Jakże ta debata była potrzebna. I to nie dlatego, że zakończyła spór. Nie zakończyła. Pokazała za to rzecz, którą zwykle przykrywa się wygodnym hasłem: „status kanoniczny”.

To hasło ma jedną zaletę: porządkuje sprawę na papierze. Jest mandat albo go nie ma. Jest regularność albo nieregularność. Jest rubryka, pieczątka, decyzja, komunikat z dykasterii. I już można udawać, że problem wiary został rozwiązany.Tylko że Kościół nie jest segregatorem.

Tu nie chodzi tylko o papier. Chodzi o rzecz dużo poważniejszą: czy kościelny porządek ma służyć wierze, czy wystarczy, że działa sam dla siebie – z pieczątką i urzędowym spokojem.

Red. Paweł Chmielewski bronił widzialnej jedności Kościoła, władzy papieskiej i normalnego porządku hierarchicznego. A tego nie należy lekceważyć. Kościół nie jest federacją kaplic, w której każdy wybiera sobie Rzym według własnego uznania. Nie ma katolickiej Tradycji przeciw Piotrowi jako zasadzie Kościoła. Katolik nie może powiedzieć: „papież mi nie odpowiada, więc sam ustalam granice posłuszeństwa”. To jest prawda. I musi wybrzmieć.

Ale red. Chmielewski w tej debacie zrobił z prawdziwej zasady argument tak ciężki, że chwilami zasłaniał nim rzecz pierwszą: stan wiary.

Najbardziej było to widać w przykładzie z Torkwatusem. Rzymski konsul kazał ukarać własnego syna za złamanie wojskowego rozkazu, mimo że syn odniósł zwycięstwo. Redaktor przywołał tę historię jako obraz porządku hierarchicznego. Tyle że Kościół nie jest legionem rzymskim. Papież nie jest konsulem. Posłuszeństwo nie jest ślepą dyscypliną, w której forma rozkazu stoi wyżej niż dobro wiary.

Katolickie posłuszeństwo jest cnotą. A cnota nie polega na wyłączeniu rozumu i sumienia. Władza w Kościele jest prawdziwa, realna i konieczna. Nie jest jednak absolutna. Została dana dla zbawienia dusz, a nie dla samego działania mechanizmu.

Tu argument red. Chmielewskiego skręcił w legalizm.

Podobnie było z obrazem pałacu, zarządcy i wytrycha. Red. Chmielewski zasugerował, że skoro papież jako zarządca domu zamyka drzwi, Bractwo nie powinno ich wyważać ani otwierać po swojemu. Słowa nośne do debaty. Słabe do poważnej analizy. Bo jeśli konsekracje bez mandatu papieskiego opisze się obrazem wyważanych drzwi i wytrycha, to sprawa zostaje rozstrzygnięta, zanim w ogóle zaczęto ją rozważać. Mamy zarządcę, mamy zamknięte drzwi, mamy kogoś, kto je otwiera wbrew niemu. Koniec rozmowy.

Tylko że Bractwo nie mówi: „papież nas nie obchodzi”. Mówi: „uznajemy papieża, ale stan Kościoła jest tak poważny, że dla zachowania kapłaństwa, sakramentów i doktryny trzeba działać w trybie nadzwyczajnym”.

Można to odrzucać. Można uznać, że stan konieczności nie zachodzi. Można ostrzegać przed skutkami takiego działania. Ale nie wolno udawać, że całą sprawę załatwia obrazek z wytrychem.

Ks. Szymon Bańka postawił akcent gdzie indziej. Bronił ciągłości wiary, liturgii i środków zbawienia w stanie kryzysu. I tu od razu trzeba przeciąć fałszywy zarzut: nie twierdził, że w zwykłych parafiach nie ma łaski, sakramentów ani możliwości zbawienia. Powiedział wyraźnie, że nie chodzi o żadną „strefę wolną od łaski”. Przyznał, że wierny chodzący na Novus Ordo może się spowiadać, żyć w stanie łaski uświęcającej i iść drogą prowadzącą do zbawienia.

