O pięknie, kobiecości i zapomnianej kulturze katolickiej Europy
Od pewnego czasu obserwuję pewne zjawisko w niektórych środowiskach katolickiego tradycjonalizmu. Coraz częściej spotykam przekonanie, że kobieta naprawdę tradycyjna powinna ubierać się możliwie surowo: bez ozdób, bez podkreślania urody, w prostych, niemal bezkształtnych ubraniach. Niekiedy można odnieść wrażenie, że ideałem staje się wygląd bardziej przypominający purytańską Anglię XVII wieku niż katolicką Europę Habsburgów czy Burbonów.
Czy jednak rzeczywiście tak wyglądała Christianitas?
Mam wrażenie, że w tym miejscu nastąpiło pewne pomieszanie pojęć. Bardzo często utożsamiamy tradycyjny katolicyzm z pewnym współczesnym stylem ubioru, który w rzeczywistości ma niewiele wspólnego z historyczną kulturą katolickiej Europy.
Christianitas była przecież cywilizacją piękna.
To ona wzniosła gotyckie katedry, stworzyła uniwersytety, rozwinęła muzykę sakralną, malarstwo, rzeźbę, złotnictwo, koronkarstwo i architekturę, których do dziś zazdrości jej cały świat. Katolicka Europa nie bała się piękna. Przeciwnie – uważała je za odbicie Bożego porządku. Jeżeli Bóg jest źródłem wszelkiego piękna, to piękno nie może być samo w sobie podejrzane.
Dlaczego więc miałoby nim być piękno kobiety?
Wystarczy spojrzeć na portrety cesarzowej Elżbiety Bawarskiej – słynnej Sisi. Czy wyglądała jak purytanka? Czy Maria Antonina, hiszpańskie infantki, damy dworu Ludwika XIV albo arystokratki Wiednia, Madrytu czy Neapolu przypominały kobiety ze wspólnot amiszów? Oczywiście nie.
Na balach normą były suknie odsłaniające ramiona, bogate koronki, hafty, jedwabie, perły i diamenty. Na spacer zakładano eleganckie kapelusze, rękawiczki i starannie skrojone suknie. Do kościoła kobiety szły odświętnie ubrane, często z koronkową mantylką na głowie. Wszystko to działo się w samym sercu katolickiej Europy.
Czy oznacza to brak skromności?
Nie.
Oznacza jedynie, że Christianitas rozumiała skromność inaczej niż purytanizm.
Purytanizm wyrósł z określonych nurtów protestantyzmu. Z nieufnością patrzył na bogaty ubiór, ozdoby, taniec, teatr, muzykę, a czasem nawet na samą radość życia. Katolicyzm rozwijał się w innym kierunku. Piękno nie było jego przeciwnikiem. Miało być podporządkowane dobru i prawdzie, ale nie miało zostać zniszczone.
Dzisiejsza dyskusja o kobiecym ubiorze często sprawia wrażenie, jakby wszelkie podkreślenie kobiecości było czymś podejrzanym. Tymczasem przez większą część dziejów Christianitas nikt nie uważał, że kobieta staje się bardziej święta dlatego, że wygląda mniej kobieco.
Moim zdaniem wynika to z głębszego problemu. Zapomnieliśmy, czym naprawdę była Christianitas.
Była to cywilizacja, która rozumiała ludzką naturę. Wiedziała, że ogromna większość ludzi jest powołana do małżeństwa. Nie traktowała więc wzajemnego pociągu kobiety i mężczyzny jako zagrożenia samego w sobie. Przeciwnie – uważała go za element naturalnego porządku stworzonego przez Boga, który powinien znaleźć swoje spełnienie w sakramentalnym małżeństwie.
Bale, spotkania rodzinne, uroczystości dworskie czy święta miejskie nie były wyłącznie rozrywką. Tworzyły przestrzeń, w której młodzi ludzie mogli się poznać, zakochać i zawrzeć małżeństwo. Elegancja, dobre maniery i piękny ubiór były częścią tej kultury.
Można powiedzieć, że Christianitas nie walczyła z ludzką naturą. Starała się ją uporządkować.
Im szybciej młodzi ludzie odnajdywali współmałżonka i zakładali rodzinę, tym szybciej rozpoczynali życie, w którym współżycie seksualne znajdowało swoje właściwe miejsce – w sakramentalnym małżeństwie, otwartym na przyjęcie dzieci. Nie chodziło o to, aby wzajemny pociąg zniszczyć, lecz aby nadać mu właściwy cel.
Współczesny świat proponuje często coś przeciwnego. Z jednej strony promuje seksualizację niemal wszystkiego, z drugiej odwleka małżeństwo na wiele lat. Powstaje paradoks: człowiek ma żyć przez długi czas w kulturze nieustannego pobudzania zmysłów, a jednocześnie nie korzystać z naturalnej drogi, jaką jest małżeństwo.
Christianitas odpowiadała inaczej. Zachęcała do zawierania małżeństw, budowania rodzin i przyjmowania dzieci jako błogosławieństwa.
Warto przeprowadzić prosty eksperyment myślowy.
Wyobraźmy sobie, że do współczesnej kaplicy “tradycjonalistów” przenosimy kilka kobiet z różnych epok.
Najpierw wchodzi wiedeńska arystokratka z roku 1910. Liturgia jest jej doskonale znana. Rozpoznaje każdy gest kapłana. Słyszy tę samą łacinę, którą słyszała od dziecka.
Ale gdy odwraca się i patrzy na wiernych, jest zaskoczona. Widzi bardzo mało kapeluszy, prawie żadnych rękawiczek, niewiele eleganckich sukni. Zastanawia się, dlaczego na największe święto tygodnia ludzie ubrani są tak zwyczajnie.
Obok niej stoi dama z Hiszpanii XIX wieku. Szuka mantylek. Dostrzega kilka. Reszta wygląda dla niej niezwykle współcześnie.
Za chwilę pojawia się francuska arystokratka z czasów Burbonów. Nie rozumie, dlaczego katoliczki wyglądają znacznie skromniej niż damy, które znała z dworu.
A teraz wyobraźmy sobie inną grupę.
Do tej samej kaplicy wchodzi purytanka z Anglii Cromwella.
Jest przerażona liturgią. Ołtarz, świece, figury świętych, kadzidło i łacina wydają się jej nie do przyjęcia.
Jednak patrząc na ubiór wielu kobiet, nie czuje podobnego szoku. Prostota ich stroju jest znacznie bliższa jej własnym wyobrażeniom niż modzie katolickich dworów.
Czy nie jest to zastanawiające?
Nie twierdzę, że współczesne środowiska tradycyjne świadomie naśladują purytanizm. Stawiam jedynie pytanie, czy nasze wyobrażenie o „tradycyjnej katoliczce” rzeczywiście pochodzi z Christianitas, czy też zostało ukształtowane przez późniejsze wpływy kulturowe.
Być może warto na nowo odkryć katolicką kulturę piękna.
Nie po to, aby kopiować suknie cesarzowych czy stroje z Wersalu, lecz aby przypomnieć sobie, że Christianitas nigdy nie utożsamiała świętości z brzydotą ani kobiecości z moralnym zagrożeniem.
Była cywilizacją harmonii.
Potrafiła łączyć piękno z cnotą, elegancję ze skromnością, kobiecość z godnością, a małżeństwo z odpowiedzialnością.
Może właśnie dlatego jej sztuka, muzyka, architektura i moda do dziś budzą zachwyt nawet ludzi, którzy nie podzielają jej wiary.
Anna Mierzwa
