Nikt, nawet papież, nie może zmienić rzeczywistości i nakazać jej być inną niż jest. Nie da się z wiernego Kościoła katolickiego zrobić schizmatyka aktem wydanym przez Stolicę Apostolską.
Pierwszego lipca biskupi z Bractwa Świętego Piusa X – JE bp Bernard Fellay i JE bp Alfonso de Galarreta wyświęcili 4 biskupów pomocniczych. Czyn ten zapowiadany był od miesięcy. Święcenia odbyły się bez zgody papieża Leona XIV. Jak zapowiadał Watykan, powołanie nowych biskupów bez mandatu papieskiego będzie się równało schizmie i ekskomunice. Dokument, który to stwierdza, został wydany przez Stolicę Apostolską tuż po dokonaniu święceń. Karami obłożono nie tylko biskupów, ale i księży Bractwa oraz wiernych, którzy popierają stanowisko zgromadzenia. Oto w kilku zdaniach historia, która rozgrzewa katolickie kanały informacyjne od dwóch tygodni. Czy jednak można przyjąć, że oto teraz już wszystko jasne? Bractwo wyklęte. Sprawa załatwiona?
Zamęt informacyjny
Sprawa nie jest załatwiona. To, że wielu o tym mówi, nie znaczy, że mówią prawdę. Nie znaczy też, że rozumieją o czym mówią. Ile kanałów, tyle sprzecznych opinii. Jak się w tym połapać? Kogo słuchać? To nie są proste pytania. Przecież mamy z jednej strony doświadczonych publicystów, autorytety medialne, gadające głowy, które zwykle słuchane są – gdy mówią o sprawach kościelnych – bez większych wątpliwości. Z drugiej mamy mniejsze kanały, które, choć stałe w swym przekazie i dość spójne, nie zdobyły takiej pozycji. Czy takie nie pomylą się łatwiej? Nie legitymują się przecież doktorami, prałatami, redaktorami itp. Jest też jeszcze coś, co – o dziwo! – choć jest najważniejsze, zajmuje miejsce zupełnie poślednie. Chodzi o rzeczywistość. Ona ma najmniej rzeczników i nie posada kanału na YouTubie.
Są więc generalnie dwie strony sporu, które zajmują się głównie sobą nawzajem, zaś mniej rzeczywistością. Zwolennicy lub bezwiedni konsumenci posoborowego stanu Kościoła nie mają wątpliwości, że Bractwo jest nie tylko nieposłuszne, ale i schizmatyckie, a może i heretyckie, bo podważa nieomylność papieską. Kapłani odprawiający mszę tradycyjną na podstawie pozwoleń biskupich (tzw. indultowcy) oraz grupy wiernych, którym posługują, nareszcie otrzymały wyraźne potwierdzenie, że to oni są tymi dobrymi. Z ich strony zdaje się dochodzić wielki okrzyk radości i ulgi. Niezwykle to dziwne, ale takie odniosłem wrażenie, obserwując ich reakcje, oświadczenia, komentarze, publiczne wypowiedzi. Wygląda to, jakby dotąd nie byli pewni, czy są oni w porządku wobec Kościoła i że ekskomunikowanie Bractwa wzmacnia ich tożsamość. Nie zauważają, że istnieją tylko dzięki FSSPX. Obok wymienionych dwóch jest trzecia strona trzymająca z Bractwem, a raczej po prostu trzymająca się swojej linii. Mówią to samo, co mówili wcześniej: jest kryzys i jakoś trzeba mu zaradzić, a nie oczekiwać, że zrobią to ci, którzy ten kryzys wywołali i podtrzymują.
Kto ma rację?
Czy ks. Malesa szlifujący swój wizerunek intelektualisty na księdzu Bańce rozwiewa wszystkie wątpliwości wokół ekskomunik? Czy może nota dykasterii watykańskiej, ogłaszająca wyrok Stolicy Apostolskiej na Bractwo, nie pozostawia już pola do polemik? A może tłum redaktorów, doktorów, ekspertów i znawców spod znaków różnych pism, portali i kanałów tłumaczy zawiłości kanoniczne i teologiczne, pokazując je na tle historii i filozofii tak jasno, że tylko niepoprawny zwolennik schizmatyckiego Bractwa może tego nie przyjąć? Dlaczego nikt nie uderza w sedno? Szczerze mówiąc, sam nie wiem, skąd takie trudności poznawcze: czy po prostu zła wola, a może niechęć do rzeczywistości? Przecież tak niewiele trzeba, żeby odnaleźć prawdę na temat tego, co się stało i w 1988 i w 2026 w Écône.
Jak jest w rzeczywistości?
