmy tego właściwie.

            W lipcu powietrze pachnie trochę inaczej, tak słodko. Na to też wcześniej nie zwracałam uwagi. Ale lipiec pachnie nocą inaczej niż czerwiec. Jak lipa albo jaśmin, i to jest bardzo piękny zapach.

            Tamtego wieczoru byłam strasznie zła. Było już przesądzone, że siostra wyjeżdża studiować do Warszawy. Nie tak się umawialiśmy. Miała jechać do mniejszego miasta, wtedy rok później i ja mogłabym dołączyć. Życie w Warszawie jest drogie, matki nie będzie stać, żeby ona tam studiowała, i żebym jeszcze ja mogła.

            Zapytałam, czy o to chodzi, i czy ona nie przeżyje bez tej swojej cholernej Warszawy. Matka zaczęła mówić, że kiedy jej gach się wprowadzi, niby będziemy mieć więcej kasy. Zapytałam, czy jest w stanie obiecać mi tak, tak jak tutaj stoję, prosto w twarz, że będę mogła za rok wyjechać z tej wiochy i pójść na studia tam, gdzie będę chciała. Kazałam jej obiecać, a ona na to, że nic nie będzie mi obiecywać, i szkoda, że ojciec nie żyje, bo by ze mną zrobił porządek.

            Przegięła, więc wydarłam się na nią, że dopóki ja tu mieszkam, nie będzie żadnego gacha, że ja go nienawidzę, nie zgadzam się i nie chcę. To nie była do końca prawda, bo ja nic do niego nie mam, nawet lubię go, tak po złości tylko powiedziałam. Żeby trafić w czuły punkt. To ona mnie jeb! – w twarz.

Chyba jasne, że trzasnęłam drzwiami i od razu wzięłam rower. I tak mieliśmy się spotkać, ale trochę później. No, ale jak zadzwoniłam cała zapłakana, od razu się umówiliśmy.

I już wiedziałam, że coś będzie.

Przez całą drogę pachniało powietrze. Jak dojechałam, właściwie nie chciało mi się już płakać, taka byłam zgrzana i zmęczona, ale on tak słodko na mnie patrzył, a powietrze tak ślicznie pachniało. Jak perfumy, ale nie taki szajs za parę złotych z kiosku, tylko takie naprawdę dobre. Matka raz dostała takie od gacha. Ja się od razu poznałam, bo ja mam gust do takich rzeczy. To, że jestem ze wsi, to nic – nie mogę mieć dobrego gustu?

No więc on patrzył i pytał się, co się stało, i nawet nie było mowy o graniu na perkusji, o tym, co w robocie, co w szkole, co u kolegów, co na gospodarstwie, co w tych jego grach komputerowych… Tamtego dnia naprawdę chodziło mu tylko o mnie. Tak długo patrzył mi w oczy, że zauważył, że na brzegu tęczówek mam takie jaśniejsze plamki.

Bo mnie zawsze trochę wkurzało, że gada i gada bez końca o tych różnych rzeczach, czasem wydawało mi się, że woli gadać o tym niż o nas. Ale wtedy – tylko ja i ja, tylko o mnie mu chodziło. I drzewa pachniały, jak szedł wieczór, to coraz mocniej.

I chciałam, żeby to tak trwało. No to zaczęłam mówić, jak nienawidzę tego gacha matki. Że go strasznie nienawidzę. Byliśmy wtedy tak blisko, nasze ciała, jak nigdy wcześniej, w takim jakimś innym, dziwnym znaczeniu. Nie odrywał ode mnie oczu, na czole, we włosach i w spojrzeniu miał czułość i współczucie dla mnie.

Wiedziałam, że muszę coś zrobić, i wtedy to się stanie.

I nie wiem, dlaczego, ale powiedziałam, że ja się gacha matki boję. Że cos mi zrobi. Chociaż to nie jest prawda. I teraz mi trochę głupio. Ale to nic. To musiało zostać powiedziane.

Wtedy bez słowa zanurzył się we mnie, nie odrywając oczu. Powoli. Chciałabym podkreślić, że na mnie ciągle patrzył. Ciągle.

 

NEPOMUK

            To też jest zawsze ta sama historia?

 

MIKOŁAJ

            Oczywiście, w różnych wariantach. Trochę romantycznej manipulacji i prostolinijność w skorzystaniu z okazji. Zawsze mniej więcej to samo, zmieniają się tylko szczegóły historii.

 

ANTONI

            Widzisz, sam przyznajesz, że nie ma w tym miłości.

 

 

 

MIKOŁAJ

            Tego nie powiedziałem. Ty z kolei, bracie, w swojej niewierze przeceniasz znaczenie tego słowa. To dość typowe dla agnostyków – zbudował sobie wielkiego chochoła i dzielnie z nim walczy. Tymczasem coś znacznie mniejszego, ale prawdziwego, umyka wam cichaczem. Lepiej słuchaj dalej!

 

ANKA

            Potem długo trzymaliśmy się za ręce. I już zawsze tak było – że jak seks, to potem leżeliśmy ze splecionymi dłońmi i oddychaliśmy głęboko. Z tamtym … kolegą brata … to zupełnie inaczej. Po seksie zapalał papierosa.

            No, to chyba dowód, że tym razem to było naprawdę! Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć.

            Następnego dnia wszystko było takie inne. Czułam … sama nie wiem, taką wdzięczność dla świata. Kupiłam kwiaty, zaniosłam matce. Przeprosiłam ją, a ona mnie. A potem pomyślałam, że temu świętemu tam, na uroczysku, też należą się kwiaty.

            Bo to jest święte miejsce. Możecie się śmiać, ale ja w to wierzę. Możecie mówić, że skoro takie święte, to dlaczego ja tam chodziłam na … no wiecie, na randki. Ale to się jedno z drugim nie wyklucza, tylko trzeba podziękować.

            Ten święty ma takie dobre oczy, tak samo jak on miał dobre, kochające oczy, przed tym pierwszym razem. Chociaż tak naprawdę to oczy tego świętego są najbardziej podobne do oczu gacha matki. Już mówiłam, że to jest całkiem porządny człowiek.

            No więc pojechałam sama, z kwiatami, i położyłam pod figurą tego świętego. Żeby jakoś podziękować. Kwiaty dla niego i dla wilka, na szczęście.

            Nikomu o tym nie mówiłam.

            Może to trochę głupie, ale – ciągle uważam, że to było potrzebne. Wypływało z jakiejś wewnętrznej konieczności.

Wstaje i znów rozrzuca kwiaty, chorzy łapczywie je wąchają. Potem odchodzi na bok, siada na kubiku, wyjmuje grzebień i lusterko, zaczyna rozczesywać włosy i poprawiać makijaż.

 

ANTONI

            Mówisz, bracie Mikołaju, że coś prawdziwego mi umyka.

 

 

MIKOŁAJ

            Tak twierdzę.

 

ANTONI

            No, to chyba to coś umknęło bardzo skutecznie, również samym uczestnikom wydarzeń… Umknęło na dobre i nie wróci.

 

MIKOŁAJ

            A czy ja powiedziałem, że ta miłość to coś więcej niż wiązka pragnień, jak strzała wymierzona w niewiadomy cel? Łucznik strzela na oślep, bo nie zna celu. A jednak wszystko to jest prawdziwe.

 

ANTONI

            Strzela i chybia.

 

MIKOŁAJ

            Tym razem.

 

ANTONI

            Rozumiem, że następnym razem wszystko będzie dobrze… Ale czyś ty sam nie powiedział, że to zawsze jest ta sama historia?

 

MIKOŁAJ

            Śmierć nie chybia.

 

ANTONI

            To chyba niezbyt dobra wiadomość.

 

 

MIKOŁAJ

            To najlepsza wiadomość.

 

ANTONI

            Skąd ten przypływ wiary?

 

MIKOŁAJ

            Zostaliśmy nakarmieni.

 

ANTONI

            Skąd ta pewność co do śmierci?

 

MIKOŁAJ

            Tylko nie buduj znów chochoła. Bo choćbyś zbudował największego, nie będzie on wystarczająco wielki, żeby oddać majestat śmierci i wielkość zbawienia, które ona za sobą pociąga.

 

ANTONI

            Powiedz nam, bracie, co tam się właściwie potem wydarzyło. Zaczniesz wówczas przynajmniej mówić o faktach.

 

MIKOŁAJ

            Nic, czego nie można by się było spodziewać.

 

ANKA

            Koniec lata. Drzewa przestały pachnieć, zły znak. Pola zamieniły się w rżyska, a wieczory zaczęły być naprawdę zimne.

            Na początku września strasznie zmarzłam, czekając na niego. To nie był pierwszy raz, ale zamiast mnie rozgrzać, zamiast dotknąć moich piersi, powiedział, że musi więcej czasu spędzać z chłopakami, przy perkusji. Że to nie może być tak, że jest na każde moje zawołanie. I że nie rozumie, dlaczego nie mogę przychodzić na próby zespołu. Że niby tam też będziemy spędzać czas razem.

            To chyba jasne, że musiałam się wkurzyć. Wyjeżdżał od października do Belgii do pracy na pięć miesięcy. Krzyczałam, że przed tym wyjazdem powinniśmy się więcej spotykać, że będę tęsknić, że jestem chyba ważniejsza, niż jakaś cholerna perkusja.

 

A on na to – przecież nie wezmę do Belgii ani ciebie, ani perkusji. „Jej też nie wezmę.”

            Jakby mnie z nią zrównywał. Wyobrażacie sobie? Nic, co się potem stało, nie było gorsze od tego. To było najgorsze.

            Chociaż zaraz potem dodał, że wszystko sobie przemyślał, że nie wytrzymamy tych pięciu miesięcy, że nie będzie mnie zatrzymywał, że musimy dać sobie czas.  Takie głupoty. Już podjął decyzję za mnie.

            Znienawidziłam go, ale tylko na chwilę. Za chwilę jego już nie było, był daleko, w Belgii, bez perkusji i beze mnie, a ja zostałam i miłość została, a nienawiść odeszła. Dziwne. Przez chwilę nienawidziłam wilka, i tego miejsca, i świętego. Ale to tylko chwilowo. Pomyślałam sobie, że to grzech.

            I nawet poszłabym się wyspowiadać, gdyby tylko jakiś grzech jeszcze przyszedł mi do głowy. To tak chyba głupio iść z jednym.

            Wyciemnienie, N’to Trauma

           

Scena II

FRASOBLIWY, ANTONI, MIKOŁAJ, FLORIAN i NEPOMUK w ogrodzeniu jak poprzednio. Wchodzi MIETEK z plastikową torbą. Ma wygląd typowego  menela. Siada na kubiku, wyciąga z siatki piersiówkę (daje się słyszeć głośny dźwięk butelek) i pociąga kilka łyków. Wyrzuca ją za siebie, trafia za ogrodzenie, wszyscy uchylają się. Butelka spada na ziemię i rozpryskuje się.

Po chwili NEPOMUK i MIKOŁAJ podchodzą zaciekawieni, podnoszą odpryski z ziemi i oglądają.

 

FRASOBLIWY nie ruszając się z miejsca

            Żytniówka mocna.

NEPOMUK

            Dobrze. Skąd wiedziałeś, Panie?

 

FRASOBLIWY

            Mógłbym powiedzieć, że to sprawa mojej wszechwiedzy. Spędzilibyście z braciszkiem Antonim długi czas na roztrząsaniu tej kwestii, co wszystkich nas zapewne by ubawiło i odprężyło. Ale że jestem cokolwiek znużony waszym zapałem do obciążania nas taką rozrywką, powiem po prostu, że znam tego człowieka i jego wybory konsumenckie.

 

NEPOMUK rozmarzony

            Szkoda, że nie przyniósł kwiatów.

 

FRASOBLIWY

            Poczekaj, a zobaczysz, że to może być lepsze niż kwiaty.

 

MIETEK wyciąga z torby kolejną butelkę i zaczyna powoli, niespiesznie pić. Podczas swojego monologu pociąga regularnie.

 

FRASOBLIWY

            Butelki, butelki i niedopałki. To znacznie lepsze niż nic. To strawa ostatnich kilkudziesięciu lat. Tylko on i jemu podobni przychodzili mnie nawiedzać i oto, co zostawiali.

Podchodzi do szczątków butelki, podnosi duży odłamek szkła i przygląda mu się.

            Drogi, trakty i szosy zmieniają swoje trajektorie. Miedze i granice ciągle się przesuwają. Ma się rozumieć, że to, co było rozstajem, w końcu przestało nim być. Ja i moja kapliczka znaleźliśmy się pośrodku niczego, ledwo było nas widać z szosy, i to z podłej, podziurawionej jak sito i do nikąd właściwie nie prowadzącej szosy. To, co kiedyś było rozchodzącym się na cztery strony skrzyżowaniem dróg, zarosło zagajnikiem.

MIETEK zwrócony twarzą do publiczności

            We wtorek pojechali my do miasta, do ZUSu, z papierami. Co się tam naczekali, ooo! W końcu pokazują nasz numerek z tej pikającej maszyny, że niby nasza kolej, podchodzę do tej kobity, mówię co i jak, kładę papiery.

            Ona zakłada okulary, patrzy, patrzy, ja się już denerwować zaczął, a ona – jak wół na malowane wrota gapi się na te papiery. Mało żem ze skóry nie wylazł.

            W końcu mówi mi, raszpla jedna, że wniosek źle wypełniony.

            Jak źle, mówię, jak źle, sam żem przecież nie wypełniał, urzędniki od nas z gminy wypełniały ze mną, no to jak źle? A ona, że źle i źle. Każe wrócić z nowym wnioskiem. Pani, a co ja będę do was po dziesięć razy latał, to kosztuje. Zdecydujta się. Jedne mówią tak, drugie siak.

            Wracam do siebie, pół dnia psu w dupę, do gminy już żem nie poszedł, bo po piętnastej było, zamknięte.

            Minęło parę dni, idę tam do nich, mówię co i jak, a oni mi na to, że mnie już widocznie renta nie przysługuje. I rób teraz co chcesz.

            A jeszcze matka jest. Matka emeryturę ma, ale się nie podzieli. O, co to, to nie! Jeszcze mówi mi: „do roboty byś poszedł”. A jaka tu robota? I przecież ja dźwigać nie mogę. Grupę bym miał, tylko – tylko brakowało. Ale gdzie tam, nie dali. A teraz jeszcze renty nie dali. I rób co chcesz. Szkoda słów na takie państwo.

 

FRASOBLIWY

            Synu, synu. Gdzie byłeś i co robiłeś przez te kilka dni pomiędzy wizytą w ZUSie a ponownym rozpatrzeniem wniosku?

 

MIETEK

            He?  A gdzie ja mogłem być. To tu, to tam.

 

FRASOBLIWY

            Gdzie byłeś i co robiłeś?

 

MIETEK

            Może u lekarza byłem. Źle z moimi płucami, z sercem, z krzyżem źle i z kręgosłupem. To ta służba zdrowia mnie tak załatwiła.

