I znów poniosło mnie na wschodnie, tym razem bardzo wschodnie rubieże naszego kraju. Było święto z Polską w nazwie, a tak już się przyjęło, że gdy wypada taka patriotyczna data w kalendarzu, lubię spędzać ten dzień na Polesiu Wołyńskim nad Bugiem. Do Warszawy nie jeżdżę, nie dlatego, żeby tam była jakaś inna Polska; po prostu – bliższa ciału koszula. I intensywniejszy zapach bzu przy omszałych płotach, co nie jest bez znaczenia. I prześwietlone słońcem amfilady lasów iglastych, oszałamiających żywiczną wonią sosny. I rozgłośny zgiełk żab dochodzący wieczorem z głębokiej, parującej i frenetycznie pulsującej życiem gardzieli rzeki Bug. I tak dalej, i tak dalej … Nie o tym jednak.

Roztkliwiałam się nad meandrującą rzeką i szeroką łąką nadbużną gdzie indziej, tutaj chcę tylko zdać krótką relację z uroczystości, jaka odbyła się w malutkiej wiosce na Polesiu, pod pomnikiem Lotnego Oddziału AK „Nadbużanka”. Jest taki niewielki pomniczek, kamień właściwie, co upamiętnia lokalną daninę krwi z okresu drugiej wojny światowej. Wiadomo, Polska. Tu nawet najmniejszy skrawek ziemi musi mieć swoja martyrologiczną historię. Czasem można mieć tego dość, chciałby człowiek postawić nogę w jakimś miejscu, za które nikt nie ginął chwalebnie, ale cóż – historii się nie wybiera.

I ten pomniczek właśnie, to miejsce położone w przemysłowej niegdyś dzielnicy tej wsi zwyczajowo „obsługuje” wszystkie patriotyczne uroczystości. Nie inaczej było i tym razem – odbyło się coś, co można nazwać akademią trzeciomajową, a potem – msza.

Akademia była, oczywiście, okropna. Kiedy mówię „oczywiście okropna”, dobrze wiecie, co mam na myśli – wszyscy się starali, wszyscy się wzruszali, słońce roztapiało nas na papkę, dzieciaki robiły, co mogły, recytując egzaltowanymi głosikami (czyli tak, jak tego oczekiwali dorośli) kolejne wierszyki i śpiewając piosenki o fladze przy wtórze straszliwego, weselnego podkładu z magnetofonu. Sama się, oczywiście, wzruszyłam, słuchając, jak na oko dziesięciolatek męczy się, opowiadając o „zajadłych truciznach, pętach niezelżywych” – to chyba najlepszy wiersz ojczyźniany, wyłączając te herbertowskie, jakie znam.

Msza i kazanie miały być trzeciomajowe, ale właściwie to były o Janie Pawle II, naszym Wielkim Rodaku, ślubach jasnogórskich narodu polskiego, kardynale Wyszyńskim, księdzu Popiełuszce – wiadomo przecież. W cieniu wielkiego drzewa lipowego chórek złożony ze starszych, ale jeszcze bardzo zażywnych pań, pod keyboardowe wykonanie organisty intonował „Boże coś Polskę” i „Modlitwę Obozową”. Myśmy się przez cały ten czas rozpływali i kisili w naszych tandetnych sukienkach, poliestrowych garniturach; panom parowały wąsy, panie rozpościerały nad sobą parasolki.

Tacy jesteśmy.

Odrobinę jarmarczni, wszędzie wciskający kanonizowanego nieboszczyka Jana Pawła II, mieszający Pierwszą Brygadę z pierwszą konstytucją, Piłsudskiego ze Staszicem, wzruszający się przy bumboksowej muzyce, formujący poczty sztandarowe ze strażaków o czerwonych od wiele lat łojonego alkoholu twarzach.
Od wielu lat wbija się nas wstyd za to, że jesteśmy właśnie tacy i za to, że w ogóle jesteśmy. Tymczasem papież – Polak, pierogi ruskie i msza polowa w cieniu dorodnej lipy to tak samo dobry zestaw wyróżników kulturowych jak, przykładowo, wiatrak, rower, tulipany i van Gogh. Nie ma się ani czego wstydzić, ani po czemu kajać.

