Od paru tygodni wokół byłej już ul. Kocyłowskiego w Przemyślu rozgrywa się awantura, która zdążyła w tym czasie nabrać charakteru międzynarodowego. Zacznijmy od krótkiej rekapitulacji. W 2013 r. przemyska rada miasta z inicjatywy klubu Platformy Obywatelskiej zmieniła nazwę jednej z ulic. Jej nowym patronem został greckokatolicki biskup Jozafat Kocyłowski (1876-1947), co miało być gestem pod adresem ukraińskiej mniejszości narodowej.

Przemyśl był stolicą biskupią księdza Kocyłowskiego od 1917 r. Po klęsce Polski w wojnie obronnej roku 1939 miasto przecięła wzdłuż rzeki San linia rozgraniczenia niemieckiej i sowieckiej strefy okupacyjnej: Zasanie znalazło się pod władzą Niemców, zaś Stare Miasto – bolszewików. W 1941 r. przemyski hierarcha wziął udział w powitaniu wojsk niemieckich, które w pierwszych dniach po ataku III Rzeszy na ZSRR wyzwoliły południową część miasta spod sowieckiej okupacji. Latem 1943 r. biskup Kocyłowski odprawił uroczystą Mszę świętą dla żołnierzy formowanej właśnie 14 Dywizji Grenadierów Waffen SS, znanej później jako SS-Galizien. W 1945 r. został aresztowany i uwięziony przez Urząd Bezpieczeństwa. Nowe, komunistyczne władze Polski zamierzały wytoczyć mu proces za „kolaborację” z Niemcami, ale z braku dowodów musiały zrezygnować. Zamiast tego postanowiły wydać go NKWD, który jednak początkowo nie chciał zająć się więźniem. Po trwającym kilka miesięcy sporze między organami polskimi a sowieckimi biskup Kocyłowski ostatecznie został w 1946 r. wywieziony do ZSRR i tam poddany śledztwu przez sowiecki aparat bezpieczeństwa. Zastosowane przez śledczych tortury szybko zamieniły go we wrak człowieka. Na początku 1947 r. skazano go na zesłanie do łagru, z którego już nie wyszedł żywy. W roku 2001 św. Jan Paweł II ogłosił go męczennikiem i jeszcze w tym samym roku beatyfikował we Lwowie, podczas swojej pielgrzymki na Ukrainę.

28 listopada 2019 r. przemyska rada miasta przemianowała ul. Kocyłowskiego na ul. bpa Jana Śnigurskiego, przywracając nazwę sprzed 2013 r. Krok ten w następnych dniach skrytykowały ambasada Ukrainy w Warszawie, lwowska rada obwodowa oraz – w liście otwartym do prezydenta Przemyśla – mer Lwowa. Przed głosowaniem próbowała też protestować greckokatolicka kuria biskupia w Przemyślu.

Oburzająco w tej sprawie zachowały się tak zwane środowiska „kresowe” (które „kresowe” są tylko z obranej nazwy, bo składają się z młodych i w średnim wieku działaczy i publicystów, jeżdżących turystycznie na tak zwane niepoprawnie „Kresy”). Obrzuciły one bł. Jozafata błotem, nazywając go wielokrotnie „hitlerowskim kolaborantem”. Żaden z tych, we własnym mniemaniu, patriotów i pasjonatów historii nie zauważył, że powtarzają narrację komunistycznej propagandy? Bo co właściwie, żyjąc sobie wygodnie w erze mieszczańskiego bezpieczeństwa i komfortu, mają do zarzucenia przemyskiemu męczennikowi?

Po pierwsze – wspomniany udział w powitaniu wojsk niemieckich w 1941 r., w którym tak naprawdę nie ma nic specjalnie nagannego. Okupacja przez hitlerowskie Niemcy okazała się okrutna i obfitowała w zbrodnie (bezmyślne i szkodliwe nawet z punktu widzenia niemieckich interesów wojennych), ale czy to się komuś podoba, czy nie, zepchnięcie przez Rzeszę sił sowieckich na wschód w 1941 r. z perspektywy miejscowych wspólnot chrześcijańskich było wyzwoleniem, bo pod okupacją Sowietów lokalnym Kościołom groziła całkowita eksterminacja. Bolszewicy tak mocno przykręcili śrubę mieszkańcom opanowanych przez siebie ziem, iż w 1941 r. na całym obszarze określanym przez Juliusza Mieroszewskiego mianem ULB (Ukraina – Litwa – Białoruś) miejscowa ludność witała wkraczający Wehrmacht kwiatami jako wyzwolicieli. Inna rzecz, że przez tępą brutalność III Rzeszy bardzo szybko spotkało ją rozczarowanie.