            Doktory – nasz doktor trzecią chałupę buduje. Dla córuni. Tłustej świni. Wychodzi ta córunia, dentystka, oczywiście też za doktorka, młodego doktorka. Wszystko to urządzone, postawione – za nasze pieniądze. Trzydzieści lat pracowałem – w ciężkich warunkach! Trzydzieści lat, za psie pieniądze! Renta się należy jak psu buda – ale nie, bo to wszystko na nich idzie. Ja wiem, co one tam mają w tych domach. Telewizory wielkie jak skrzynie, wanny na pół mojego dużego pokoju. W garażu – kwadratowy wóz. Za moje pieniądze wszystko!

 

FRASOBLIWY miękko

            Gdzie byłeś i co robiłeś?

 

MIETEK

            Nie wiem, pewnie matce pomagałem. A to drzewo porąb, a to dywany wytrzep, a to to, a to tamto. Całe życie tak. Nic dla mnie nie zrobiła, wszystko dla Rysiunia. Rysio to, Rysio tamto, dla Rysia dom i las zapisała w testamencie, ona myśli, że ja nie wiem. A Rysiunio ją w konia zrobił, urwał się do Niemiec jak tylko miał okazję, aż się kurzyło. Siedzi w enerdówku … a, prawda, to nie enerdówek już jest … ale siedzi w tym pierdolniku, zarabia pięknie i grubo, i wszystko pod siebie, dla siebie wszystko, i dla tej szwabskiej lampucery, co na niego poszła. Matka, o sobie to już nie mówię, ani jednej marki z tych jego zafajdanych pieniędzy nie zobaczyliśmy … a prawda, to nie marki już tam mają … ani jednej, a jego samego to już w ogóle nie. Kartkę na święta tyle co przyśle, a matka szczęśliwa wtedy, że oj!

            Mówię jej: ty głupia jesteś. Rysio cię w konia zrobił, a ty się jeszcze cieszysz? Zapisała mu dom, stara suka, ona myśli, że ja nie wiem.

            I całe życie: zrób to, zrób tamto, a wdzięczności – nic.

 

FRASOBLIWY

            Synu mój, gdzie byłeś i co robiłeś?

 

MIETEK

            Ty wiesz, Panie.

 

FRASOBLIWY

            Gdzie byłeś? Co robiłeś? Trzy razy mówiłeś, trzy razy nieprawdę.

 

 

 

MIETEK

            Ty wiesz. Jestem notorycznym kłamcą. O cokolwiek spytasz, powiem nie tak, jak było.

 

FRASOBLIWY

            Gdzie byłeś? Co robiłeś?

 

MIETEK

            Ty wiesz.

Wstaje na chwiejnych nogach, odwraca się do ogrodzenia, wskazuje palcem Frasobliwego, brzmi jak dobrze już pijany.

            Ty wiesz, boś Ty Bóg.

            Masz na głowie koronę i masz … koronę … i … chrzczony byłem, to wiem. U komunii byłem, u ślubu nie byłem, bo żadna nie chciała, do spowiedzi nie chodzę, bo tych oszustów nie lubię katabasów, jak doktorów, na tacę nie daję.

            Ale co wiem, to wiem. Tyś jest Bóg. Ty wiesz, gdzie ja byłem, co ja robiłem, bo Ty wszystko wiesz.

            Świat Ci tylko nie wyszedł. Boże. (ostatnie słowo brzmi jak obelga)

 

FRASOBLIWY

            Nie, synu. Nic z tych rzeczy.

            Wiem, gdzie byłeś i co robiłeś, bo cię widziałem. Byłeś tutaj. Zawsze jesteś tutaj i zawsze robisz to samo. To samo co teraz. Ty zawsze jesteś ze mną, i wszystko co moje, do ciebie należy.

 

MIETEK

            U komunii byłem, chrzczony byłem, na tacę nie daję, bo ich katabasów nie lubię. Jak doktorów.

 

FRASOBLIWY siada na kubiku. MIETEK podchodzi, z nabożeństwem odkłada reklamówkę pod stopy FRASOBLIWEGO, po czym siada u jego stóp i składa mu głowę na kolanach. FRASOBLIWY kładzie dłonie na jego głowie.

MIETEK ze spokojem i błogością

            Nie umiem powiedzieć nic, jak  było naprawdę. Wszystko przeinaczam.

            Otwieram usta, żeby powiedzieć prawdę – i mówię na odwrót.

            Ale u komunii byłem, chrzczony byłem, ślubu nie brałem, bo mnie żadna nie chciała, na tacę nie daję, a jak nie będą mnie chciały katabasy pochować, to pod Bożą Męką mnie zakopią na pagórku, koledzy będą przychodzić, chlapną co nieco za spokój mojej duszy. I wszystko.

 

NEPOMUK

            Panie! Czy on teraz kłamie, czy mówi prawdę?

 

FRASOBLIWY

            Robi to samo, co wszyscy, od kiedy pamiętam. Cierpliwe drewno i kłamstwa na temat cierpienia.

 

NEPOMUK

            Czy to znaczy, że ci wszyscy ludzie nigdy nie cierpieli?

 

FRASOBLIWY

            Wiem dobrze, że cierpieli, i cierpieli bardzo.

 

NEPOMUK

            Jak więc kłamali na temat swoich cierpień?

 

FRASOBLIWY

            Zawsze tak samo – cierpienie jest prawdziwe, opinie na jego temat – czysta iluzja.

do MIETKA

            Pocierp, tylko nic już nie mów.

            Im mniej słów, tym mniej kłamstw. Jedno, czego nigdy nie zrozumiecie, to własnego cierpienia. Mówię tak, bo sam go nie rozumiem.

Wyciemnienie, N’to.

 

Scena III

            Chorzy w zamknięciu jak w poprzednich scenach. Wchodzi WÓJT KRATIUK, człowiek o wyglądzie, jak to się mówi, „wczorajszym” – podkrążone oczy, włosy w nieładzie. Rozpięta pod szyją biała koszula, krawat, spodnie od garnituru. Rękawy koszuli podwinięte do łokci. Złoty zegarek na ręku. Siada na kubiku i chowa głowę w dłoniach. Chwila milczenia.

 

MIKOŁAJ

            Co to za człowiek? Znacie go?

 

NEPOMUK

            Jak zły szeląg.

 

MIKOŁAJ

            Twój żywiciel?

 

NEPOMUK

            Nie liczyłbym na nic. On nas nie nakarmi.

 

MIKOŁAJ

            Po co więc przyszedł tutaj?

 

NEPOMUK

            Przyszedł się wyspowiadać.

FRASOBLIWY

            Czyli jednak żywiciel. Brud, nieprzetrawione zło, szalona nieprzyzwoitość wypłakiwana po nocach – to jest najwyższa forma pokuty.

            Czy nie tym się właśnie żywimy? To była racja naszego istnienia, zanim psychoterapeuci otworzyli swoje gabinety.

            Czy tego człowieka nie stać na terapeutę? Dlaczego tu właściwie przychodzi?

 

NEPOMUK

            Bo o tym, co ma do powiedzenia, nikt nie może się dowiedzieć. To, mówiąc oględnie, sprawy dla prokuratury. A ona i tak jest tutaj najmniejszym problemem. Więc nikt, powtarzam, nie może się dowiedzieć.

            I nie dowie się.

            Mogę być głupi, prosty, za prosty na skomplikowane czasy. Ale mam kilka zalet – po pierwsze, jako kawał drewna jestem głuchy i ślepy. Świadek idealny.

            Po drugie jestem znany z dyskrecji. Nie rozpowiadam cudzych wstydliwych sekretów.

 

ANTONI

            Choćby cię topiono.

 

NEPOMUK

            Choćby mnie topiono.

           

ANTONI

            Kiedy zacznie mówić?

 

NEPOMUK

            Różnie bywa. Czasem musi najpierw długo pomilczeć. A czasem odchodzi bez słowa.

do WÓJTA    Panie Kratiuk, dzisiaj moi koledzy słuchają.

N’to, Trauma, wyciemnienie. Po zapaleniu światła scena taka sama: chorzy w ogrodzeniu i WÓJT na kubiku.

 

WÓJT

            Dwudziesty szósty kwietnia. Dwudziesty szósty kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Wtedy wszystko się zaczęło. Codziennie żałuję, że ten dzień się przydarzył. Zapętliłbym czas na jakiejś innej dacie, na dwudziestym piątym kwietnia, żeby powtarzał się w nieskończoność, żeby jego jutro nigdy nie nastąpiło.

            Albo może mógłbym zapętlić czas na dniu mojego poczęcia, i udaremnić je, wyrwać z wnętrza mojej matki ten zarodek, tego raka o człowieczym kształcie? Bo to właśnie od tego dnia rozpoczęła się lawina zdarzeń, nieuchronnie prowadzących do dnia dwudziestego szóstego kwietnia.

 

NEPOMUK

            Determinista, jak przystało na miłośnika filozofii stoickiej.

WÓJT macha ręką.

 

WÓJT

            Prawdę mówiąc, nie dbam o filozofię stoicką. Zresztą, to ona właśnie mnie zgubiła.

 

NEPOMUK

            Zgubiła cię. Absolwent wydziału filozofii stołecznego uniwersytetu, wróciłeś tutaj z zupełnie bezużytecznym dyplomem, i wstydziłeś się. Wstydziłeś się, że tam, w stolicy, zajmowałeś się rzeczami wstydliwymi i zbędnymi jak piąte koło u traktora.

 

WÓJT

            Albo napój bezalkoholowy w barku lokalnego samorządowca.

Owszem. Przyjechałem jako pan magister – inaczej wtedy nie wypadało – ale gardziłem miejscowymi i jednocześnie wstydziłem się za siebie. Gardziłem nimi, bo widziałem, że podczas, gdy ja pisałem rozprawki o Marku Aureliusza, oni pozakładali biznesy, zainstalowali się w lokalnych strukturach partii pełną gębą i uczyli się polityki, czyli prawdziwego życia. Wstydziłem się za siebie z tego samego powodu – głównie dlatego, że mi się ten Marek Aureliusz podobał. Byłem wystraszony i zupełnie nie od tego. Marzyłem o tym, żeby zostać na swojej brudnej, ciasnej stancji na warszawskiej Pradze i dłubać w nikomu niepotrzebnych tekstach o szczęściu, jakie niesie ze sobą ataraksja i szlachetne zobojętnienie. Do tego się bardziej nadawałem. Byłem typową, ikoniczną wręcz pierdołą.

 

NEPOMUK

            A twoim nieszczęściem było to, że zamiast wrócić do stolicy i przynieść wstyd rodzinie, siedzieć za grosze na nikomu niepotrzebnym wydziale i pisać dalej rozprawki i rozmyślania, postanowiłeś nie zawieść nadziei klanu, pokładanych w tobie.

 

WÓJT

            Zrezygnowałem z koszul flanelowych na rzecz garniturów. Zamieniłem tanią kawę na gorzkie wódki – inaczej nie zostaje się samorządowcem. Zresztą wiedza na temat tego, kto z ważnych osób preferuje wódki kolorowe, a kto gorzkie, jak się okazuje – leży u podstaw sukcesu politycznego. Miałem go wkrótce odnieść.

            Po roku znałem już wszystkich i wszystko, oczywiście głównie dzięki ojcu, ale trzeba powiedzieć, że ten rok uczynił ze mnie rasowego polityka.

 

NEPOMUK  podchodzi do ogrodzenia

            Słodkie lata dziewięćdziesiąte.

 

WÓJT

            Słodkie, słodkie jak krew z rozgryzionej wargi.

            Słodkie jak kiczowaty film, gdzie naiwności jest dokładnie tyle samo, co brutalności.

 

NEPOMUK

            Znałeś człowieka, który miał sklep w mieście.

 

WÓJT

            Supersam, miejsce sprzedaży marzeń. Skończyły się puste półki i haki na mięso na smutnych, zimnych kafelkach; skończyły się puste półki tęskniące za towarami.

NEPOMUK

            Byłeś bystry; dostrzegałeś, skąd wieje wiatr.

 

WÓJT

            Zauważyłem, że skończył się czas opakowań zastępczych. To zabawne, ale kiedyś można było kupić – i to na kartki – konserwę opakowaną w papier podpisany jako „opakowanie zastępcze”. Kiepska sprawa, bardzo nieprzyjemne.

            Coś się jednak zmieniło. Opakowania stały się wszystkim. Ktoś otworzył drzwi na zachód i zostaliśmy zalani wielką falą błyszczących, szeleszczących, kolorowych opakowań. W środku mogło być nawet gówno – nieistotne.

 

NEPOMUK

            Zapragnąłeś dwóch nowych rzeczy naraz.

 

WÓJT

            To prawda. Zakładając biznes – stając się właścicielem supersamu, świątyni handlu, miałbym w zasadzie w kieszeni stanowisko wójta.

            Nikt tak jak dobry biznesmen nie potrafi zadbać o ludzi, uszczęśliwionych swoją małą świątynką, przepustką do nowoczesności.

            Postawić sklep, dać każdemu po balonie i długopisie, a potem patrzeć, jak wyposzczeni latami szarzyzny rodacy przychodzą po gówno w kolorowym opakowaniu…

 

NEPOMUK

            Znałeś ludzi, którzy znali ludzi.

 

WÓJT znów przysiada i chowa twarz w dłoniach.

 

NEPOMUK

            Nic się nie martw, mój drogi, kochany. Przez tę część historii przejdziemy najłagodniej, jak tylko się da. Otrzyj oczy, zamknij oczy, odpręż się, najlepiej śpij.

WÓJT

            Nie mogę. Nie zasnę.

 

NEPOMUK

            Nie spałeś też tamtej nocy.

            Z dala od miasta i poza wsią, niebo było czarne i niedoświetlone, i widać było dokładnie gwiazdy na nim i księżyc. Jak szpile, jak sztylety. Był późny kwiecień i już pachniały kwitnące drzewa, ale tyś nie przyszedł podziwiać gwiazd ani sycić się aromatem kwiatów.

 

WÓJT wciąż z głową w dłoniach, niewyraźnie

            Nienawidzę ich zapachu.

 

NEPOMUK

            Daleki odgłos silnika – coraz bliżej – coraz bliżej. Czekałeś cierpliwie.

            Podjechali bliżej. Wysiedli z auta. Chciałeś mieć takie auto. Było piękne i niedrogie – jak na swoją klasę.

 Podeszli i przywitaliście się, podając sobie ręce. Na rękach mieli zegarki, ty też chciałeś mieć taki zegarek. Zrozumiałeś, że apatia, którą chciał osiągnąć Marek Aureliusz, jest niemożliwa do osiągnięcia, może w jakimś innym życiu, ale nie tu. Nie w świcie kapitalizmu, kiedy trzeba chwytać szansę.

            Poznaliście się, używali pseudonimów. Gratulowałeś sobie, żeś znał człowieka, który ich zna.

 

WÓJT

            Tak się wtedy załatwiało interesy.

 

NEPOMUK

            A jakże.

            I tą ciemną nocą, przy ostro świecących gwiazdach, obiecali, że nie ściągną haraczu od twojego sklepu w zamian za pewną drobną przysługę, kiedy już zostaniesz wybrany wójtem.