Kto to pomija, ten nie polemizuje z ks. Bańką. Polemizuje z własnym uproszczeniem.

Trzeba jednak powiedzieć także drugą rzecz. Ks. Davide Pagliarani rzeczywiście użył bardzo mocnego zdania. Powiedział, że w zwykłej parafii wierni nie znajdują już środków koniecznych do zapewnienia sobie zbawienia wiecznego. To zdanie padło. Nie jest wymysłem polemistów. Ale nie padło w próżni.

Ks. Pagliarani sam dalej wyjaśniał, że chodzi o brak integralnego głoszenia katolickiej prawdy i moralności oraz o sposób udzielania sakramentów oderwany od tego, jak Kościół czynił to przez wieki. Nie mówił więc prosto: „w każdej parafii nie ma łaski”, „sakramenty są nieważne”, „poza kaplicą Bractwa człowiek nie może się zbawić”.

Ten sens ks. Bańka w debacie dopowiedział. I słusznie.Nie chodzi o jakąś pustynię bez łaski. Chodzi o poważne ograniczenie pełnego przekazu wiary. O osłabienie nauczania o grzechu, łasce, ofierze Mszy, realnej obecności, pokucie, sądzie i nadprzyrodzonym celu człowieka.

Wtedy rozmowa wygląda inaczej. Bo pytanie nie brzmi: czy w zwykłych parafiach jest łaska. Jest. Pytanie brzmi: czy przeciętny system duszpasterski nadal podaje wiernym katolickie środki prowadzące do zbawienia w sposób pełny, jasny i wolny od modernistycznego rozcieńczenia.

I tu ks. Bańka dotknął „nerwu” sprawy.

Red. Chmielewski odpowiadał przykładami. Są dobre parafie. Są pobożni księża. Można się spowiadać. Można przyjąć Komunię na klęcząco. Bywają godnie odprawiane Msze.

Tak, to prawda. Tyle że te przykłady nie obalają obrazu całości. Dobry ksiądz w konkretnej parafii nie unieważnia kryzysu posoborowej praktyki duszpasterskiej. Ważna spowiedź nie dowodzi, że katecheza o grzechu jest jasna. Godnie odprawiony Novus Ordo nie dowodzi, że reforma liturgiczna była dobra.

To był jeden z głównych błędów red. Chmielewskiego: z faktu, że gdzieś zachowało się dobro, próbował wyprowadzić wniosek, że stan konieczności nie istnieje.

To za mało.

Kiedy w domu płonie jedno piętro, nie mówi się: „w kuchni jeszcze można zrobić herbatę, więc pożaru nie ma”. Można zrobić herbatę. I dom może płonąć. I spłonie.

W posoborowej rzeczywistości Kościoła są jeszcze sakramenty. Są wierzący kapłani. Są dusze prowadzone do Boga. Bogu dzięki. Ale równocześnie przez dziesięciolecia osłabiano język ofiary, grzechu, łaski, sądu, pokuty, kapłaństwa i jedyności Kościoła. Nie trzeba udawać, że nic się nie stało, tylko dlatego, że ocalały zdrowe miejsca. Osłabiano myślenie katolickie, widzimy to po obronie słów JE kardynała Rysia, „w kościele najważniejszy jest człowiek” – słyszymy. Św. Maksymilian słucha i niedowierza.

Powracając do debaty: spór o Novus Ordo Missae został ledwie dotknięty. Red. Chmielewski bronił rytu głównie argumentem władzy: skoro został promulgowany przez papieży, nie wolno mówić o nim tak, jakby był zły. Ks. Bańka odpowiadał w duchu tradycyjnym: ryt może być ważny, a jednocześnie nie wyrażać ofiarnego, przebłagalnego i kapłańskiego charakteru Mszy z taką pełnią i jasnością, z jaką czyni to tradycyjny ryt rzymski. Może być sakramentalnie skuteczny, a równocześnie teologicznie osłabiony, duszpastersko szkodliwy i niebezpieczny dla wiary.