Poza tym, jak wiemy od Józefa Szujskiego, „fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki”, a polityka historyczna III Rzeczypospolitej wpaja nam od lat przekonanie, iż podczas II wojny światowej nie należało politykować, tylko bez wahania szarżować z szabelką – na Niemców albo na Sowietów, a najlepiej na jednych i drugich naraz. W rzeczywistości, kiedy do walki stanęły najpotężniejsze mocarstwa Europy, żaden z ludów zamieszkujących strefę zgniotu między nimi nie mógł wiedzieć, kiedy i czym zakończy się ich wojna. Każda wspólnota musiała myśleć przede wszystkim o tym, jak przetrwać, a dalej – jak w tej sytuacji zapewnić sobie możliwie najlepsze warunki. Tomasz Gabiś napisał kiedyś, że podczas II wojny światowej na polskiej scenie politycznej działał obóz proaliancki, co było korzystne, działał obóz prosowiecki, co było korzystne, brakowało natomiast obozu proniemieckiego, co było niekorzystne. Gdyby w kraju istniał rząd współpracujący z Niemcami i osłaniający społeczeństwo podobnie jak marszałek Pétain we Francji, parę milionów zabitych mieszkańców Polski mogłoby uniknąć tego losu. Gdy Polacy obnoszą się z mianem „kraju bez Quislingów”, szczycą się swą polityczną głupotą. W tym kontekście trudno mi dopatrzeć się zbrodni – i to zasługującej na karę śmierci – nawet w działaniach mocno zaangażowanego po stronie niemieckiej „Goralenführera” Wacława Krzeptowskiego, a cóż dopiero w udziale bł. Jozafata w powitaniu niemieckich wojsk, które miało charakter gestu dyplomatycznego.

Nic godnego oburzenia nie uczynili też ze swej strony Ukraińcy, formując u boku sił niemieckich narodowe jednostki wojskowe, bo podczas wojny to one musiały być podstawowym narzędziem polityki i argumentem przetargowym. Kto potępia sam fakt ich powstania, powinien też potępiać generała Berlinga za tworzenie polskiej armii u boku wojsk sowieckich czy generała Sikorskiego za tworzenie jej pod egidą Francji, a potem Wielkiej Brytanii, czyli państw, które we wrześniu 1939 r. z pełną premedytacją zdradziły Polskę i popychały ją do samozniszczenia, by odwrócić niemieckie uderzenie od siebie samych. Czy bł. Jozafat postąpił źle, odprawiając Mszę świętą dla świeżo zaciągniętych ukraińskich żołnierzy SS i udzielając im błogosławieństwa? Sądzę, że jako biskup kierował się autentycznym poczuciem kapłańskiego obowiązku. SS-Galizien miała wyruszyć w pole i nikt nie mógł wiedzieć, ilu jej członków już stamtąd nie wróci. (Istotnie, w lipcu 1944 r. wojska sowieckie zmiażdżyły ją w kotle brodzkim. Po tym pogromie ze składu dywizji pozostały szczątki.). Waffen SS były formacją przesiąkniętą hitlerowskim neopogaństwem; umieszczenie w niej katolickich kapelanów nie należało do spraw prostych i udało się tylko w niektórych jednostkach (belgijskiej SS-Wallonien i francuskiej SS-Charlemagne). Bł. Jozafat starał się zatem opatrzyć swoich rodaków przed wymarszem na wojnę taką posługą duchową, jaką mógł. To prawda, że SS-Galizien została w 1944 r. użyta przez Niemców do pacyfikacji polskich wsi, a jej żołnierze uczestniczyli w mordach na ludności cywilnej. W jaki jednak sposób fakt ten miałby obciążać bł. Jozafata? Dywizja miała wtedy dowództwo nie ukraińskie, lecz niemieckie (ukraińscy dowódcy objęli ją dopiero w 1945 r.). Czy jego krytycy wyobrażają sobie, że już przed wyprowadzeniem ukraińskiej dywizji w pole przewidział, do czego Niemcy użyją jej w następnym roku?

Symptomatyczne, że katolickiego biskupa-męczennika odsądzają od czci i wiary te same środowiska, które zabraniają papieżowi beatyfikować Sługę Bożego arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego, bo „szkodził interesom Polski”. Niektórzy chcieliby Kościół powszechny podporządkować „interesowi narodowemu”, do tego stopnia ciasno pojmowany nacjonalizm przesłonił im uniwersalizm katolicki. Ja stoję na gruncie tego ostatniego i dlatego uważam, że ulice w polskich miastach powinny nosić imiona katolickich świętych, a zmiana nazwy ul. Kocyłowskiego stanowi krok wstecz.

„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.” (Łk 23,34)

Błogosławiony Jozafacie, módl się za nami.

 

Adam Danek