WÓJT

            Naprawdę była drobna.

 

NEPOMUK

            I to właśnie zmyliło twoją czujność.

            Co ty, płaczesz? Mój drogi, kochany, uspokój się, nic się jeszcze wtedy nie zdarzyło. Kiedy odeszli, odjechali, gwiazdy tak samo migotały na czarnym niebie, a tyś odszedł uspokojony i pewny.

            Co zdarzyło się złego, nie pamiętaj, zapomnij! Mój drogi, dość zmartwień na jedno życie! Śpij.

 

WÓJT

            Nie mogę…

Układa się na ziemi, przy ogrodzeniu, i próbuje zasnąć, ale bezskutecznie. Przewraca się z boku na bok i miota się, jakby miał duże trudności z zaśnięciem.

Nie wstając i nie otwierając oczu kontynuuje, jakby ze środka złego snu:

Przy dobrych wiatrach, raz zostawszy wójtem, zostaje się nim na dobre. A ja byłem niesiony bardzo dobrą, przyjazną falą.

Płynął rok za rokiem i to już nie ja uczyłem się, kto pija jaką wódkę – nie, to znajomość moich preferencji stanowiła być albo nie być dla młodszych, aspirujących. Tak to szło, całkiem dobrze. Całkiem – dobrze …

 

NEPOMUK

            Aż dopokąd nie zechcieli spotkać się z tobą znów. I ze mną.

 

WÓJT

            I znowu była wiosna, strupy gwiazd na podziurawionym, dziobatym niebie. Powiedzieli – po starej znajomości taki a taki procent z inwestycji gminnych. Ja na to – panowie, chciałbym, ale to nie mój folwark. Ja tym tylko zarządzam.

 

NEPOMUK

            A oni tylko patrzyli na ciebie, i chociaż nie widziałeś dobrze ich wzroku w tej ciemności, spadł na ciebie ogromny strach, zacząłeś się śmiać, a twoje dłonie były spocone. I oni się śmiali…

 

WÓJT wciąż na leżąco, przez sen, śmiejąc się nerwowo i nieszczerze

            Panowie, tamto było jednorazowe … Bardzo dobrze wspominam współpracę, ale jesteśmy kwita. Bo jesteśmy kwita, prawda? Panowie koledzy…

 

NEPOMUK również śmiejąc się nieszczerze

            Jesteśmy, oczywiście, oczywiście … Ale szkoda by było przerywać taką piękną współpracę. I to nie w logice długu należy ją rozumieć, ale w logice honoru.

            Śmiertelnie poważnie

            I tego nie nazywam propozycją.

            Jeśli się namyślisz, prowincjonalny psie, co zarobił pierwsze kilkaset tysięcy i sądzi, że jest panem świata, bądź tu za tydzień.

 

WÓJT

            A za mną stało prawo, za mną stała racjonalność. Namyśliłem się, nie przyszedłem. Przez ten tydzień próbowałem wrócić do Marka Aureliusza, ale litery były martwe, przestały składać obietnicę… Nie było mnie tam, kolejnej nocy, na rozstaju dróg za wsią przy figurze…

 

NEPOMUK

            Ich też nie było. Oni już dobrze wiedzieli, co trzeba było robić.

            Nie bawili się w ograne tricki z filmów gangsterskich – nie zastrzelili ci psa i nie podrzucili jego truchła pod drzwi, nie puścili ci z dymem altanki w ogródku. Przeszli do konkretów.

WÓJT wstając, ale wciąż z zamkniętymi oczyma

            Czekali na Anitkę na parkingu, pod jej uczelnią, w Warszawie. Tam widziano ją na pewno po raz ostatni.

 

NEPOMUK

            Biała furgonetka, wszystko zdarzyło się bardzo szybko. Wiadomość o tym, ile trzeba zapłacić, dotarła do ciebie następnego dnia.

 

WÓJT

            Wiedziałem wtedy, uświadomiłem to sobie z przerażającą jasnością, że każda minuta studiowania stoików była stratą czasu. Że ci ludzie nic nie wiedzieli o życiu, że nigdy nie żyli; że są zwodzicielami, kłamcami, oszustami. Niczego w życiu tak wówczas nie żałowałem jak tego, że kiedykolwiek poświęciłem na to wszystko czas.

 

NEPOMUK

            I znów się spotkaliśmy, mój drogi, kochany. Pod dziobatym niebem.

 

WÓJT

            Lata dziewięćdziesiąte, słodkie jak krew z przegryzionej wargi.

 

NEPOMUK

            Ikona czasów, prawie przerysowana – pliki banknotów, powiązane gumkami recepturkami w torbie, torba w twoich drżących, spoconych dłoniach.

 

WÓJT

            Po dwóch dniach – znów to samo. Jeszcze raz. Trzy razy więcej.

            Nie jestem złodziejem, ale naturalnie nikt nie dysponuje od ręki takimi pieniędzmi. Pożyczyłem je od podatników. Nigdy nie spłaciłem. Ludzie na moich stanowiskach robią jednak takie rzeczy regularnie, i to bez porwanych córek w tle.

            Wybaczyłem to sobie.

NEPOMUK

            Ale nigdy nie wybaczyłeś sobie tej pierwszej nocy, pierwszego kroku w mlecznych chmurach, pierwszej umowy. Nie wybaczyłeś sobie dźwięku silnika, kroków po żwirze. Ani studiowania stoików.

 

WÓJT

            Nie wybaczyłem ci twojego idiotycznego wygięcia i chciałbym, żebyś to wiedział. Dlaczego zawsze rzeźbią cię tak, jakobyś miał zwyrodnienie kręgosłupa? Nie wybaczyłem ci oczu twoich, wyłupiastych, i tego, że tak głupio sterczysz na tej drodze, zajmujesz miejsce, rozpychasz krajobraz swoją świętością, swoim sakrum wioskowym i niepojętym, a jak przyjdzie co do czego – jesteś bezużyteczny, nikomu niepotrzebny, jesteś martwy i milczący jak stoicy.

 

NEPOMUK

            Wybacz mi, mój drogi, mój kochany. Wybacz i pamiętaj, że ja przynajmniej nie udzielam dobrych rad.

 

WÓJT

            To przemawia na twoją korzyść, chochole.

 

NEPOMUK

            A wygięcie moje – może to artretyzm, a może ten, kto mnie wyrzeźbił, sam nie wiedział, czy mam ciążyć ku ziemi, czy ku temu niebu dziobatemu, na którym kwitną strupy gwiazd. I wiedział może w swojej przerażającej wiedzy, że mówienie o wielkiej tajemnicy i o pocieszeniu jest bez sensu, bez treści. I tak mnie pozostawił w spazmie, w paroksyzmie.

 

WÓJT

            Mniejsza o to, chochole, nie o ciebie tu chodzi.

 

NEPOMUK

            Anitki nie zobaczyłeś już – ślad po niej przepadł.

WÓJT

            A mówiono różnie – że jest wideo, na którym ją torturują. Że widział ją ktoś, gdzieś, potem – w Berlinie, w Koszalinie, w Hiszpanii nawet.

            Policja, detektywi, gazety, plotki.

Nie mogę spać!

Kładzie się na ziemi, zatyka uszy.

 

NEPOMUK

            W dniu, w którym zaczęto mówić o możliwych torturach, żona zabrała resztę rzeczy i ostatecznie wyjechała.

 

WÓJT

            Nie mów, ja nie słucham!

 

NEPOMUK

            Kochany, nie zadręczaj się. Spróbuj zasnąć.

 

WÓJT

            Nie mogę. Odbierasz mi zdrowy sen. Nienawidzę cię, przysięgam, nienawidzę. Denerwujesz mnie swoim półistnieniem.

 

NEPOMUK

            Nie mogę zaprzeczyć, że jestem winny wszystkiego, o co mnie oskarżasz. Mój drogi, mój kochany – nie mogę nad tobą roztoczyć żadnej opieki, odpowiedzieć na żadne z twoich pytań, nie mogę ci pomóc.

 

WÓJT

            Nie oskarżam cię o nic. Po prostu cię nienawidzę. Czystą nienawiścią, bez żadnych uzasadnień. Za to, że istniejesz. I tym biorę odwet na Marku Aureliuszu, Senece, Lucjuszu Anneuszu i wszystkich tych dziadach, którzy nie pojmują, jak i po co można darzyć kogoś tak szalonym, wybujałym i nieuzasadnianym uczuciem.

            A właśnie, że będę! Będę sobie nienawidził, będę się przejmował, będę nie spał po nocach, i co mi zrobicie! Ha! Mam do tego pełne prawo! Mędrcy z dystansem do świata … Banda symulantów na garnuszku bogatszych od siebie. Was kazałbym zamknąć w bunkrze z takimi typami jak Masa albo Słowik. Tam może byście pokazali, na co was stać.

 

NEPOMUK

            Do dziś nie znaleziono ciała Anity.

 

WÓJT

            I to właśnie, nic innego, sprawia, że codziennie mam ochotę się zabić.

 

NEPOMUK

            Jestem ci bezużyteczny, oprócz tego, że możesz mnie nienawidzić.

 

WÓJT

            Powiedziałeś prawdę.

 

NEPOMUK

            Jest jeszcze jedno.

 

            Najbardziej prawdopodobny koniec Anity to dno Wisły, wiesz o tym.

 

WÓJT

            Wiem o tym, chochole. Codziennie modlę się, nie do Boga co prawda, sam nie wiem do kogo, bo wszyscy mnie już zawiedli, ale modlę się o tę Wisłę. Woda i spokój – to jest dla niej najlepsze. To myśl najbardziej do zniesienia.

 

NEPOMUK

            Woda i spokój. Dobrze powiedziałeś.

            Jest taka hipoteza mojego wygięcia, inna niż rozdarcie metafizyczne. Jeśli pozwolisz, mój drogi, kochany – to może być od tej historii z Wełtawą i mostem. Zapewniam cię, ze tylko jedna chwilka jest nieprzyjemna, a potem – woda i spokój. Jak na wakacjach.

            Tyle mogę dla ciebie zrobić.

 

WÓJT

            Jest coś przewrotnego w tym, że jednak potrafisz mnie pocieszyć. Ale ja cię dalej będę nienawidził, dobrze? To jest wszystko, co ja z kolei mogę zrobić dla ciebie.

 

NEPOMUK

            Dobrze, mój drogi, kochany. Jeśli tego ci trzeba – dobrze…

N’to, Trauma.

 

Scena IV

            Osoby jak poprzednio. WÓJT z boku, opiera się o ogrodzenie. Wczorajszy, wymięty i zmęczony.

 

NEPOMUK

            Jesteś tu znowu, mój złoty. Nigdy mnie nie zawodzisz. Inni odchodzą i nie wracają, ale ty zawsze jesteś. Cichy, skupiony i pełen nienawiści. Na ciebie zawsze mogę liczyć.

 

WÓJT w czasie monologu przechodzi do przodu, siada, a wreszcie kładzie się

            Przychodzę i będę przychodził, w nadziei, że jakimś cudem, wbrew nadziei, powtórzą się tamte noce.

            Wbrew nadziei, bo wiem, że moi wybawcy albo odsiadują wyroki, albo siedzą za granicą, albo przebranżowili się, ulegalnili i ani myślą narobić sobie kłopotów.

            Irracjonalnie czekam tutaj na zwielokrotniony dziwną jakąś akustyką szum silnika, kroki na żwirowej ścieżce. Czekam na nich.

NEPOMUK

            Na co ci oni, mój drogi?

 

WÓJT

            No tak. Naturalnie tego nie rozumiesz.

 

NEPOMUK

            Opowiedz mi o tym. Chcę zrozumieć. Skoro jesteśmy tutaj, ty i ja, znowu my razem w tym miejscu, mój drogi, co masz lepszego do roboty niż – opowiedzieć?

 

WÓJT

            Chochole kamienny, chyba nawet ty musisz rozumieć mechanizm ulgi po bólu. Chyba nawet ty musisz wiedzieć, że przejście ze stanu głodu do stanu sytości, ze stanu pragnienia do stanu nasycenia, z zimna do ciepła, ze skwaru do cienia, z bólu do jego braku – to jest warte więcej niż każda przyjemność. To jest fala czystego dobrostanu; dużo bardziej magnetyczna i uzależniająca niż dalece przereklamowana rozpusta, pijaństwo, obżarstwo i inne płoche rozrywki, przed którymi wy, święci, tak bardzo drżycie, że ze strachu przed nimi wolelibyście zamienić życie ludzkie w piekło.

            Otóż błąd: rozpusta jest nużąca, a wszystkie inne grzechy główne same zamieniają egzystencję w piekło, znacznie szybciej i bardziej dotkliwie, niż wam się wydaje, ale – co możecie o tym wiedzieć. Wy, święci i stoicy, jesteście jak dziewice – wyobrażają sobie one o rozkoszach alkowy Bóg wie co i myślą, że zachowując się w stanie nienaruszonym, czynią jakieś bohaterstwo. Bohaterstwem jest żyć życiem człowieka związanego w świecie, z całym jego brudem, śluzem, śliną i krwią, i nie sczeznąć z nudów i z bólu.

            Tylko jednego szukamy – tego wielkiego jak ocean, choć zawsze cofającego się o krok od nas uczucia ulgi, kiedy kończy się ból i świta brak bólu, kiedy kończy się głód i zaczyna się sytość. I nigdy go nie dostajemy, bo rozpuszcza się na języku zbyt szybko, natychmiast niemal ustępując miejsca znużeniu i przejedzeniu.

            To jest, chochole – choć tego nie rozumiesz, bo rozumieć nie możesz – jak dotykanie opuszkami palców popękanego bochenka chleba, który pachnie i syci nozdrza, i ten posiłek składający się z samego aromatu i światła porannego nie ma sobie równych, ale niestety nie wystarczy, nie; trzeba zaraz karmić ciało, które wzdyma się, gnije i unosi, ciężkie od bólu i potrzeb.

            No więc, recepta stoicka jest – i to człowiek rozumie dopiero wtedy, kiedy się wstępnie rozpatrzy w świecie – recepta stoicka nie jest żadnym rozwiązaniem. Niczego nie obiecuje, daje tylko odrobinę więcej tępej obojętności w nużącym świecie. Nużącym i, dodajmy, bolesnym. Nuda boli i życie boli.

            Ja dostałem życie, ale są tacy, którzy dostali nudę, i przypuszczam, że mają marzenia podobne do moich – albo mieliby je, gdyby nauczyli się je rozumieć.

            Zawsze lubiłem ból głowy, ból brzucha, gorączkę. Te stany zapowiadały ich pomyślne rozwiązanie; po pierwsze, człowiek zawsze ma pewność, że cały problem skoncentrowany w nich jak w pigułce, czyli ból – bo o to w zasadzie tu chodzi – jest przejściowy, i jest to jedyna pewna rzecz, jaką o nich wiemy.

Euforycznie:

O, błogosławiona świadomości! Czy może być coś bardziej błogiego niż doświadczać   p r z e j ś c i o w y c h   problemów? Gdyby ich poszukiwanie było zboczeniem, zostałbym z radością naczelnym masochistą! Żeby tylko wiedzieć, że wszystko to niebawem minie – toż to lepsze niż każda przyjemność!