Bractwo wyświęciło biskupów pomocniczych, nie uzurpując sobie władzy nadawania jurysdykcji. Chęć dokonania święceń tylko dla przetrwania Bractwa i ciągłości udzielania sakramentów była deklarowana wielokrotnie i publicznie. Podobnie głośno i wyraźnie wybrzmiewają deklaracje wierności i uznawania papieża za Głowę Kościoła. Nie inaczej jest w kwestii uznawania władzy metropolitów. Wyznanie wiary przyjmowane przez Bractwo zostało szeroko ogłoszone. Nie podważa się w nim żadnego dogmatu. Bractwo nigdzie nie deklaruje założenia, ani nigdzie nie urzeczywistnia własnych struktur, mogących uchodzić za równoległe wobec struktur diecezjalnych. Tak działalność Bractwa, jak i święcenia bez zgody papieża uzasadniane są przekonaniem o istnieniu w Kościele stanu wyższej konieczności, wymagającej przez wzgląd na zagrożenie zbawienia dusz czynienia tego, czego normalnie się nie robi. Czy to wciąż za mało, aby zrozumieć, po co Bractwo jest, dlaczego robi to, co robi i dlaczego nie może z tego powodu podlegać żadnym karom?
Każdy z elementów wyżej wymienionych jest w przestrzeni medialnej komentowany i krytykowany. Stwierdzam, że wiele z tych debat – większość na pewno, a może i wszystkie – pomijają jeden kluczowy fakt: powołanie się Bractwa na stan konieczności; przekonanie o istnieniu kryzysu w Kościele, który usprawiedliwia działania Bractwa. Zamiast dostrzeżenia tego, prowadzi się dyskusje o dzieleniu Kościoła, próbuje się interpretować prawo kanoniczne, rozgrzebuje się historię w poszukiwaniu precedensów, mówi się o zrywaniu jedności z papieżem. Żeby jeszcze tylko się dyskutowało! Oto na naszych oczach dokonuje się dezinformacji, sprowadza się stanowisko Bractwa do absurdu, a czasem nawet wygląda na to, jakby ktoś chciał manipulować faktami.
To pytanie o kryzys jest kluczowe i to o tym powinny być debaty, a nie o prawie kanonicznym, czy rozmowach ze Stolicą Apostolską. Nie chodzi tu o kryzys, o jakim z nonszalancją mówił ks. Malesa w debacie z ks. Bańką u red. Rymanowskiego. Nie chodzi o sprawy worka, korka i rozporka wśród duchowieństwa czy nawet u papieży! Nie chodzi już nawet o ryt mszy, bo sama msza bez nauczania niewiele by zmieniła. Chodzi o kryzys, którego efektem jest brak powołań, masowa laicyzacja społeczeństw przyznających się niegdyś do katolicyzmu, a przede wszystkim o rozmyte nauczanie płynące z ambon, które jest nie tyle tolerowane, co akceptowane przez biskupów, na czele z papieżem. Czy są to wprost herezje? Nie zawsze. Ale nie muszą nimi być! To właśnie mały błąd na początku stanowi o wielkiej katastrofie na końcu. Czy kiedyś było idealnie? Nie. Nigdy nie było. Piotr wyparł się Chrystusa po trzykroć. Czy zatem należy uznać, że normalne jest wprowadzanie dwuznaczności do dokumentów sygnowanych przez Stolicę Apostolską? Że normalne jest tolerowanie kardynałów i biskupów jawnie sprzeciwiających się wierze, a karanie tych, którzy trzymają się jej wiernie?
Oto wypierana rzeczywistość i fakt, od którego trzeba zaczynać wszelkie rozmowy o Bractwie. Czy jest kryzys? Tak. Czy z konstatacją istnienia kryzysu należy czekać na deklarację tego, którego władza nie jest w stanie go zażegnać lub nawet go powiększa; deklaracja taka byłaby wszak przyznaniem się do słabości lub nawet do błędu! W takim razie jak ci, na których barkach spoczywa odpowiedzialność za podtrzymanie udzielania sakramentów i praktykowanie duszpasterstwa, mieliby zrezygnować z tego i zdać się na ślepy los? A przecież tego się od Bractwa oczekuje: zaufajcie Ojcu Świętemu, zaufajcie Opatrzności – mówią. Jeśli papież nie chce wam pozwolić na święcenia, to nie święćcie. Jeśli papież nie ogłosił stanu konieczności, to go nie ma! Jeśli msza tradycyjna odprawia się poza Bractwem, to znaczy, że tradycja nie jest prześladowana, a zatem nie zachodzi przesłanka stanu wyjątkowego. Jest to wielce zwodnicze. Nic dziwnego, że tak wielu daje się na to nabrać.