Tak; jesteśmy w dużej masie Halinami, Januszami i Grażynami; jesteśmy Sebkami, Karynami i Andżelikami. Społeczeństwo polskie nigdy nie składało się z samych Lubomirskich i Czartoryskich; żadne społeczeństwo nigdy nie składało się z samych inteligentów i arystokracji. W jednym z wierszyków zmęczonych przez dzieciarnię była mowa o tym, że w konstytucji trzeciomajowej dano chłopom prawo do bycia obywatelami, czyli – tak rozumiał to autor wierszyka – prawo do umierania za ojczyznę.

Pomijając drobne nieścisłości historyczne, coś niewątpliwie jest w tym odrobinę dramatycznym, odrobinę groteskowym i na wskroś polskim stwierdzeniu. Bo czy nie tak? Polska ziemia została skropiona krwią również moich przodków, małorolnych chłopów z Lubelszczyzny, którzy za „Zaporą” poszli do leśnej partyzantki. Nie muszę się dziś niczego wstydzić. Mam korzenie tak samo dobre i szlachetne jak herbowa arystokracja, choć role społeczne i zakres obowiązków stanu moich przodków były, naturalnie, inne.

Współczesny inteligent – monarchista czy inny prawicowy tęgi łeb mógłby wytknąć katolickiemu narodowi niekonsekwencję: oto święto masońskiej, liberalnej konstytucji; oto mówi się tutaj w tonie aprobatywnym o Kościuszce, antyklerykalnym rewolucjoniście; oto wychwala się egalitaryzację i demokratyzację, i wszystko to w klerykalno – patriotycznym sosie!

Typowy Janusz, manipulując przy wąsie nie tak zapewne wypomadowanym jak wąs monarchisty, odpowiedziałby zapewne tak: „Ja tam, panie, nie wiem. Ale mnie w szkole uczyli, i mój zdrowy rozum coś mi mówi, że ta konstytucja to musiała być dobra rzecz, skoro popierał ją i Piłsudski, i papież, i nasz proboszcz popiera też”.

Tacy jesteśmy. I jest w tym przestronnym, choć od dziesiątek lat boleśnie okrojonym kraju miejsce i dla mędrkujących inteligentów, i dla potomków herbowej arystokracji, i dla odrobinę nieokrzesanych i irytujących „nosaczy” (swoja drogą, wprowadzenie tej autoironicznej, sympatycznej ikony w obieg internetowy pokazuje, że być może wreszcie przestajemy miotać się od tromtadracji do ojkofobii i nabieramy do siebie zdrowego, tkliwego dystansu). Ale każdy, kto chciałby nas na siłę zmieniać i niby to „sublimować” tę kosmiczną mieszankę dumy z sukcesów husarii, sarmackiej buty, uwielbienia dla papieża Wojtyły i ludowej pobożności, musi się liczyć z tym, że to się nie uda.

Byliśmy, jesteśmy, będziemy – Polakami. Będziemy najlepsi, jacy możemy być w momentach zagrożenia i najgorsi dla siebie nawzajem w szarzyźnie dani codziennego. Będziemy potrzebować kogoś, kto mógłby pomóc nam to zmienić. Jasnym jest, kogo nie potrzebujemy – ani redaktorów liberalnych gazet głoszących konieczność roztopienia się w jakiejś „europejskości”, ani zachodzących od prawej flanki piewców burzenia mitów narodowych, bo masoneria, bo bezbożny nacjonalizm, bo przecież trzeba nam króla, a wiadomo, że ostatnim legalnym królem był car et cetera.

Spokojnie; mimo to pomieścimy się tutaj, w kraju przestronnym i jasnym w majowe popołudnia, rozpachnionym bzami i cichnącym w gorącą godzinę dnia, że tylko koguty na podwórkach w stanie przedrosolnym odzywają się dumnie co chwila triumfalnym: „Kukuryku!”.

 

Agnieszka Sztajer