Po drugie, w takich i tylko takich wypadkach istnieją pewne proste, cudowne rozwiązania, a ich niewinność jest obrazą dla złożoności świata: malutka, gładka pastylka, dostępna w każdym sklepie spożywczym o każdej porze dnia. Mój Boże! Wziąć lek na ból głowy to jak rozmawiać o świecie z pięcioletnim dzieckiem: kochanie, twój króliczek odszedł bawić się z innymi króliczkami, podobnie jak twój chomik w zeszłym roku, i rybka dwa lata temu… Proszę, oto pastylka – cudaczka; nazywam ją cudaczką, bo jest trochę cudaczna, to znaczy spoza tego świata. Prostota jej działania rozczula mnie i czyni ją zarazem niepoważną. Mój Boże! Mój ty Boże!

 

NEPOMUK

            Boląca głowa, boląca pięta, bolące plecy, boląca ręka … Zawsze odnosiłem wrażenie, że wy, ludzie, chcecie się tego – czymkolwiek byłoby to zjawisko zwane przez was bólem – jak najszybciej pozbyć.

 

WÓJT

            Bo chcemy, chochole! Czyś ty nie pojął, że dla wszystkich tych ludzi sprzed pięćdziesięciu i stu lat, sprzed czasów , w których wszystko jest na wyciągnięcie ręki, to ty właśnie odgrywałeś rolę pastylki? Prostej, niewinnej, przeciwbólowej.

            Nieco mniej skutecznej, oczywiście; skutecznej tylko losowo, od przypadku do.

Ale nie było nic innego. Mieli tylko ciebie. Jesteśmy szprycowani bólem i radzi się go pozbyć, i wtedy doświadczamy cudownej prostoty i lekkości – było źle, jest już dobrze. Zupełnie niepodobne do życia! Rozumiesz teraz?

Ściąga z ręki złoty zegarek i gwałtownie rzuca nim w Nepomuka. Ten uchyla się.

           

WÓJT

            Czemu się uchylasz? Boisz się bólu? Przecież byś go nie poczuł!

 

NEPOMUK

            Nie uchylam się, takim mnie stworzono – wygiętym, jakbym ustawicznie wił się w konwulsjach. Od kontrapostu to epilepsji, mniej lub bardziej – tak jesteśmy zbudowani.

 

WÓJT

            Swoją drogą, niesamowite to … Kto wpadł na pomysł projektowania tak bezbolesnych wygięć? Lordozy, kifozy, wygięcia rąk, stanie na palcach nóg przez całe dekady – a wszystko to czyste i wolne od bólu … To przewrotne.

 

NEPOMUK

            Nie jest to cała prawda. Kamień kruszy się, drewno dziurawi i rozszerza … Jak widzisz, jesteśmy teraz trędowaci.

 

WÓJT

            Do kogo ja zresztą mówię …

Odwracając się przodem do widowni, cicho, do siebie:

            Więc gdyby tak, gdyby jednak, gdyby któregoś wieczora tutaj, na skraju wsi, pod tą figurą dał się słyszeć niewyraźny szum silnika, i coraz wyraźniejsze kroki na ścieżce; i nawet nie zauważyłbym ich sylwetek, nie byłoby czasu, od razu poczułbym chłód kastetu na ustach, twardy but pod żebrami, może łańcuch na twarz … Przez kilka pięknych minut zapadłbym w nieświadomość, a to lepsze niż sen – w mojej sytuacji – bo nawet we śnie widzę Anitkę. Nieprzytomny, nie myślałbym o niej, bo nie myślałbym o niczym.

            A potem ocknąłbym się, ocknąłbym się o wschodzie słońca, i zaschłaby mi już krew na wardze, a obolałe żebra wyciągałyby się powoli ku kresowi bólu, tak jak orchidee wyciągają swoje miękkie pyszczki ku słońcu, żeby się rozewrzeć, żeby wężowym ruchem wystrzelić kwiatem … I powoli bym wstał, najpierw na kolana, potem na obydwie moje nogi, i poszedłbym powoli do domu, i tam położył się w chłodnej pościeli. A ból ćmiłby się jeszcze tu i ówdzie, w czterech stronach mojego ciała, i stawałby się coraz to słabszy i słabszy, i dostąpiłbym znowu prostoty i niewinności tego procesu … A gdybym miał taki kaprys, przypudrowałbym sińce pod oczyma i poszedłbym do apteki, i za kilkanaście złotych nabyłbym opakowanie pastylek – cudaczek, i położyłbym je potem na stoliku nocnym obok łóżka, i patrzył na nie miłośnie kątem oka. A na sam koniec, wpakowałbym sobie jedną z nich pod język, i bawił się, i śmiał, i zapomniałbym o bożym świecie, chochole, chochole!

            Do tego jednego jesteś mi jeszcze potrzebny – dajesz mi karmić moją fantazję.

zamknąwszy oczy

            niewyraźny szum silnika, coraz wyraźniejsze kroki na ścieżce; niewyraźny szum silnika, kroki na żwirze, silnik, kroki, silnik, kroki, silnik … silnik … silnik …

 

Zaciemnienie, N’to Trauma

 

Scena V

            Osoby jak poprzednio, bez WÓJTA. Powolnym krokiem, arytmicznie, dostojnie i arytretycznie wchodzi ROZALIA, wspierając się na lasce. W ręku niesie plastikową torbę wielorazową, używaną na bazarach pod koniec zeszłego stulecia w krajach słowiańskich. W torbie dźwięczą znicze.

            Na początku swojego monologu pieczołowicie rozstawia zapalone znicze na krawędzi ogrodzenia i kładzie sztuczne kwiaty, wszystko to powoli w wielkim porządku. Na kwiaty od razu rzucają się zgłodniali chorzy; znicze zostawiają sobie na później, wdychając głęboko do płuc ich zapach jak narkomani.

 

ROZALIA nieco skrzekliwym, starczym głosem

            Obudziłam się piąta trzydzieści, wstaję, myślę sobie: śniadanie zjem. Bułkę z twarożkiem. Naczynia pomyłam, kurze pościerałam, ale nie z półek u góry, bo się na krzesło boję wchodzić sama. Spadnę jeszcze i kto mnie będzie z podłogi zbierał.

Jak jeszcze siostra żyła, to inaczej było. Jedna drugiej mogła pomóc albo do sąsiadów pójść, zadzwonić. A tak – sama jestem, boję się na krzesło wchodzić.

Naczynia pomyłam, kurze pościerałam, patrzę – słoneczko wysoko. Myślę – do sklepu pójdę. A w sklepie Dorota Kogutowa, mówię do niej: Przegaliński nie żyje, Janoszowa mi powiedziała. Pogrzeb w Hrubieszowie pod koniec tygodnia.

            Masło kupiłam, mleko kupiłam, bułkę kupiłam, pomidory drogie w tym roku, że Jezu! Na szczęście kupować nie muszę, Kogutowa daje ze swojego pola.

Patrzę: słoneczko wysoko. Naczynia pomyłam, kurze pościerałam, gąski nakarmiłam. Myślę: na kapliczkę się wybiorę. Kogutowa miała ją posprzątać, ale coś jej się zapomina, myślę. To ja pójdę.

            A po drodze Dorota Kogutowa. Mówię do niej: Przegaliński nie żyje, pogrzeb w Hrubieszowie pod koniec tygodnia. Janoszowa mi powiedziała.

            A jaja drogie w tym roku, że Jezu! Na szczęście kupować nie musze, Kogutowa oddaje swoje.

            Jak jeszcze siostra żyła, to inaczej było. Jedna drugiej mogła pomóc albo do sąsiadów pójść, zadzwonić. A tak – sama jestem, boję się.

            Patrzę: słoneczko wysoko. Myślę: do obiadu trzeba się naszykować. Zupy podgrzałam, a ogórki drogie w tym roku, że Jezu! Na szczęście kupować nie musze, Kogutowa oddaje swoje. Naczynia pomyłam, kurze pościerałam, gąski nakarmiłam, myślę: czas wybierać się.

            Do sklepu zachodzę po znicze, a w sklepie Dorota Kogutowa, mówię do niej: Przegaliński nie żyje, Janoszowa mi powiedziała. Pogrzeb w Hrubieszowie pod koniec tygodnia. Wiem, wiem, ona mi mówi, wybierałabym się, ale do lekarza mam. To ja pytam – a co ci lekarz, znowu rwa w plecach się odnowiła? A ona: tak, Rozalko, rwą, że Jezus, trzy miesiące czekam na wizytę. A leki drogie, że Jezus!

            Myślę: do kapliczki trzeba się wybrać, znicze naszykować, kwiaty popostawiać. Naczynia pomyłam, kurze pościerałam … a drogie wszystko w tym roku, że Jezus!

Z wysiłkiem siada na kubiku.

 

NEPOMUK

            Ona długo tak jeszcze będzie?

 

ANTONI

            A co, nie pasuje ci coś? Jeść nie chcesz?

 

NEPOMUK nieco obruszony

            Nie, wszystko pasuje.

 

 

ANTONI

            No, słuchanie bezsensownego monologu to chyba niewysoka cena za możliwość najedzenia się za wszystkie czasy. Prosiłbym o trochę szacunku dla dobrej parafianki. Dzięki takim jeszcze trochę żyjemy.

 

MIKOŁAJ

            Żyjemy. Trochę żyjemy. Można jednak zasadnie pytać – po co i na co?

 

ANTONI

            Nie myśl za dużo. Zobacz, ona nie myśli, a ma się dobrze i jeszcze paru darmozjadów takich jak my trzyma na łaskawym chlebie.

 

ROZALIA

            Obudziłam się piąta trzydzieści, wstaję, myślę sobie: śniadanie zjem. Bułkę z twarożkiem. Naczynia pomyłam, kurze pościerałam, ale nie z półek u góry, bo się na krzesło boję wchodzić sama. Stolik powycieram, kredens powycieram, ławę i wystarczy. Telewizor przecieram, żeby się nie kurzył całkiem, ale go nie włączam. Kiedyś jeszcze rozumiałam, co tam mówią i robią, a teraz – dużo hałasu, ja się na tym wszystkim nie znam.

            A drożyna wszystko, że Jezus! Drogie mleko w tym roku. Na szczęście kupować nie muszę, Kogutowa oddaje swoje. Myślę: na kapliczkę się wybiorę. Kwiaty trzeba popostawiać, śmieci powygarniać. Idę gąski nakarmić, a na podwórku przez płot – Kogutowa. Mówię do niej: Przegaliński nie żyje, Janoszowa mi powiedziała. Pogrzeb w Hrubieszowie pod koniec tygodnia. Wiem, wiem, ona mi mówi, wybierałabym się, ale mam dzieci córki pilnować, bo ona się do Warszawy wybiera. Z pracy coś. Ja mówię: a ta Alicja twoja to ciągle tylko do tej Warszawy i Warszawy. Może tam chłopa jakiego zapoznała? Dobrze by to było, bo po tym pijaczynie, ojcu dzieci, to … szkoda mówić nawet. A ona na to, że dobrze by było, ale nie chłopa zapoznała, tylko z pracy ich tak ciągle do tej Warszawy wożą. I dobrze, mówię, z pracy to z pracy, niech pracują, niech się uczą dzieci, tylko kto to widział, żeby tyle ludzi ziemię zostawiało, nie ma komu uprawiać. A Przegaliński nie żyje, ty wiesz?, ja ją pytam. W Hrubieszowie pogrzeb, pod koniec tygodnia.

Cichnie i zaplata ręce na podołku

 

 

 

ANTONI

            Zresztą, tacy jesteście mądrzy. Tyle gadania o długowieczności i tradycji, a wszyscy jakbyście zapomnieli.

 

NEPOMUK

            O czym zapomnieli?

 

ANTONI

            Zupełnie o wszystkim, co was spotkało i ciągle spotyka; jakbyście zapomnieli, jacy są ludzie i jaki jest Bóg. Macie pamięć złotej rybki, jeśli chodzi o coś innego niż o was.

 

NEPOMUK

            O co ci chodzi, bracie Antoni? Miło, że bronisz naszej karmicielki, ale – w czym rzecz?

 

ANTONI

            Jak możecie rościć sobie pretensje do zrozumienia ludzi, skoro nie macie pojęcia o największym przekleństwie, a jednocześnie największym błogosławieństwie człowieczym?

            Życie człowieka przebiega linearnie, ale nie zaczyna się – tak jak nasze, od punktu zero, kiedy przeszło z wyobrażenia w istnienie, by pobiec potem płaskim, niezmiennym torem, niosąc na barkach stulecia mitów.

            Życie człowieka jest krótkie i zaczyna się raczej tragicznym okresem całkowitej zależności graniczącej z niewolą. Jego nogi nie mogą nigdzie pójść, usta nie mogą wypowiedzieć swojej prośby, a ręce wyciągają się po pomoc do innych istot dwunożnych. Te nie zawsze mogą i nie zawsze chcą jej udzielić. Zanim w mozole i trudzie nauczy się sam chodzić, sam mówić i sam pracować, mija wiele lat. Przez krótki czas może poszukiwać wtedy rzeczy innej jeszcze, ważniejszej – sensów i uzasadnień. Rozpycha się wtedy w świecie albo wręcz przeciwnie – ucieka, starając się zająć jak najmniej miejsca. Świat wydaje mu się to zbyt mały, to absurdalnie duży. Przez chwilę to on jest tym, którego inni proszą, o którego względy zabiegają, który może pochylić się ku istotom niższym i bardziej bezradnym, jak dzieci i starcy – albo je zaniedbać. Ten straszliwy przywilej jest jednakże również odpowiedzialnością tak wyniszczającą, że starcza się w powtórne niemowlęctwo, i pochylony ku ziemi zaczyna widzieć coraz mniej i mniej, aż w końcu widzi już tylko ciemność i światło.

            Nie możecie patrzeć na tę kobietę, jakby było to jej wyłączną winą.

Realnie patrząc, to jest – wcale nie jej wina. Zresztą posłuchajcie!

 

ROZALIA przysypia, głowa opada jej na bok, chrapie; nie budząc się, głosem Anki

            Nie mogłabym o tym myśleć inaczej. To była magia, nie można potem o tym opowiadać ot tak. Dobrze pamiętam pierwszy raz. To znaczy, mój nie pierwszy, ale pierwszy z nim. Nie planowaliśmy tego właściwie.

            W lipcu powietrze pachnie trochę inaczej, tak słodko. Na to też wcześniej nie zwracałam uwagi. Ale lipiec pachnie nocą inaczej niż czerwiec. Jak lipa albo jaśmin, i to jest bardzo piękny zapach.

            Budzi się. Swoim naturalnym głosem:

            Oj, przysnęło mi się. Prawda, źle w nocy spałam. A to deszcz padał, a to coś hurkotało o szybę, może wiatr był, może drzewo, jabłoń koło okna. Spać nie mogę, coś się tłucze,  hurkocze, różaniec odmówiłam, radio zgasiłam, ale sen nie przychodził.