Oto fideizm i zaprzeczenie ludzkiej naturze rozumnej, oto zaprzeczenie odpowiedzialności moralnej za dokonanie lub zaniechanie czynu! Oto zakłamanie rzeczywistości! Czy to nie Opatrzność dała człowiekowi rozum, aby w pierwszej kolejności „człowiek sam dla siebie był opatrznością! Aby nie był głupi!”[1]? Czy widząc upadające duchowieństwo i odchodzących od Kościoła wiernych należy sobie powiedzieć: „ach, zdajmy się na Opatrzność. Jakoś to będzie. Bóg nie opuści swojego Kościoła”. Byłaby to postawa ludzi, którzy żyją poza moralnością. Ale każdy czyn, jak i jego zaniechanie, podlega ocenie moralnej, jak uczył o. prof. Krąpiec. Poprzestać na modlitwie? Tak. To może zrobić wierny. Ale czy biskup, który ma możliwość i obowiązek także innego działania, miałby poprzestać jedynie na modlitwie? Kiedy św. Franciszek we śnie usłyszał: „Franciszku, odbuduj mój Kościół”, nie poszedł do biskupa, prosząc o działanie, a samemu nie poprzestał na modlitwie. Nie poszedł do papieża, pytając go, czy nie zechciałby łaskawie użyć swej władzy do odbudowy Kościoła Bożego. Zrobił to, co mógł w zakresie możliwości swego stanu i do czego popychało go Boże natchnienie. To samo czyni Bractwo.
Biskupi Bractwa, tak jak i jego założyciel abp Marcel Lefebvre, w 1988 roku rozpoznali potrzebę i zgodnie ze swoim stanem i możliwościami, jakie ów stan oferuje, zdecydowali o działaniu, jakie w ich rozumieniu zgodnie z ich sumieniem jest od nich jako od katolickich biskupów wymagane. Będąc przekonanymi o stanie konieczności – a wiemy to z ich wielokrotnych deklaracji, poza które nikt nie może sięgać, nie będąc Bogiem – dokonali czynu, który w ich mniemaniu pomoże Kościołowi się odbudować. Czy rozpoznanie stanu Kościoła dokonane przez Bractwo może być błędne? Tak. Teoretycznie może. Czy to zmienia cokolwiek w kwestii możliwości ukarania ich za wyświęcenie biskupów bez zgody papieża? Nie. Ich wina i kara sytuują się na linii ich osobistych wyborów, ich sumień i Bożej oceny. Ekskomunika, nawet jeśli zadeklarowana, nie może być ważna, ponieważ brakuje jej podstaw. Bractwo deklaruje wierność papieżowi i działanie na rzecz i w ramach Kościoła. Ich rzeczywista dobra wola musi być tutaj przyjęta (nie ma możliwości sprawdzić, czy nie kłamią). A w związku z tym, ekskomunika (ogólniej – kara) byłaby nakładana z równą skutecznością, jak na człowieka nieświadomego swego czynu, co czyni ją niesprawiedliwą i nieobowiązująca w sumieniu, a także pozbawioną skutków w rzeczywistości. Nie jest to interpretacja prawa kanonicznego, nie jest to egzegeza papieskich deklaracji – to opis tego, co jest.
Bóg w różnych czasach wybiera różnych ludzi dla ratowania nabierającej wody Arki Zbawienia. Niedorzecznością jest nawoływanie człowieka obarczonego odpowiedzialnością i postawionego przed decyzją, aby jej zaniechał (a więc, aby zaniechał autodeterminacji do działania) licząc na to, że ktoś inny zrobi to, co jest jego obowiązkiem (nazywa się to eufemistycznie czy przewrotnie zaufaniem Opatrzności)! Absurdem jest twierdzenie, że gdyby abp Lefebvre czy biskupi Fellay i Galarreta nie dokonali święceń, to Bóg znalazłby inną drogę ratowania Kościoła! Przecież nie chodzi tu o Boga czy Kościół, ale o tego, kto stanął przed decyzją! Jaki sens miałaby modlitwa za Kościół, jeśli przyjętoby taki punkt widzenia? Kościół sobie poradzi, bo Chrystus zagwarantował mu, że nigdy nie upadnie, więc może lepiej pomodlić się w innej intencji? Inną podstawą dla uznania takiego twierdzenia byłby uczynek zły ze swej natury. Takim uczynkiem nie jest chęć ratowania Kościoła. A to jest podstawa naszych rozważań – nie święcenia bez mandatu, bo to już sprawa wtórna. Czy gdyby Franciszek Bernardone odmówił Bogu odbudowy Jego Kościoła, Kościół by upadł? Nie. Franciszek by upadł. Wraz z jego heroicznym czynem powstał i on sam i Kościół święty, bo taki był Boży plan. Im bardziej wypełnia się możności swej natury, tym bliżej jest się bytowej doskonałości. Dla człowieka odnośne doskonałości wiążą się z usprawnieniem rozumu i woli, a kulminują w świętości. Jak słusznie rozpoznał swoje powołanie i niezłomnie za nim podążył św. Franciszek, podobnie uczynił w 1988 roku abp Lefebvre, a w roku 2026 jego dwaj następcy. Jak dziś czcimy św. Franciszka, będąc wdzięcznymi, że nie uchylił się od zadania, które Opatrzność mu powierzyła, tak będziemy kiedyś z wdzięcznością wspominać czyny biskupów z Bractwa Świętego Piusa X.
[1] Rozmowy z Ojcem Krąpcem.
Karol Kilijanek
