Zakończone właśnie wybory parlamentarne na Węgrzech przyniosą znaczące zmiany. To nie ulega wątpliwości. Uzyskana przez partię TISZA pod wodzą Pétera Magyara większość konstytucyjna (138 ze 199 mandatów) daje nowemu premierowi Węgier niemal wolną rękę. Chociaż wynik ten jest przez wszelkiej maści środowiska lewicowe, liberalne, proeuropejskie etc. postrzegany jako wielki sukces i nadzieja na powrót Węgier w objęcia oświeconej demokracji, niesie on ze sobą również szereg ryzyk i wyzwań, które mogą zagrozić stabilizacji nie tylko Węgier, ale też całego kontynentu.
Wyjaśnię, że nie jestem ani stronnikiem, ani też przeciwnikiem Orbána. Jeżeli już, to przyglądałem się kierowanym przez niego gabinetom z dystansem – jakkolwiek życzliwym, co wynikało z prezentowanego przez byłego premiera zdrowego podejścia do kwestii migracji i niektórych idiotycznych pomysłów narzucanych całemu kontynentowi z mroków najwyższych wież unijnego Mordoru. Czegokolwiek by jednak o nim nie powiedzieć, jego polityka była stabilna i przewidywalna. Z kolei rewolucja, jaką zapowiada Magyar, ma ogromny potencjał niszczący. Tego jednak optymiści spod znaku oświeconej Europy zdają się nie dostrzegać.
Destabilizacja?
Po 16 latach rządów Fideszu państwo jest głęboko „zabetonowane”. Lojaliści Orbána zasiadają w sądach, mediach publicznych, banku centralnym i instytucjach kontrolnych. Jeśli nowa władza nie zdoła szybko porozumieć się z tymi ośrodkami lub ich skutecznie zreformować, Węgry mogą wejść w fazę wewnętrznego paraliżu. Pytanie, czy nowe gremia rządowe zechcą w ogóle rozmawiać, czy też, ufni w wynik wyborczy, pójdą na otwartą wojnę.
Scenariusz zakładający otwarty konflikt ze starymi strukturami jest przy tym bardzo prawdopodobny. Zwróćmy chociażby uwagę na zadeklarowane dziś (14/04/2026) zawieszenie nadawania programów informacyjnych, które mają być wznowione dopiero wówczas, gdy będą w stanie prezentować przekaz wystarczająco obiektywny (czyli zgodny z narracją nowej władzy). Do złudzenia przypomina to sytuację, do której doszło w Polsce, gdzie po ostatnich wyborach uczyniono podobnie, po czym media publiczne przejęto prawem kaduka: blokując, wyrzucając z pracy i zdejmując z anteny programy niezgodne z linią nowego gabinetu.
Najbardziej pesymistyczny scenariusz to impas prawny. Jeśli nowy rząd spróbuje postawić na swoisty blitzkrieg – a zatem natychmiastowe i bezwzględne wprowadzanie zmian połączone z likwidowaniem pozostałości po rządach Viktora Orbána, może dojść do sporów o legalność tych działań. Węgierski Trybunał Konstytucyjny – obsadzony w dużej mierze przez nominatów poprzedniej władzy – zechce zapewne blokować reformy. To grozi impasem.
Reakcje społeczne
Idźmy dalej. Wybory cechowały się rekordową frekwencją (blisko 80%) i ogromnym napięciem. Pomimo miażdżącej przewagi Pétera Magyara elektorat Fideszu to nadal blisko 40% głosujących. Istnieje ryzyko masowych protestów, kontestowania wyników wyborów i oskarżeń o ingerencję zewnętrzną (UE, USA). Dodatkowym paliwem dla mobilizacji przeciwników nowego rządu mogą stać się zapowiadane zmiany w polityce zagranicznej i wewnętrznej. Przez lata rządy Orbana budowały przekaz oparty na sceptycyzmie wobec Unii Europejskiej, twardej polityce antyimigracyjnej oraz zdystansowanym podejściu do wsparcia dla Ukrainy. Zmiana w tym zakresie przez wielu będzie odebrana nie tyle jako korekta, co jako nagłe i nad wyraz niebezpieczne zerwanie z dotychczasową linią polityki państwa.
W przypadku zwiększonego zaangażowania w pomoc Ukrainie – finansową, militarną czy logistyczną – przeciwnicy rządu będą argumentować, że kraj jest wciągany w konflikt, który nie leży w jego bezpośrednim interesie. Narracja ta może być szczególnie nośna wśród wyborców obawiających się kosztów gospodarczych (np. wyższych cen energii i obciążeń budżetowych) oraz ryzyka eskalacji. Tego typu obawy były wcześniej wzmacniane przez przekaz polityczny i medialny, dlatego nowy rząd będzie działał w środowisku niejako przygotowanym na tego typu reakcje.
Jeszcze silniejsze emocje może wywołać kwestia migracji. Ewentualna zgoda na rozwiązania w ramach unijnego paktu migracyjnego będzie przez opozycję interpretowana jako utrata kontroli nad granicami i bezpieczeństwem wewnętrznym (skądinąd słusznie). W kraju, gdzie przez lata temat migracji był centralnym elementem debaty publicznej i kampanii wyborczych, nawet ograniczone ustępstwa mogą zostać wyolbrzymione i wykorzystane do mobilizacji protestów. Symboliczny wymiar tej zmiany – odejście od polityki „zero migracji” – może być ważniejszy niż jej realna skala.
Bezpieczeństwo energetyczne
Péter Magyar, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, jest zdeklarowanym krytykiem Rosji i jej polityki. Co bardzo znamienne: władze tego kraju już dwa dni po wyborach nadały Węgrom status kraju wrogiego. W sytuacji bardzo dalekiego uzależnienia Budapesztu od rosyjskich dostaw surowców energetycznych może to mieć bardzo daleko idące konsekwencje – zwłaszcza, że energetyka to jeden z głównych instrumentów nacisku politycznego Kremla.