            Wstałam wody się napić. Idę do kuchni, światła nie włączyłam, bo szkoda marnować, trzymam się ręką ściany, i idę, idę powoli, a o ściany i okno coś – hur! hur! hur! hurkocze. Zachodzę do kuchni, nalewam wody do szklanki, patrzę przez okno – jak nie błyśnie, jak nie trzaśnie, cały podwórek oświetlony w błyskawicy. A na podwórku, za płotem, Dorota Kogutowa – odmieniona taka, ręce długie i giętkie jak węże, twarz i ciało – zielone, oczy straszne, i tańcuje wiedźma jedna, o dookoła niej mnóstwo dobra: chmarami unoszą się kurczaki, jaja, krowy i bańki mleka, pomidory i marchewki, pieniądze, samochody i telewizory … Śmieje się i błyska tymi oczami swoimi, złotymi, strasznymi, a ja do niej: Przegaliński nie żyje, Janoszowa mi powiedziała! Pogrzeb w Hrubieszowie pod koniec tygodnia! Wołam, przekrzykuję wiatr, deszcz i jej śmiech, a ona mi na to: Wiem, wiem!! Patrzę – a tam Przegaliński, blady cały, oczy zamknięte, ręce na piersiach skrzyżowane, leży na trawie biedaczek, a ona patrzy na niego, patrzy i śmieje się … I woła: Rozalkaaaaa, kury dwie zacięłam, chcesz tuszkę, dam ci! Ja na nią patrzę i mówię: jak ci nie wstyd, jędzo jedna, ty nie kury chcesz mi dać, coś ty Przegalińskiemu zrobiła, ty jędzo, ty… ty …

            No więc wstałam napić się wody, zachodzę do kuchni, nalewam sobie wody, troszkę lepiej mi się zrobiło… Wracam, pomyślałam sobie jeszcze tylko: jutro na kapliczkę trzeba będzie pójść, zdrowaś odmówić za Przegalińskiego, znicze popostawiać, pozmiatać liście … I już, i śpię …

            znów zasypia, głowa opada jej na pierś

głosem Wójta Daleki odgłos silnika – coraz bliżej – coraz bliżej. Czekałem cierpliwie.

            Podjechali bliżej. Wysiedli z auta. Chciałem mieć takie auto. Było piękne i niedrogie – jak na swoją klasę.

 Podeszli i przywitaliśmy się, podając sobie ręce. Na rękach mieli zegarki, ja też chciałem mieć taki zegarek. Zrozumiałem, że apatia, którą chciał osiągnąć Marek Aureliusz, jest niemożliwa do osiągnięcia, może w jakimś innym życiu, ale nie tu. Nie w świcie kapitalizmu, kiedy trzeba chwytać szansę.

            Poznaliśmy się, używali pseudonimów. Gratulowałem sobie, że znam człowieka, który ich zna. Tak się wtedy załatwiało interesy.

            Budzi się. Własnym głosem:

            Wstałam piąta trzydzieści, zjadłam bułkę z twarożkiem, pozmywałam, pościerałam kurze. Myślę: czas się zbierać.

            Wstaje, podczas monologu zaczyna powoli zbierać porozrzucane wcześniej przedmioty: szczotkę i szufelkę, butelkę z wodą, ścierki, grackę. Chodzi bardzo powoli i z trudem, schyla się z widocznym wysiłkiem.

Myślę: czas się zbierać. Idę po świecę do kredensu – jest, za oszkloną szybką. Mała już, został się sam ostatek, prawie ogarek. Ale jeszcze jest, jeszcze nie cała spalona, jeszcze do użytku. Myślę sobie: tego przynajmniej od Kogutowej nie wezmę, nie. Niedoczekanie, mam swoją. W szufladzie w sypialnym, zawinięta w pachnącą chusteczkę jest książeczka. Jedna książka, co ją w życiu przeczytałam od deski do deski kilka razy. Drugiej takiej chyba nie było. Nie tyle razy, rok po roku, co tydzień albo codziennie prawie. W drugiej szufladzie – różaniec. Teraz biorę szykować ubranie: spódnica niedzielna, koszula, sweter. Nie czarne, nie. Kto powiedział, że musi być czarne. Odświętne ma być. Czarną chustkę tylko położyłam na włosy, też swoją własną, chowaną na tę okazję właśnie, na ten dzień. Ubieram się i śpiewam sobie, kto powiedział, że ma być smutno, nikt tak nie powiedział. Różne mówią: żeby w niedzielę nie pracować, żeby za chłopami nie chodzić, żeby pieniędzy dla siebie nie chować, tylko drugim pomóc – ale że ma być smutno, kiedy się szykujesz i wybierasz do wyjścia, nikt nie powiedział, ani razu, nigdy.

Odchodząc powoli

Ubieram się i śpiewam, i śpiewam, szaro – buro się powoli robi, słoneczko zachodzi, a ja jeszcze do kogutkowej przez podwórek krzyczę: Przyjdź no jutro rano, porządki mi pomożesz zrobić!
            Śmieje się

Dobrze! – mówi ona. Dobrze! I nic się nie domyśla, nic a nic…

            glos młodnieje A ja śpiewam, bo nikt nie powiedział, że musi być smutno. Śpiewam sobie, śpiewam, jeszcze kurze poprzecierałam, jeszcze krzesła poprzestawiałam, piec pogłaskałam, fajerki przesunęłam, żeby pobrzęczały, żeby wesoło było – i hyc! Hyc do łóżka…

            Odchodzi

 

NEPOMUK

            Czy ktoś mi może powiedzieć – czy to był nasz ostatni posiłek?

 

ANTONI

            Prawdopodobnie, bracie topielcze. Got ist tot.

Światło gaśnie. N’to, Trauma

 

Scena IV

            Chorzy na kwarantannie, wchodzi KSIĄDZ POCZWARKO, w sutannie i koloratce. Florian rozpoznaje w nim znajomego, cieszy się. Wychyla się zza ogrodzenia, ogląda POCZWARKĘ, obwąchuje go jak pies. Jest wyraźnie podniecony.  POCZWARKO smutny i zrezygnowany, biernie poddaje się awansom FLORIANA, po czym siada na kubiku.

 

FLORIAN

            Ksiądz wikary … Dawno księdza nie widziałem … Jak miło, że ksiądz tu, do nas … to znaczy … że ksiądz tutaj z nami … że nam tu ksiądz złożył wizytę…

 

MIKOŁAJ

            To co, Florianie, może dostaniemy jeszcze jeść?

 

FLORIAN

            Od niego? Co wy, kleru nie znacie? Niemożliwe, od niego nic nie będzie.

Ale co wy tak – tylko o jedzeniu? Ja się cieszę, bo starego znajomego zobaczyłem!

Macha ręką, próbując zwrócić na siebie uwagę wikarego, który tymczasem siedzi już odwrócony plecami do ogrodzenia.

Księże wikary! Księże wikary!

 

MIKOŁAJ

            Mało rozmowny ten twój znajomy.

KSIĄDZ POCZWARKO po chwili ciszy

            Całe pół roku biegania po urzędach, ciułania papierów, zbierania wkładu własnego – byłbym nawet gotów posmarować komu trzeba, ale z tymi funduszami unijnymi to już nie do końca tak działa, to znaczy – trochę subtelniej, w każdym razie – całe pół roku psu w dupę.

            A już – już szło w dobrą stronę, już prawie przyklepane było, już kupowałem wódkę; nawet bym do proboszcza zapukał i powiedział: No, księże proboszczu, szefie, wreszcie masz ze mnie użytek, wreszcie coś zrobiłem, oto i ja – z nowiutkim projekcikiem i funduszami, remontujemy stare rupiecie i stawiamy pod kościołem kapliczkę wielką jak stodoła. Nie to, żeby specjalnie zależało mi na opinii tego starego pierdziela, ale ostatecznie lepiej jest mieszkać pod jednym dachem z kimś, kto chociaż raz cię docenił albo przynajmniej powiedział coś do ciebie – nie przez ciebie, jak przez przezroczystego ducha, tylko do ciebie. Do człowieka, jak to się mówi na kazaniach, do serca, moi drodzy, do serca. Bo człowiek najważniejszy.

            Nie cierpię go, co prawda, z wzajemnością, ale z tego projektu to razem byśmy się ucieszyli, oboje. Pierwszy raz zrobilibyśmy coś razem. Oprócz koncelebry, oczywiście. Ale to jest najmniej prywatna rzecz, jaką można razem robić. Przecież mnie tam nie ma tak naprawdę, przy tym ołtarzu. Ani jego.

            Mam wrażenie, że jak jestem tam sam, jak sam celebruję, to trochę bardziej jednak tam jestem. Może wtedy rzeczywiście odrobinę tam jestem. Bo jak jesteśmy we dwóch – ja w skrzypcach, on w tym tam swoim okropnym poliestrze z Janem Pawłem Drugim, co za horror, kto to szyje, pewnie dostał od jakichś bab albo dzieci komunijnych, i daję głowę, że jemu się to nieironicznie podoba – więc kiedy tam jesteśmy we dwóch, to tak jakby żadnego tam nie było. Najgorzej jest w czasie modlitwy eucharystycznej, kiedyś czułem jakiś uścisk w dołku, że nic nie czuję, że nic nie ma, jeszcze jakiś taki żal po wszystkim – a teraz nic, nawet żalu, i to dojmujące uczucie braku uczuć jest … zresztą, co ja bredzę … w każdym razie, kiedy ma wymieniać imię biskupa, no, wtedy, kiedy mówi: „Prosimy Cię, Boże … utwierdź w wierze i miłości .., z naszym papieżem … z naszym biskupem …” – zawsze myślę sobie: walnie się stary pierdziel i znowu wymieni imię biskupa nieboszczyka, czy jednak nie. I tak sobie jakiś czas gram w myślach: pomyli się – nie pomyli, i strasznie to jest męczące, bo on na pewno – na pewno też coś na mnie ma.

            Nieważne, w każdym razie – nie będzie już między nami nigdy dobrze, bo – dałem ciała, nie dałem rady. Nie będzie funduszy. Bo w urzędzie ocenili, że projekt jednak źle napisany. Słyszałem przez drzwi, jak któryś mówi: „poczęstuj wielebnego pisemkiem”.

Kawalarz. No i poczęstowali. Myślę sobie: dobra, a potem będziesz chciał pogrzeb albo chrzest, uważaj. Tak pomyślałem, ale właściwie … co mi do tego?

Mnie jest raczej wszystko jedno.

Odwraca się gwałtownie do Floriana. Krzyczy dramatycznie:

            Słyszysz? Wszystko jedno!

Czyni zapraszający gest ręką Chodź tutaj!

 

FLORIAN

            Ale księże wikary, ja … Ja nie wiem, czy ja mogę … My tutaj jesteśmy na kwarantannie …

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Chodź tutaj mówię!

 

MIKOŁAJ

            Przecież on jest zarażony. Nie zaszkodzisz mu. Pomóc też nie pomożesz, ale na pewno nie zaszkodzisz. Zobacz, w jakim on jest stadium rozkładu. Wszyscy razem wzięci nie jesteśmy tak chorzy jak on. Idź do niego.

 

FLORIAN

            Kiedy ja nie wiem, czy … No dobrze, księże wikary… Dobrze… Dobrze, już idę …

Wychodzi z trudem (nie ma przecież jednej nogi, staje obok POCZWARKI

            Jestem, tak jak ksiądz … jak ksiądz sobie życzył. Jeszcze raz chciałem powiedzieć, że bardzo się cieszę …

 

KSIĄDZ POCZWARKO wybucha

            Przestań gadać!

 

FLORIAN

            Przepraszam.

Poczwarko odwraca się, wstaje, dotyka kikuta Floriana. Patrzy mu z bliska w twarz i wydaje się, że za chwilę wybuchnie płaczem. Odwraca się i bez sił siada powtórnie na kubiku.

 

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Nie przepraszaj. To ja przepraszam ciebie. Taki miałeś być ładny, nowiutki. Taki cały unijny, tabliczkę byśmy postawili, że parafia, projekt, i tak dalej. Nogę mieli ci doprawić, pomalować całego, dostawić ci ze dwóch kolegów, wsadzić do kapliczki na placu przed kościołem, jakiegoś papieża Polaka najlepiej jeszcze dać, bo to jest, prawda, pozycja obowiązkowa, bez tego się nie liczy. Może Medjugroje jakieś, dyskretnie, bo to nie wszędzie przechodzi jeszcze, ale też musi być w zasadzie. Grota, Maryja, nie wiem. Kwiatki, ptaszki, kurwa … zaczyna płakać, chowa twarz w dłoniach

Florian wykonuje gest, jakby chciał pogładzić POCZWARKĘ po włosach, ale wyczuwając niezręczność, zatrzymuje się. Wzdycha bezradnie.

 

FLORIAN

            Ja naprawdę nie wiem, co teraz powiedzieć…

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Nic nie mów, bo tu przecież w ogóle nie chodzi o ciebie. W ogóle!

 

FLORIAN

            Nie?

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            No jasne, że nie! Chodzi o mnie, od początku do końca tylko o mnie! Zawsze chodziło i zawsze będzie chodzić tylko o mnie, i to jest najgorsze! Rozumiesz?

 

FLORIAN

            Wydaje mi się, że tak. To musi być … to musi być bardzo obciążające psychicznie, księże wikary.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Pewnie.

W czasie tego monologu co jakiś czas odwraca się i obdarza Floriana pełnymi zrozumienia i aprobaty spojrzeniami.

            A wiesz, właściwie to może i mnie trochę rozumiesz. W końcu tyle czasu spędziłeś zamknięty na tej zakrystii, beznogi, beznadziejny, nie na miejscu, nikomu niepotrzebny… Oczywiście nie jesteś jedynym pozbawionym członków świątkiem w powiecie. Na Rusińskich cmentarzach mamy nadreprezentację: aniołki bez głów, Chrystusowie bez rąk i ramion, poutrącane Deesis … Ale oni przynajmniej są na wolnym powietrzu, trochę słońca, trochę deszczu, jakaś odmiana. A ty – faktycznie, może ty też czekałeś na ten projekt.

Projekt. Pięknie brzmi, po europejsku – czyli najlepiej.