Tu racja jest po stronie ks. Bańki – pod warunkiem precyzji. Nie chodzi o to, że każdy wierny uczestniczący w Novus Ordo automatycznie grzeszy. Nie chodzi o to, że sakrament jest nieważny. Nie chodzi też o to, że Bóg nie udziela łaski. Chodzi o rzecz poważniejszą: człowiek, który nie zna problemu, może działać w dobrej wierze. Ale kiedy katolik zaczyna rozumieć, że reforma liturgiczna osłabiła wyraz ofiarny Mszy, zaciemniła ciągłość rytu rzymskiego, otworzyła drogę banalizacji i nie oddaje Bogu pełni czci tak, jak czyni to Msza tradycyjna, wtedy jego odpowiedzialność staje się większa.Nie można już wtedy mówić: „wszystko jedno, byle było ważnie”. Katolik ma oddawać Bogu kult możliwie najpełniejszy, najczystszy i najbardziej zgodny z wiarą Kościoła.

To jest ciężki zarzut wobec Novus Ordo. Ważność nie wystarcza, jeśli ryt przez swoją konstrukcję osłabia cześć należną Bogu i z czasem formuje wiernych w wierze mniej jednoznacznie katolickiej. A tak się przecież dzieje.

Najmocniejszy punkt red. Chmielewskiego dotyczył niebezpieczeństwa równoległego Kościoła. Tu w pełni zgadzamy się z red. Chmielewskim. Bractwo, żyjąc przez dekady w stanie nadzwyczajnym, musi uważać, żeby stan konieczności nie zamienił się w poczucie, że już nikogo poza sobą nie potrzebuje. Można formalnie uznawać papieża, a mentalnie żyć tak, jakby Rzym był tylko zewnętrznym urzędem. Takim, z którym trzeba się liczyć, ale od którego niczego dobrego się nie oczekuje.To byłoby niekatolickie.

W środowiskach tradycyjnych istnieje pokusa mówienia: „poza nami została pustynia”. To fałsz. Są wierni, którzy żyją łaską w zwykłych parafiach. Są kapłani, którzy wierzą, spowiadają, odprawiają Msze św. i nabożeństwa z czcią i głoszą prawdę. Są dusze prowadzone do Boga poza kaplicami Bractwa. Kto tego nie widzi, nie broni Tradycji. Zawęża Kościół do własnego bólu.

Ale istnieje też błąd przeciwny, mocno widoczny u red. Chmielewskiego: traktować zwykłe struktury tak, jakby sam fakt ich kanonicznej regularności zamykał sprawę. Nie zamyka. Można mieć jurysdykcję i nie karmić owiec. Można ubrać stary ornat do nowej Mszy, a głosić półprawdę. Można być administracyjnie w środku, a duchowo uczestniczyć w rozkładzie. Widzialna jedność bez prawdy staje się porządkiem jedynie na papierze.

Tu leży właśnie zasadniczy błąd redaktora. Za bardzo ufa formie, za mało rozlicza to, co stało się z wiarą. Za łatwo przechodzi od zdania: „papież ma władzę” do wniosku: „Bractwo nie może tak działać”. Między jednym a drugim stoi jeszcze pytanie o kryzys wiary, o stan konieczności, o dobro dusz, o to, czy władza kościelna może być wykonywana w sposób obiektywnie szkodliwy.Bo przecież może. Historia Kościoła zna takie dramaty.

Władza papieska jest prawdziwa. Ale nie jest  osłoną dla każdej decyzji, każdego kursu duszpasterskiego i każdego administracyjnego nacisku. Papież nie jest właścicielem Tradycji. Jest jej stróżem.To zdanie powinno wisieć nad całą debatą.Nie znaczy ono, że każdy może wypowiedzieć posłuszeństwo, kiedy mu wygodnie. Nie znaczy, że Bractwo może urządzić sobie osobny świat i nazwać go stanem konieczności. Taki stan jest bolesny, niebezpieczny i nienormalny. Ks. Bańka dobrze zrobił, że to przyznał.