Możliwych scenariuszy jest tu bardzo wiele. Jeśli relacje polityczne między obydwoma państwami ulegną dalszemu pogorszeniu (co w przypadku poparcia dla Ukrainy wydaje się nieuniknione), Rosja może ograniczyć dostawy, manipulować cenami lub wykorzystać infrastrukturę służącą do przesyłu surowców w charakterze narzędzia nacisku (dostawy gazu do Węgier biegną m.in. przez systemy powiązane z rosyjskimi projektami, takimi jak TurkStream; Rosja może zmniejszyć przepływy, priorytetyzować inne kraje, tworzyć „techniczne” preteksty do przerw w dostawach etc.). Ważnym elementem węgierskiej energetyki jest rozbudowa elektrowni jądrowej Paks, realizowana przy współpracy z rosyjskim Rosatom. W przypadku napięć projekt ten może zostać opóźniony lub zamrożony, co sprawi, że Węgry nie będą w stanie dokończyć inwestycji i wypełnić powstałej w ten sposób luki energetycznej.
Problem w tym, że problemy energetyczne Węgier mogą odbić się także na pozostałych państwach w regionie i całym rynku UE – systemy energetyczne krajów członkowskich są bowiem połączone.
Europa i nie tylko
Wielokrotnie już podnoszono, że przegrana Fideszu to ogromny cios dla wszystkich ugrupowań eurosceptycznych, których Orbán pozostawał jednym z filarów.
Z całą pewnością (co przyjmujemy ze smutkiem) doszło właśnie do poważnego osłabienia (jeżeli nie rozbicia) „Frontu Odmowy” w Grupie Wyszehradzkiej (V4). Węgry pod rządami Fideszu były liderem państw, które sprzeciwiały się wielu unijnym dyrektywom – zwłaszcza w kwestii relokacji migrantów. Upadek Orbána oznacza, że kraje takie jak Słowacja (pod rządami Roberta Ficy) tracą najsilniejszego sojusznika. Może to doprowadzić do sytuacji, w której Bruksela łatwiej przeforsuje rozwiązania, na które społeczeństwa Europy Środkowej po prostu nie wyrażają zgody.
Mówiąc o ruchach migracyjnych nie wolno też zapominać, że Węgry leżą na kluczowym w tym kontekście szlaku bałkańskim. Jeśli rząd Magyara pod naciskiem unijnych trybunałów poluzuje politykę graniczną lub zlikwiduje tzw. strefy tranzytowe bez wcześniejszego przygotowania wspólnych, szczelnych rozwiązań na poziomie całej UE, może dojść do nagłego udrożnienia szlaku bałkańskiego. To (potencjalnie) spowodowałoby kryzys migracyjny w Austrii i Niemczech, na który Europa AD 2026, i tak już przeciążona inwazją milionów tzw. uchodźców, nie jest przygotowana.
Blokowanie unijnych szczytów przez rząd Orbána, jakkolwiek dla Brukseli nad wyraz irytujące, zmuszało kraje „starej Unii” do szukania kompromisów. Bez Węgier jako wyraźnego oponenta UE może pójść w stronę szybkiej centralizacji. Były premier Węgier potrafił ponadto nagłośnić oderwane od rzeczywistości pomysły unijnych technokratów (np. w kwestiach rolnictwa czy energii). Teraz droga do uciszania każdego przejawu krytyki w imię „jedności” stoi otworem.
Péter Magyar zapowiada bliską współpracę z UE, a także szybkie odblokowanie 18 mld euro z funduszy unijnych. Problem w tym, że nikt nie wie jak zamierza on tego dokonać (zwłaszcza że oczekiwania Brukseli mogą okazać się dość wygórowane).
Zakończenie
Powyższe rozważania nie stanowią oczywiście wyczerpującej analizy potencjalnych zagrożeń i problemów, przed którymi staje (a także których może stać się powodem) rząd nowego premiera Węgier. Unijni technokraci zacierają ręce na myśl, że oto znika jedna z najpoważniejszych przeszkód na drodze do ich nowego, wspaniałego świata bez narodów, własności i ludzi o białym kolorze skóry. Węgrzy (przynajmniej część) żywią nadzieję na polepszenie swojej sytuacji i dorównanie standardom europejskim. Nowo wybrany rząd jest pełen optymizmu i entuzjastycznie zabiera się do wprowadzania zmian.
Mnie bardziej przypomina to marsz ślepców zmierzających ku zagrożeniu, którego nie chcą oni dostrzec. Węgry, a wraz z nimi cała Europa, stają dziś wobec ryzyka okresu narastającej destabilizacji. Polityczne ambicje, głębokie podziały społeczne oraz próby forsowania kontrowersyjnych rozwiązań na poziomie unijnym mogą stworzyć niebezpieczną mieszankę problemów, nad którą coraz trudniej będzie zapanować. Niepokojące jest przy tym planowane tempo i sposób wprowadzania zmian. W takich warunkach nawet decyzje podejmowane z intencją naprawy systemu mogą przynieść odwrotny skutek, wzmacniając chaos zamiast go ograniczać.
Historia regionu pokazuje, że okresy gwałtownych zwrotów politycznych rzadko przebiegają bezkosztowo, a ich konsekwencje często okazują się długotrwałe i trudne do odwrócenia. Uważam, że kluczowe pytanie nie brzmi już, czy pojawią się turbulencje, lecz jak głębokie one będą i czy możliwe będzie ich przetrzymanie bez poważnego uszczerbku dla stabilności kraju i całego regionu.
Mariusz Matuszewski