Nie patrz tak na mnie, sam najlepiej pamiętam swoje kazania. Że Europy zachodniej już nie ma, że cywilizacja śmierci, że zapomnieli o Bogu, i tak dalej, i tak dalej … sztucznie, z namaszczeniem Tak, moi drodzy, cywilizacja śmierci … Niemcy – bogactwo materialne, lecz jakież wielkie ubóstwo duchowe! Gdzie nie ma Boga, moi kochani, bardzo szybko pojawiają się próby Jego zastępowania … Poprzez alkohol, narkotyki, chaotyczne życie osobiste …

Śmieje się

Nie, serio, kto by nie chciał do Europy. Mają podatek kościelny. Dziękuję, do widzenia, to dla mnie kończy temat. I w ogóle, tam jest jakoś … za każdym razem, kiedy tam wyjeżdżam, wydaje mi się, że nie jestem sam, tłum ludzi wokół mnie gęstnieje jakoś tak pogodnie, są kolorowi, uśmiechają się, nie mają celu w życiu, a przecież żyją. Nie wierzą w żadne Bożę Narodzenie, a przecież urządzają jarmarki bożonarodzeniowe, i świat się jeszcze nie zawalił. Chodzą i kupują hot – dogi i kawę z piernika, faceci się całują, emeryci jedzą wursty i piją piwo korzenne … Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tylu ludzi żyjących kompletnie bez sensu, celu i Boga, a mimo to szczęśliwszych, wcale nie w stanie zaawansowanej depresji, zadbanych, dobrze wyleczonych i odżywionych, prawie zawalił mi się świat. Powtarzano mi bez końca, że jeśli przestaniesz się modlić, umrzesz duchowo; że zaczniesz brać narkotyki, oddawać się przypadkowym pederastom z braku miłości, że będziesz mieć w sobie dziurę, i ona cię zabije, i … Setki świadectw, młodzi chrześcijańscy raperzy i piękne dziewczyny na stadionach, wszystkie opowiadające historię o pustym życiu, w którym nie było Jezusa, tylko seks, narkotyki i rozpacz, a potem Jezus się pojawia, rozpacz znika.

A tymczasem – co tu dużo mówić, u mnie … ze mną było i jest dokładnie na odwrót. Nigdzie nie czułem się tak dobrze i lekko jak pośród tamtych ludzi bez celu na berlińskich ulicach. Przyczaiłem się wśród nich i czekałem, aż zaatakuje mnie jakaś pustka w ich oczach, jakaś dziura i bezsens, no przecież to musiało przyjść – ale nie przychodziło, było mi tylko coraz weselej, coraz spokojniej, a emeryci nad Boden See uśmiechali się życzliwie i wsmarowywali w swoje starcze plecy kremy przeciwsłoneczne, i wcale nie byli przerażeni perspektywą śmierci. A kiedy widzieli koloratkę, nie budziło w nich to najwidoczniej żadnego niepokoju moralnego, żadnego poruszenia. Po prostu dalej się uśmiechali, kiwali głową na „guten morgen” i dalej żyli sobie spokojnie, od świtu do zmierzchu, i nic a nic nie przejmowali się tym, że powinni odczuwać głębokie pęknięcie i zasadniczą pustkę egzystencjalną.

Którą odczuwałem, nawiasem mówiąc, ja, i to tym intensywniej, im dłużej siedziałem tutaj, w Polsce. To ja jestem pusty, bez siły, i boję się śmierci.

 

FLORIAN

            Przepraszam, przepraszam … Nie wiem, co powiedzieć.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Nie mów.

 

FLORIAN

            A jednak chciałbym. Chciałbym jakoś domknąć … Nie wiem, zrobić cokolwiek …

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Ale co ty możesz zrobić?

            To ja mogłem coś zrobić. Mogłem zrobić projekt, to może niedużo, ale zawsze coś. Szybciej poszedłbym na proboszcza, uzbierałoby się parę lat doświadczenia, to może … do tych Niemiec … Żyłbym tam sobie spokojnie, serce by mnie nie bolało, nawet może nauczyłbym się uśmiechać tak jak oni, ci starzy Niemcy, jakby ciągle łagodnie zdziwieni, że ktoś może być tak zawodowo zbolały jak ja… Że ktoś może w ogóle zadawać sobie tyle trudu, i tak się starać, żeby koniecznie cierpieć. Oni odrzucają ten balast, i mają – cóż: w sposób oczywisty, przejrzysty i przeraźliwy mają rację.

            Ale ja jestem stąd, jestem księdzem katolickim, nie potrafię robić nic innego, i mogę już być tylko taki: praktykować za wszelką cenę cierpienie, wymyślać je, piętrzyć, wyczarowywać kolejne poziomy chodzenia po gwoździach. Chwytać zapleśniałe ręce moich parafian, tak samo wytrenowanych do odczuwania bólu życia, a jeśli nie odczuwania, to wymyślania go. I tak łapię ich za rękę, i prowadzę po tych gwoździach, i mówię: proszę zacisnąć żeby, to musi boleć … Ale bez tego, moi kochani, oooooo … bez tego odczuwamy brak sensu życia. Straszne jest życie bez Boga. Wtedy, moi kochani, przychodzi grzech, przychodzi szatan, przychodzą konflikty między nami. Wtedy człowiek staje się zagubiony…

Ja pierdolę … Jak ja bym chciał wyjechać na zachód, jak ja bym chciał…

Odwraca się do Floriana gwałtownie

            Wybacz mi, że tak stoisz bez tej nogi, ale to chyba właśnie jest bardzo chrześcijańskie. Po co mieć dwie nogi, jak można jedną? Po co żyć sobie spokojnie, jak można cierpieć?

Przepraszam. Naprawdę cię przepraszam.

            Wyciąga butelkę drogiego whisky, Florian podaje mu kieliszek z lodem. POCZWARKO nalewa sobie odrobinę whisky, wypija jednym haustem.

            Przepraszam cię, bo wiem, że cię zawiodłem, w jakimś sensie. Wszystkich zawodzę, a najbardziej siebie samego. Zawodzę siebie, bo zamiast po prostu żyć, najzwyczajniej w świecie oddychać i żyć, utrudniam to sobie i wszystkim dookoła. Taki mam zawód.

            Ciąży mi strasznie i dlatego też bardzo źle go wykonuję. Wszystko mi ciąży: te ponure sklepienia w kościele, i ten ażurowy dzwonek przy wyjściu z zakrystii, i krzywizna ścian w mojej sypialni mi ciąży, i śpiew „Witaj Królowo”, kiedy znów odprawiam pogrzeb. I pierwsze komunie mi ciążą, duszący zapach konwalijek, i adwenty mi ciążą, i wielkie posty, i święta, i wizyty po kolędzie, i zapach skoszonej trawy pod murem na plebanii, a najbardziej ciąży mi monstrancja, kiedy ją podnoszę po nabożeństwie czerwcowym.

            O tak, czerwce są najgorsze. Dni takie długie, długo trzeba myśleć o tym, jakby było, gdybym tak po prostu nie miał celu, bez którego nie można żyć. Jakby to było, gdybym sobie żył tak po prostu, gdybym wychodził z rękami w kieszeniach na jakąś ulicę niemieckiego albo austriackiego miasta, i tak sobie szedł donikąd, może żeby skonsumować coś … Konsumpcja to całkiem dobra treść życia. Pewna, przyzwoita, przejrzysta. Neurastenicy z natręctwami, dla których wydaje się zbyt mało wyrafinowana, wszyscy ci szaleni, psychodeliczni filozofowie – ich powinno się izolować od społeczeństwa, żeby sami się spalali w tych swoich bólach metafizycznych. Konsumpcja, to takie proste i wcale nie upokarzające! Szedłbym sobie kupić mięso albo warzywa, i nie dbałbym, jaki jest dzień tygodnia, i nie dbałbym o to, którzy z ludzi mijanych na ulicach mają sens i cel, a którzy nie … Nawet nie to, że cieszyłbym się ich szczęściem – jeśli zaczyna być to obowiązkiem, to do niczego, poczucie obowiązku potrafi wszystko zepsuć. Ja bym po prostu żył, kupował i sprzedawał, i uczył się tej oczywistej beztroski, tej lekkości …

            Ale nie, tu musi być ciężko. Ciężka monstrancja – ale nic, pomacham trochę, taka praca.

            Osuwa się na kolana, przypada do jedynej stopy Floriana, płacze. Florian wyraźnie przerażony.

            Pomacham tą monstrancją, po południu przyjeżdża ksiądz kanonik, jakieś wędlinki kupione, czas do wieczora szybciej zleci. Wieczorem poogląda się jakieś dupy, ale też bez przesady, żeby się jeszcze wyspać, żeby zostawić czas na wyrzuty sumienia, bo to, bo tamto, bo nie dość jestem zbolały z tego powodu, że nie odczuwam potrzeby sensu …

            Łka przez jakiś czas. Podnosi głowę, mówi do Floriana patrząc mu w oczy:

Przydałaby ci się ta druga noga, wiesz?

 

 

FLORIAN

            Nie, naprawdę nie trzeba! Ja świetnie się czuję bez nogi!

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Mówisz tak, bo musisz. Jasne. Ale wiedz, że naprawdę żałuję, że ci jej nie załatwiłem. Nie jestem jednak takim skończonym egoistą. Jak teraz patrzę na ciebie, to jest mi naprawdę żal.

 

FLORIAN

            Ale ja mówię zupełnie szczerze. Mi tej nogi nie trzeba. Mi niczego nie trzeba!

POCZWARKO wstaje.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Jak to?

 

FLORIAN

            Po prostu. Jestem teraz taki lekki. Miałem nogę – już jej nie mam, lżej mi. Staję się coraz lżejszy i lżejszy, i wiesz … Czuję, jakbym miał ulecieć, odlecieć. Naprawdę! To nie ma nic wspólnego z tobą. Tylko … tylko może tyle, że chciałbym, żebyś ty też mógł … żebyś też mógł czuć się lżejszy i lżejszy.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Dziwne rzeczy mówisz.

 

FLORIAN

            Mówię szczerze.

 

 

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Nie wydajesz się filozofować, wstępnie ci ufam, ale … Ale sam nie wiem, co o tym sądzić.

 

FLORIAN

            Po prostu spróbuj.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Spróbować – co?

 

FLORIAN

            Kiedy następnym razem będzie ci najciężej i poczujesz, że coś tracisz, pomyśl: straciłem kolejny dzień w Berlinie albo w Wiedniu, straciłem beztroski uśmiech staruszków, którzy nie rozumieją cierpienia, bo nie muszą go rozumieć … Straciłem dzień, w którym nie bałbym się śmierci … Tyle straciłem, więc jestem o tyle lżejszy. Lżejszy, czyli bardziej swobodny. Lekki. Wolny.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            A jednak filozofia. Dziwna jakaś, pokrętna. Filozofia wolności.

 

FLORIAN

            A  ja ci mówię: spróbuj! W jakiś czerwcowy, długi i ciężki dzień.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Nie mam nic do stracenia. Nie mogę już na ciebie patrzeć, kiedy tak tkwisz przede mną bez tej nogi. Wybacz jeszcze raz. Idę, zabieram się stąd. Ktoś umarł, muszę odprawić pogrzeb. Znów będę mieć nadzieję, że nikt nie zauważy pod tą pogrzebową, obszerną kapą, jak się cały trzęsę. Z obrzydzenia i ze strachu. Wybacz. Idę, beze mnie nie zaczną.

 

 

FLORIAN

            Ja cię proszę – spróbuj!

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Dobrze już, dobrze!

Odchodzi. N’to, Trauma.

 

Scena V

KSIĄDZ POCZWARKO, FRASOBLIWY. Siedzą na krzesłach w ciemnym pomieszczeniu, jakby w celi albo zamkniętym pokoju. POCZWARKO w najodleglejszym narożniku, tyłem do widowni, FRASOBLIWY w przeciwległym, obrócony przodem.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            A to ciekawe, że czasem się tu zjawiasz. Wiesz przecież, że ciebie tu wcale nie ma.

 

FRASOBLIWY

            Wiem.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            No więc, skoro cię tu nie ma, to – korzystając z okazji – mogę mieć do ciebie pytanie?

 

FRASOBLIWY

            Oczywiście.

 

Mija kilka długich chwil ciszy.

 

FRASOBLIWY

            O co miałeś pytać?

KSIĄDZ POCZWARKO

            Zapomniałem. Przepraszam.

 

FRASOBLIWY

            Nie przepraszaj. W tym miejscu należy zapominać. To właśnie takie miejsce.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Najgłupsze rzeczy właśnie zawsze pamiętam.

Parska śmiechem.

            Zapamiętuję najbardziej żenujące sprawy. To chyba normalne.

 

FRASOBLIWY

            Skoro mnie nie ma, ty jesteś … to i ja o coś zapytam, dobrze?

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Wolałbym nie.

 

FRASOBLIWY

            Poczekam ile trzeba.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Na mnie raczej nie czekaj. Patrz, nawet brewiarza tu nie wziąłem. Na telefonie siedzę. Oglądam pensjonaty w Niemczech. Pojechałbym na urlop.

 

FRASOBLIWY

            I co byś tam robił?

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Nic.

            O to właśnie chodzi – nic szczególnego. Nie to, co tu: „dziś moi drodzy, mamy szczególny dzień”; „w sposób szczególny przeżywamy”; „pochylamy się dziś szczególnie nad”… Dość mam już tej szczególności. Nie robiłbym tam nic.

            Słońce świeciłoby łagodnie, a ja bym topniał, topniał w tym słońcu powoli i niedostrzegalnie; szedłbym sobie niezauważony ulicą, nieobciążony sensem, tą ciężką, lepką materią, która nie pozwala mi tutaj na jeden niepotrzebny, swobodny ruch. Celowość, sensowność, harmonia – muszę mówić o nich tym biednym ludziom ciągle i ciągle, tak jakby nie dosyć mieli swoich zmartwień.

            Przecież tu nic się nie układa. A ja muszę twierdzić, że jest gdzieś w niebiosach nad nami taka świetlista siatka, pajęczyna sensów, co prawda niewidoczna z ziemi, ale obecna tutaj dzięki tysiącu i jednej zasad, których to ja jestem emisariuszem. Popatrzcie, kochani, jaki piękny świat Pan Bóg stworzył – (zniżając głos) wcale nie  jest piękny i oni akurat to wiedzą; jak zwykle na durnia wychodzę ja – i w podzięce za ten piękny świat, i żeby był jeszcze piękniejszy, spróbujcie żyć nie tak, jak wam wygodnie, tylko tak, jak wam niewygodnie, bo inaczej będziecie nieszczęśliwi. To znaczy, będziecie szczęśliwi, ale tak naprawdę to nie, tylko wam się tak zdaje; chodźcie, dzieciątka, ja już wam wytłumaczę, dlaczego ma wam być źle. I wytłumaczę wam, dlaczego jak wam jest źle, to dobrze, a jak wam jest dobrze – to źle!

 

FRASOBLIWY

            No i co tam – w Niemczech?

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Fajny nocleg w Berlinie znalazłem. Na coach surfingu, musiałbym incognito pojechać. Po cywilu. Właściwie tego bym najbardziej chciał.

            O, już pamiętam, o co chciałem cię zapytać!

 

FRASOBLIWY

            Pytaj.

Zza sceny rozlegają się kroki i sapanie.

 

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Cholera, poczekaj. Przyszedł ktoś.

 

GŁOS ZZA SCENY niewyraźnie

            Pochwalony. Pięć lat temu byłem.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Czy mógłby pan wyraźniej? Kiedy, kiedy?

 

GŁOS ZZA SCENY

            Pięć lat.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Czemu tak dawno?