Ale nie wolno też udawać, że sama kanoniczna regularność jest dowodem zdrowia. Można mieć wszystkie dokumenty w porządku i nie mówić ludziom pełnej prawdy o grzechu. Można być legalnie umocowanym pasterzem i prowadzić owce na jałową ziemię. Można mówić o jedności, a milczeć tam, gdzie trzeba bronić wiary.

Red. Chmielewski słusznie przypomniał, że Tradycja nie jest prywatnym prawem oporu. Ks. Bańka słusznie przypomniał, że posłuszeństwo nie jest zgodą na rozmontowywanie dziedzictwa wiary.

I tu jest cały ciężar tej rozmowy.

Red. Chmielewski pilnował porządku. Dobrze. Tyle że porządek kościelny nie istnieje po to, żeby sam siebie konserwować. Ma strzec wiary. Ks. Bańka patrzył właśnie na to: co stało się z Mszą Świętą, z katechezą, z rozumieniem grzechu, łaski, ofiary i zbawienia. Dlatego jego argument był cięższy.

Katolik nie może wyrzucić ani jednego, ani drugiego. Nie może udawać, że hierarchia jest tylko dekoracją. Nie może też udawać, że każda decyzja hierarchii, choćby duszpastersko niszcząca, staje się nietykalna tylko dlatego, że przyszła z właściwego biura.

Red. Kratiuk dobrze zrobił, że przywołał kontrowersyjne zdania i zmusił rozmówców do ich wyjaśnienia. Dzięki temu okazało się, że spór nie jest tak prosty, jak chcieliby najgłośniejsi komentatorzy. Ks. Bańka nie mówił, że w parafiach nie ma łaski. Red. Chmielewski nie mówił, że modernizm nie istnieje. Obaj inaczej ustawili ciężar sprawy.

Red. Chmielewski bardziej bał się nieuporządkowanego oporu.

Ks. Bańka bardziej bał się uporządkowanego rozkładu.

W obecnej sytuacji Kościoła ta druga obawa jest głębsza. Nieuporządkowany opór może zranić jedność. Uporządkowany rozkład potrafi przez lata niszczyć wiarę, zachowując wszystkie pieczątki.

Dlatego po tej debacie – naszym zdaniem – bliżej prawdy był ks. Bańka. Nie dlatego, że każda formuła Bractwa jest szczęśliwa. Nie jest. Nie dlatego, że problem kanoniczny można unieważnić machnięciem ręki. Nie można. Ale dlatego, że dotknął rzeczy pierwszej: dusze potrzebują nie tylko legalnej struktury. Potrzebują pełnej wiary, pełnej liturgii, pełnego nauczania, świadomości grzechu, łaski, ofiary i zbawienia.

Co do red. Chmielewskiego – jego ostrzeżenie przed równoległym Kościołem trzeba zapamiętać. To nie jest błahy zarzut. Bractwo nie może żyć tak, jakby stan nadzwyczajny był wygodnym mieszkaniem na stałe. Jeśli ten stan trwa zbyt długo, rodzi własne deformacje. To prawda.

Ale główny błąd redaktora również trzeba nazwać: pomylił obronę hierarchii z wystarczającą odpowiedzią na kryzys.

A to nie wystarcza.

Kościół nie istnieje po to, żeby sprawnie zarządzać religijną obecnością w świecie.

Istnieje po to, żeby prowadzić ludzi do nieba.

Kto o tym zapomina, może mieć rację w procedurze.

Ale przegrywa sprawę wiary.

Lenka I. Miler – nauczycielka, socjoterapeutka i doktorantka nauk o rodzinie. Bada rozwój moralny w ujęciu św. Tomasza z Akwinu oraz jego znaczenie w pracy wychowawczej i socjoterapeutycznej z młodzieżą. Wraz z mężem prowadzi wydawnictwo Pod Chorągwią Matki Bożej Łysieckiej.