 

GŁOS ZZA SCENY

            A, bo to … okazji jakoś … nie było okazji jakoś …

 

KSIĄDZ POCZWARKO namaszczonym, angelicznym głosem

            Szatan zastawia na nas takie pułapki. Podpowiada nam, że nie ma okazji. Że każda okazja jest dobra, żeby unikać sakramentów, żeby unikać Pana Boga. A przecież On chce naszego szczęścia. On chce nas uszczęśliwić, bo my sami nie potrafimy być szczęśliwi. Szukamy dróg ucieczki gdzieś daleko, a Pan Bóg tu na nas czeka. Ze swoja miłością, przebaczeniem. Ale trzeba dokonać tego wysiłku i przyjść. Nie od święta, nie tylko przed ślubem czy chrztem. Stale należy korzystać z sakramentu.

 

Wymowna cisza

 

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Proszę mówić dalej. Teraz grzechy.

 

GŁOS ZZA SCENY

            Nie chodziło się do kościoła przez ten czas. Gwoździe sąsiadowi ukradłem. Na kobitę … czasami rękę się podniesie. Z drugą, nie żoną moją, poszedłem raz … wie ksiądz …

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Proszę mówić niewyraźnie!

 

GŁOS ZZA SCENY

            Wypiło się, to z sąsiadem gazetki pornograficzne oglądaliśmy …

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Na Boga, nie tak wyraźnie! Proszę mówić niewyraźnie!

Głos zza sceny mamrocze niezrozumiale. KSIĄDZ POCZWARKO potwierdza co chwilę „mhm”.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Namaszczonym tonem Tak to właśnie jest, kiedy próbujemy żyć bez Pana Boga. Pojawiają się od razu zwątpienia, zniewolenia, smutek, nieszczęście, konflikty w rodzinie… To jest prosta droga do nieszczęścia. Śmierć w grzechu oznacza wieczne nieszczęście, nazywamy je piekłem. Jest straszne, ponieważ nie ma tam Boga.

            Żałuj za grzechy.

            Zmieniając ton na zwykły I nie zapomnij popełnić ich znowu, żebyś miał z czym do mnie przyjść następnym razem. Może za kolejne pięć lat, chociaż mam szczerą nadzieję, że już mnie tu wtedy nie będzie.

            O! Tanie pokoje nad Boden See. Właśnie, właśnie …. Ale bym pojechał …

            No, i tak to się kręci …. Tylko oducz się, na rany, mówić tak wyraźnie, bo ja wcale nie chcę tego słuchać …

            Podniosłym tonem Nie nie, proszę jeszcze nie odchodzić, nie skończyłem!

 

GŁOS ZZA SCENY

            Czyli ja rozgrzeszenia nie dostał jeszcze? Bo wie ksiądz, córki ślub, taka okazja …

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            podniośle Żałuj za grzechy.

do siebie, szepcząc Nie mogę, nie mogę … nie mogę nic powiedzieć … Nie mam już siły. Jestem zmęczony, sobą zmęczony … Nie mam siły, człowieku.

 

FRASOBLIWY

            głośnym szeptem Ego te absolvo.

            Wysławiajmy Pana, bo jest dobry.

Słychać szuranie oddalających się kroków.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Nie mogę już tego słuchać. Nie mogę.

 

FRASOBLIWY

            Nie musisz. Ten człowiek nie do ciebie przyszedł.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            O,  a to coś nowego…

 

FRASOBLIWY

            On do mnie przyszedł.

 

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Wątpię bardzo. śmiejąc się Przyszedł, co córka ślub bierze. Cała tajemnica. Przyszedł do szamana.

 

FRASOBLIWY

            I z okazji ślubu córki przyznał się do kradzieży, zdrady i przemocy.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Właśnie tego nie chciałem słyszeć. Mógł być dyskretniejszy.

 

FRASOBLIWY

            Kiepski z ciebie szaman.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Kiepski, fakt.

 

            O, pamiętam już, o co chciałem zapytać.

 

FRASOBLIWY

            Pytaj.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Bo widzisz, ja mam tego wszystkiego dosyć. Wiesz o tym dobrze.

 

FRASOBLIWY

            Wiem.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Wiesz, jak bardzo ja tego wszystkiego nienawidzę.

 

FRASOBLIWY

            Wiem.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            O Boże, powiedziałem to na głos. Boże. Więc jeszcze raz, żeby nie było wątpliwości: nienawidzę, jasne?

 

FRASOBLIWY

            Słyszałem.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            drżącym głosem I co o tym myślisz?

Co?

 

zaniepokojony  Co? Odpowiadaj!

 

FRASOBLIWY

            Posłuchaj: wyjedziesz do Niemiec. Będziesz tam mieszkać. Będziesz robić to wszystko, na co masz ochotę. Będziesz bardzo nieszczęśliwy. Nie potrafisz być szczęśliwy, ani tutaj, ani tam.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Czyli jednak jesteś tak mściwy, jak mówi Księga. Ta starsza. Wiedziałem. Żydzi. Żydowski, mściwy Bóg.

 

 

FRASOBLIWY

            To nie zemsta. To nie ma nic wspólnego z tobą, z tym wszystkim. Tak po prostu będzie. Słońce będzie świeciło, czasem spadnie deszcz, w zimie śnieg, a ty będziesz nieszczęśliwy. To nie jest kara. To nic osobistego.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Powiedz mi w takim razie coś osobistego.

 

FRASOBLIWY

            Ego te absolvo.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Z jakiej racji? Przecież o to nie prosiłem. Ja po prostu chciałem być szczęśliwy, o nic innego nie proszę.

 

FRASOBLIWY

            Z jakiej racji? Ponieważ cię kocham.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Dobrze, że cię tam nie ma, bo musiałbym ci powiedzieć, że jest mi bardzo przykro, ale … ale jakoś mnie to nie raduje, nie cieszy i właściwie nie jest do niczego potrzebne. Krzyczy Ja po prostu chciałbym być szczęśliwy!

 

FRASOBLIWY

            Dobrze, że mnie tu nie ma, bo musiałbym znowu umrzeć. Bo tak cię kocham. I wszystko ci wybaczam.

KSIĄDZ POCZWARKO

            Naprawdę cię przepraszam, bo nie chciałbym niczyjej krzywdy. Ale, jak to mówią młodzi za oceanem: couldn’t care less. Nie mogłoby zwisać mi bardziej. Tylko nie bierz tego, proszę, do siebie. Jeśli już musisz coś zapamiętać z tej żenującej rozmowy, pamiętaj proszę …

FRASOBLIWY wchodzi mu w słowo

            Tak, tak, mam zapamiętać, że bardzo chcesz być szczęśliwy.

            Pamiętam.

KSIĄDZ POCZWARKO

            Świetnie, przynajmniej to mamy załatwione.

Zbliżające się kroki zza ściany

            A teraz, jeśli pozwolisz, muszę się zająć kolejnym … penitentem … w Twoim, notabene, imieniu.

N’to, Trauma.

 

Scena IV

Chorzy zamknięci w ogrodzeniu, uczestnicy procesji: KSIĄDZ POCZWARKO, czterej ministranci z baldachimem rozpiętym nad nim i dwóch podtrzymujących jego ręce, ministranci są ubrani w komeżki. Za nimi ANKA, MIETEK, WÓJT, na końcu ROZALIA w pochodzie procesyjnym, jak na Boże Ciało. Wszyscy świeccy oprócz ROZALII mają na szyi koszyczki, jak dziewczynki sypiące kwiaty.

            W tej scenie, recytując i śpiewając, kilkukrotnie obejdą ogrodzenie. POCZWARKO trzyma dłonie ułożone tak, jakby niósł w nich monstrancję, ale są w sposób wyraźny puste. Podczas procesji świeccy od czasu do czasu rozrzucają przedmioty ze swoich koszyków niczym płatki kwiatów. ANKA ma sztuczne i nieco przybrudzone kwiaty z wieńców oraz prezerwatywy noszące śladu zużycia, MIETEK – puste butelki, a WÓJT złote zegarki i banknoty. ROZALIA zamyka pochód, trzymając w wysoko wyciągniętych dłoniach zapalony znicz.

            Światło w tej scenie jest skąpe i punktowe.

KSIĄDZ POCZWARKO  śpiewnie recytuje na tonie brewiarzowym

            Manibus meis inanis. Magnum pondus sentio set manibus meis inanis.

            Habeo nihil, credo nihil, manibus meis inanis.

ŚWIECCY odpowiadając

            Supponam igitur non optimum Deum, fontem veritatis, sed genium aliquem malignum, eundemque summe potentem & callidum, omnem suam industriam in eo posuisse, ut me falleret: putabo coelum, aërem, terram, colores, figuras, sonos, cunctaque externa nihil aliud esse quàm ludificationes somniorum, quibus insidias credulitati meae tetendit: considerabo  meipsum tanquam manus non habentem, non oculos, non carnem, non sanguinem, non aliquem sensum, sed haec omnia me habere falsò opinantem

KSIĄDZ POCZWARKO 

            Manibus meis inanis. Magnum pondus sentio set manibus meis inanis.

            Habeo nihil, credo nihil, manibus meis inanis.

 

ŚWIECCY

               Dieu est ou il n’est pas. Mais de quel côté pencherons-nous ? La raison n’y peut rien déterminer; il y a un chaos infini qui nous sépare. Il se joue un jeu, à l’extrémité de cette distance infinie, où il arrivera croix ou pile. Que gagnez-vous ? Par raison, vous ne pouvez faire ni l’un ni l’autre; par raison vous ne pouvez défendre nul des deux. ne blâmez donc pas de fausseté ceux qui ont pris un choix; car vous n’en savez rien. Je suis Blaise Pascal! Je suis Blaise Pascal, mais je ne peux pas t'aider du tout, c'est sans espoir.

 

KSIĄDZ POCZWARKO 

            Manibus meis inanis. Magnum pondus sentio set manibus meis inanis.

            Habeo nihil, credo nihil, manibus meis inanis.

 

ŚWIECCY

            There is no God. No one created the universe and no one directs our fate. I’M Stephen Hawking, and I’m just helping you to understand this simplest truth, the simplest and thus most reasonable experience.

 

KSIĄDZ POCZWARKO 

            Manibus meis inanis. Magnum pondus sentio set manibus meis inanis.

            Habeo nihil, credo nihil, manibus meis inanis.

Podczas ostatniego okrążenia wszyscy recytują cicho kwestię POCZWARKI („Manibus meis” … etc…)z wyjątkiem Rozalii, która śpiewa głośno jedną ze zwrotek „U drzwi Twoich”, tę mianowicie: „Święty mocny nieśmiertelny, święty mocny nieśmiertelny, w majestacie swym niezmierny, w majestacie swym niezmierny”.

            Procesja znika za sceną. Cisza.

Akt III

Scena I

Scena jest ciemna, światła wygaszone, widać tylko osoby występujące w scenie. ANKA, ROZALIA, MIETEK i KSIĄDZ POCZWARKO stoją obok siebie w pewnych odstępach. Część z nich może siedzieć na kubikach. W czasie recytowania kwestii tej sceny można dowolnie zmieniać osoby, tzn. nie jest istotne, kto wypowiada daną kwestię; istotne jest tylko, żeby każdy zabrał głos. Recytują beznamiętnie, nie posługując się swoją zwykłą ekspresją.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

Bóg i Diabeł są różni przez pełnię i pustkę, płodzenie i psucie. Obu wspólna jest Czynność. Czynność ich łączy. Dlatego Czynność stoi ponad nimi i jest ona Bóg nad Boga, ona to bowiem jednoczy Pełnię i Pustkę w ich działaniu.

 

ROZALIA

Ten jest Bóg, o którym nie wiedzieliście, albowiem Ludzie go zapomnieli. Nazywamy go jego imieniem Abraxas. On jest jeszcze bardziej nieokreślony niż Bóg i Diabeł. Żeby od niego odróżnić Boga, nazywamy Boga helios, czyli Słońce.

 

ANKA

            Abraxas to urzeczywistnianie, jemu nic się nie przeciwstawia, jedynie to, co nierzeczywiste, dlatego jego działająca natura rozwija się swobodnie. To, co nierzeczywiste, nie istnieje i nie przeciwstawia się. Abraxas stoi ponad Słońcem i ponad Diabłem. Jest nieprawdopodobnie prawdopodobny i nierzeczywiście urzeczywistniający.  Gdyby Pleroma miała istotę,  to Abraxas byłby jej uwydatnieniem.

 

MIETEK

Wprawdzie jest on samym urzeczywistnianiem, ale nie jakimś określonym urzeczywistnieniem, lecz urzeczywistnianiem w ogóle. Jest on nierzeczywiście urzeczywistniający, ponieważ jego urzeczywist­nianie jest nieokreślone. Jest on też Stworzeniem, ponieważ jest odróżniony od Pleromy.

WÓJT

            Słońce ma określoną czynność, tak samo i Diabeł, stąd ukazują się nam w sposób bardziej czynny niż niewyrażalny Abraxas. On jest Mocą, Trwaniem, Zmianą.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

            Tu zmarli podnieśli okropną wrzawę, ile że byli to chrześcijanie.

Wszyscy okropnie krzyczą.

 

 

Scena II

Na scenę wychodzi URZĘDNIK ZAŚWIATÓW. Przez chwilę krąży pomiędzy zmarłymi, podchodzi bliżej, przygląda się im, niektórym zagląda w zęby, jakby szacował ich pośmiertną wartość. Zachowuje się jak rzeczoznawca podczas wyceny.

 

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW

Czego szukacie, chrześcijanie?

 

WSZYSCY (na melodię używaną do tej kwestii podczas śpiewania Męki Pańskiej podczas Triduum Paschalnego)

Jezusa Nazareńskiego.

 

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW uśmiecha się do siebie, wyraźnie rozbawiony

Nie ma Go tu.

Zwracając się do księdza Poczwarki: Wiedziałeś bardzo dobrze, że nie ma Go tu. Prawda.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

Ja nic nie wiedziałem…

 

 

 

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW

Wiedzcie to i rozumiejcie, drodzy chrześcijanie, że podczas gdy ten tutaj człowiek, funkcjonariusz waszego kultu, wiedział bardzo dobrze, że nie ma tu niczego, że urzeczywistnianie jest nieokreślone, że nie ma Boga ani diabła – o, wiedzcie to i rozumiejcie, że okłamywał was. Przyznaj się!

 

KSIĄDZ POCZWARKO pada na twarz, łka. Przez cały monolog Urzędnika słychać jego przerywane łkanie:

Nic, nigdy nie wiedziałem – przysięgam!

 

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW

Wiedzcie to i rozumiejcie, drodzy chrześcijanie, że czynił tak nie dla waszego dobra i pocieszenia, i nie dla utrzymania porządku społecznego. Wasz kult to nie piękna iluzja, która okazała się – miał nieszczęście okazać się – nieprawdą.

Całe to kłamstwo, cały wasz kult zbudował wam wasze prywatne metafizyki. Wierząc lub nie, podążając za jego wskazaniami lub wcale, jesteście utkani z jego przędzy. Poza ramami, które wyznacza wasza kosmologia, nie ma nic innego aniżeli nieistnienie, i to nieistnienie w bólu nieskończonym, w żalu za pięknym fałszem.

Pytacie, jak można nie istnieć a boleć?

O, nie takie rzeczy przygotowała wam wasza fałszywa religia! Wszystko, całe wasze życie, dzięki temu człowiekowi i tysiącom takich jak on, prowadziło was do tego momentu.

A jest to moment odarcia. A jest to moment nicości. A ponieważ nicość jest wieczna, to dopiero początek. Ból zaczyna się, ale się nie kończy.

Wiedziałeś o tym, że nie ma niczego?

 

KSIĄDZ POCZWARKO

Wiedziałem! Tak, dawno wiedziałem!

 

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW

I nic o tym nie powiedziałeś.

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW kuca nad Poczwarką i mówi intymnym szeptem, bezpośrednio do niego. W tym czasie reszta osób tworzy wokół nich krąg, najpierw luźny, ale po każdych kilku słowach zacieśnia się on wokół Poczwarki. Widoczne napięcie i gniew

Od lat żyjesz świadomością, że istnieje tylko bolesna nicość.

Nicość jest zarazem wielością, jest nieskończonością, jest takością i nieokreślonością.

A zatem – gdybyś nie uposażał swoich wiernych w ich metafizykę, sącząc w nich codziennie potencjał pośmiertnego bólu, ich nowa nicość byłaby łagodną, bezbolesną wodą oceaniczną.

Ale ty – tyś wolał zbudować ich na kłamstwie, tyś wolał obiecać im raj, w który sam nie wierzyłeś. Tyś im obiecał słodycz kary sprawiedliwej, i ulgę nagrody, i Boga podobnego do nich.

I ty, ty, co nie wierzysz w nic, popłyniesz dalej bezboleśnie przez swą nicość, a oni zostaną tutaj z wieczną solą w ranach.

Wstaje i wychodzi z kręgu, staje z boku.

 

ROZALIA

Czy to prawda?

 

KSIĄDZ POCZWARKO

To prawda.

 

MIETEK

Dlaczego?

 

KSIĄDZ POCZWARKO

Nie wierzyłem w śmierć. Nie wierzyłem, że jest prawdziwa.

 

ANKA

Przecież widziałeś śmierć. Chowałeś moją babkę i prababkę.

WÓJT

Po dwa pogrzeby dziennie. Wszyscy umierali u nas na wsi. Codziennie widziałeś trupy.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

Byłem ślepy.

 

ROZALIA

Jak tyś to wszystko mógł robić codziennie bez wiary? Jakie to było życie?

 

KSIĄDZ POCZWARKO

Zwykłe, zwyczajne! Przecież wy też … i wy, przyznajcie, wszystkiego słuchaliście bez przekonania, nie wierzyliście w ani jedno moje słowo! Na tym polega życie właśnie, na tym polega dojrzewanie: kiedy jesteś dzieckiem, mówisz i myślisz jak dziecko, potem dorastasz, i robisz to, co do ciebie należy, a twoje słowa są jak śliskie węże – niosą cię przez życie, ciągle naprzód, sprawnie i przy ziemi, a twoje uczynki – jak listy polecone bez adresata, ale one muszą krążyć, poczta musi działać, poczmistrze muszą z czegoś żyć! Żywić się kłamstwem sensu.

 

MIETEK

Poczmistrze. Nie znałem poczmistrzów. Znałem twoją mowę. Prostą, ale kłamliwą. Wierzyłem ci.

 

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW profesjonalnym tonem

Dlatego zawsze będziesz cierpiał niewypowiedzianie.

 

ANKA

Dlaczego nas oszukiwałeś?

 

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW

Odpowiedź na to pytanie jest zupełnie bez znaczenia. Jak powiedziałem, czeka was teraz wieczność wypełniona bólem, bo ziarnko piasku, które trafiło w nieodpowiednie miejsce w ciele perłopława nie przemienia się w perłę, tylko uwiera go i powoduje niewysłowione cierpienie.

Śpiewa  Słuchaj, szlachetny synu, nie mam dla ciebie żadnych prawd

żadnych przykazań, żadnych pouczeń,

skończyły się prawdy istnienia i wyczerpały prawa logiki

jedno jest prawo, wiecznego trwania

tego, co w nas zasiano

po chwili Mógłbym wyśpiewać wam wszystko, co mówię, żeby nadać temu ton obrzędu, ale to była tylko taka zabawa. Nie ma żadnego powodu, żeby uważać teraz cokolwiek za wiążące, posiadające sens czy religijne w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu.

Mogę oczywiście udawać, że jestem Cerberem, Ozyrysem albo świętym Piotrem, ale w rzeczywistości jestem tylko urzędnikiem, urzędnikiem zaświatów. Nie mam dla was żadnych szlachetnych prawd, nie jesteście też żadnymi szlachetnymi synami, jesteście skurwysynami.

A ja, ja jestem największym skurwysynem, Urzędnikiem Zaświatów.

Wracając jednak do naszego głównego tematu, z powodu którego wszyscy się tutaj, umarłszy uprzednio, zebraliście (parska tłumionym śmiechem, ale się opanowuje) – zanim niewierzący kapłan waszego obrządku poszybuje w swoją bezbolesną, nieczuła nicość, wy zaś – w nicość bolesną i pełną nieugaszonego pragnienia, macie szansę zrobić jeszcze jedną rzecz.

Możecie go teraz oskórować, wydłubać oczy, oberwać uszy, złamać kark …

Przez chwilę poczuje ból. ciszej Potem nie będzie go już nic bolało, nie … Ale przez tę jedną, jedyną na początku wieczności chwilę dozwala się, to jest, pozwalam wam na czyn będący namiastką sprawiedliwości. Proszę, szlachetni synowie, okażcie swój gniew.

           

MIETEK, ROZALIA i ANKA zbliżają się do Poczwarki i klękają nad nim. Każdy wyciąga przytroczony do pasa bardzo błyszczący nóż. Gra Trauma N’To, dramatyczny moment, gasną światła.

 

Scena III

WÓJT, MIETEK, ROZALIA i ANKA w dalszym ciągu klęczą nad Poczwarką, trzymając wzniesione do góry noże. Dyszą, początkowo „dyszą nienawistnie”, ale dość szybko dyszenie nienawistne przechodzi w dyszenie ze zmęczenia. Napięcie spada. Jako pierwszy swój nóż opuszcza WÓJT, potem w ślad za nim idą ANKA, MIETEK i ROZALIA (żadne z nich wszelako nie czyni Poczwarce krzywdy). URZĘDNIK ZAŚWIATÓW stoi na stronie.

MIETEK wstając, z twarzą zwróconą do publiczności, stojąc dość sztywno, recytuje

            O, szlachetni synowie, w tym miejscu ciemnym i ostatecznym, dane mi było dostąpić poznania. Jestem co prawda pozbawiony ciała, zanurzony całym swoim atmanem w nieokreśloności, dano mi jednak ujrzeć tajemnice mojej krwi.

            Ja, Mieczysław Kos, lat pięćdziesiąt, a wcześniej jeszcze czterdzieści, trzydzieści i dwadzieścia, zawsze tak samo nieużyteczny, głupi, stanowiący ciężar społeczny – ja, znam dzisiaj swoją przeszłość, dotąd dla mnie zakrytą, z powodu ślepoty i ignorancji. A przeszłość ta to nie jest do końca przeszłość moja – jest w niej mój atman, moja ścieżka przez krąg samsary – ale też i nie moja, bo poznana  poprzez pamięć krwi – krwi mojej, która była krwią moich praszczurów.

śpiewa  O szlachetni synowie,

kredyt umarł, powiadam, kryzys żyje

kto nie płaci zaiste nie pije

więc ja, Mieczysław Kos, lat pięćdziesiąt

chwytałem się pokątnych sposobów

by jednak wypić

Tak, a było to głównie żebractwo, szantaż, pochlebstwo, niekiedy groźby karalne. Takich jak ja zawsze na wsi sporo, ale i tak – wstyd.

I kto by pomyślał, że ja, Mieczysław Kos, byłem stryjecznym wnukiem dziadzi Ludwika? Ja, zakała wsi, miałem w sobie krew Ludwika von Strottera, żołnierza w służbie cesarskiej.

            Był sierpień 1914 roku, i piechota rosyjska parła na zachód, i stary świat bronił się jeszcze ze swoim walcem wiedeńskim, koleją żelazną i podróżami zagranicznymi, ale już widać było, że na zakręcie czai się świat bez tańca, bez spokojnego stukotu szyn i z najeżonymi granicami. Ludwik von Strotter, który w domu zostawił bardzo cenną kolekcję porcelany, a na front zabrał nienaganną dykcję i skłonność do opowiadania staroświatowych anegdotek. I wciąż jeszcze wierzył, że może to wszystko uratować – anegdotki, długie i świetliste popołudnia w salonie, kiedy się je opowiada, dykcję i jej ćwiczenia, porcelanę i hebanowe meble.

            I postawiono go w nocy na warcie, na niewielkim wzgórku, skąd można było się spodziewać widoku mrówczej armii Moskali – wielkiego tarana, który uderzał w porcelanowe wrota Europy, ale jeszcze do tamtego sierpniowego wieczoru nie zdołał ich skruszyć.

            Dziadza von Strotter myślał więc o swojej porcelanie, o cesarzu i górskich sanatoriach, do których miał nadzieję wrócić niebawem. I kiedy tak stał i wypatrywał oczy, aby ujrzeć hordy, przed którymi bronić trzeba serwisu do herbaty, tronu cesarskiego i walca, spłynął na niego sen, i śnił mu się dobrotliwie uśmiechnięty stary cesarz.

            I stało się, że nadciągnęli Moskale, a śpiący dziadzia Ludwik nie wykonał umówionego znaku i nie ostrzegł swoich towarzyszy przed bliskością wroga.

            Na wzgórku, na którym go postawiono, była kamienna kolumna, na kolumnie świątek – Frasobliwy, a nad nim – krzyż. Miał dziadzia von Strotter przekręcić ten krzyż na szczycie, co dla jego towarzyszy odpoczywających w pobliskiej leśniczówce będzie znakiem, że czas szykować oddziały.

            Ale von Strotter spał i uśmiechał się przez sen, krzyża nie przekręcił, i takiego uśmiechniętego przebili go Moskale, a potem – cztery tysiące Austro – Węgrów, zaskoczonych we śnie, posiekanych jak mięso.

siada

I czy dla takich, jak dziadzia von Strotter, istnieje przebaczenie?

Uwierzcie mi, niejedną noc przeleżałem pijany w okolicy krzyżyka. Dobre to było miejsce do picia – cieniście, zaciszno … ziemia pełna trupów pode mną, jak i ja sam byłem trupem za życia. I nieraz widziałem, jak ciężki żeliwny krzyż sam się obraca, bez niczyjej pomocy, w letnie upalne noce. Myślałem, że to zwid pijany, ale to był udręczony von Strotter, jego dusza, której nie wybaczono, a on i ja to jedno.

 

ANKA

Czemu nam to teraz opowiadasz?

 

MIETEK wstaje, wskazuje na Poczwarkę

Spójrz na niego. Oto człowiek obciążony winą.

 

ANKA

Przed chwilą chcieliśmy go za to ukarać.

 

MIETEK

A tego jednego właśnie nam zrobić nie wolno.

 

ROZALIA

Myślę … Myślę, albo mój atman myśli, albo sobie coś z dawna, niejasno przypominam … Ten czarny jegomość rozprawiał dużo i niezrozumiale, określoność – nieokreśloność, Abraksas – Śmaksas, i tylko ciągle powtarzał, że nic nie ma a nie ma.

A mi się wydaje, że jednak jest, i możemy to teraz zrobić. Urzeczywistnianie – jego własne słowa! Tylko co – nie mogę sobie przypomnieć? odkłada nóż. To samo robi Anka.

WÓJT

Ja wiem. Możemy go zostawić w spokoju.

 

MIETEK

Możemy sprawić, aby zostało przebaczone dziadzi von Strotterowi, i żeby zostało wybaczone mnie, i jemu, i nam wszystkim.

I gdybyśmy nawet odradzali się po siedem, a potem siedemdziesiąt i siedem razy, i tyleż razy umierali, trafiając do innych zaświatów i penetrując inne przestworza, zawsze należałoby uniknąć zemsty.

 

KSIĄDZ POCZWARKO

Boże mój, Boże …

 

MIETEK

Kim jest Bóg..?

 

KSIĄDZ POCZWARKO

Źle was uczyłem, ale prawdy uczyłem! Prawdy uczyłem, sam w nią nie wierząc.

MIETEK

I niech ci za to będą dzięki.

URZĘDNIK ZAŚWIATÓW w dalszym ciągu stoi z boku; widać go dzięki padającemu światłu

Jestem wami rozczarowany. Nie moja to co prawda sprawa, jakie osady błędnych założeń pozostaną w waszych żałosnych głowach nawet po śmierci, nawet po tym, jak w pocie czoła i w słowach lepszych niż zasługujecie, wyłożyłem wam, co i jak. Nie moja to sprawa, ale i tak jestem wami lekko rozczarowany, chociaż „zażenowany” to może lepsze słowo. Tak, żenujecie mnie, i chcę, żebyście o tym wiedzieli, choć nie ma to absolutnie żadnego znaczenia dla was, istot, które czeka wieczność wypełniona niewyobrażalnym bezsensem.

 Jak sobie jednak życzycie.

Ale tkwić w błędach nawet po śmierci – czegoś podobnego dawno nie widziałem.  Powtórzę, chociaż  szkoda słów – żadni z was szlachetni synowie, jesteście zwykłe skurwysyny i sucze córki, wy, ludzie … Szkoda słów, szkoda.

            Tymczasem pojawia się Frasobliwy, bardzo powoli podchodzi do Urzędnika. Kiedy ten go widzi, rzuca się na ziemię i panicznie pełza na brzuchu na drugą stronę sceny, gdzie znika za kulisami. Wszystkie inne światła oprócz tego, które nakierowane jest na Frasobliwego, gasną. A k t o r   g r a j ą c y   F r a s o b l i w e g o  wygłosi tymczasem ostatnią kwestię, bardzo powoli, robiąc długie przerwy, jakby ustawicznie się namyślając.

 

FRASOBLIWY

Miej­cie zro­zu­mie­nie dla lu­dzi sła­bej wia­ry.

Ja też jed­ne­go dnia wie­rzę, dru­gie­go nie wie­rzę.

Ale jest mi do­brze w mo­dlą­cym się tłu­mie.
Po­nie­waż oni wie­rzą, po­ma­ga­ją mi wie­rzyć
w ich wła­sne ist­nie­nie, istot nie­po­ję­tych.

Pa­mię­tam, że zo­sta­li stwo­rze­ni nie­wie­le niż­szy­mi od
nie­bie­skich mocy.
Pod swo­ją brzy­do­tą, pięt­nem ich prak­tycz­no­ści, są
czy­ści, w ich gar­dłach, kie­dy śpie­wa­ją, pul­su­je tęt­no
za­chwy­tu.

Na­tu­ral­nie, je­stem scep­tycz­ny, ale ra­zem
śpie­wam, po­ko­nu­jąc w ten spo­sób prze­ci­wień­stwo
po­mię­dzy pry­wat­ną re­li­gią i re­li­gią ob­rzę­du.

KONIEC

     

Kategoria: Agnieszka Sztajer, Kultura, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: