Matuszewski: Brexit a „opcja norweska”

| 20 czerwca 2016 | 0 Komentarzy

51DVnRTgbwL._SX355_Wielka Brytania żyje obecnie debatą na temat referendum dotyczącego jej pozostania (bądź nie) w Unii Europejskiej. Przyznam, że jej poziom uważam za dalece niepokojący. De facto jesteśmy oto bowiem świadkami dwóch ordynarnych kampanii propagandowych, w których trudno o rzetelny spór, przeważa natomiast retoryka demagogicznej manipulacji i gry na emocjach, w której rząd nawet nie ukrywa swoich intencji i za pieniądze podatników drukuje oraz kolportuje do ich domów stosowne materiały.

Osią sporu jest rzecz jasna pytanie o to, co po ewentualnym Brexicie… Mocna pozycja brytyjskiej gospodarki, atrakcyjność rynku, a także niezmiennie stabilna pozycja londyńskiego City jako jednego z najważniejszych na świecie centrów finansowych pozwala sądzić, że wstrząsów nie będzie. Nikt nie jest nimi zainteresowany.   

Jest jednak faktem, że jakaś formę współpracy z państwami Starego Kontynentu w ramach instytucjonalnych, zwłaszcza gwarantujących swobodny przepływ towarów i usług, Wielka Brytania podjąć musi. Pewna grupa polityków z Whitehall dosyć rozsądnie sugeruje tzw. Flexit (od ang. flexibility – elastyczność), który polegać ma na wsparciu wychodzącej z UE monarchii brytyjskiej o inną organizację, co w przypadku negatywnego dla Unii wyniku referendum może pozwolić uchronić kraj przed potencjalnym ryzykiem ekonomicznym, a także zminimalizować straty polityczne. Najczęściej mówi się w tym kontekście o Europejskim Stowarzyszeniu Wolnego Handlu (European Free Trade Associaton, EFTA), a także wskazuje na status, jaki wynegocjowała tam dla siebie Norwegia.

EFTA miała by tu stanowić furtkę, która w przyszłości pozwoli Londynowi ubiegać się o ponowne włączenie w Europejski Obszar Gospodarczy (European Economic Area, EEA) bez nadmiernego uzależnienia kraju od brukselskiej biurokracji – a przynajmniej uzyskać dla siebie wyłączenie spod niektórych obszarów jej oddziaływania. Jakkolwiek Niemcy starają się wskazać, że podobny scenariusz w przypadku Wielkiej Brytanii będzie trudny do powtórzenia, a sceptycyzmu nie kryje także premier Norwegii, to jednak historia zdaje się twierdzić coś wprost przeciwnego.

Jednym z najczęściej powtarzanych argumentów przeciwko dołączeniu do EFTA jest konieczność partycypowania w kosztach utrzymania tego rynku bez realnej możliwości kształtowania go na poziomie decyzyjnym. Norwegia udowodniła, że nie jest to prawdą. Opublikowany przez rząd tego kraju raport z roku 2012 wskazuje, że Oslo odgrywało kluczową rolę w przygotowaniu co najmniej kilku dyrektyw. Wczesne włączenie się w proces legislacyjny, a także aktywna postawa negocjacyjna sprawiły, że Norwegowie przeforsowali swoje propozycje lub przynajmniej uzyskali korzystny dla siebie kompromis.

Krytyki nie wytrzymuje też pogląd, że Norwegia musi przyjmować wszystkie unijne regulacje. Owszem – wprowadza ich setki, ale w przypadku uznania pewnych rozwiązań za sprzeczne ze swoim interesem może odmówić ich implementacji. Co więcej: gdy Norwegowie dołączyli do EEA w roku 1994, już na wstępie uzyskali szereg ustępstw i wyłączeń spod regulacji unijnych, co pozwoliło im ochronić co najmniej kilka ważnych dla nich sektorów gospodarki. Warto zresztą podkreślić, że większość z 55 ustaw, których Oslo nie przyjęło, odrzucono jeszcze przed samym akcesem – co wskazuje na fundamentalną rolę procesu negocjacyjnego jako takiego.   

Przykładu skuteczności omówionego wyżej rozwiązania dostarcza nie tylko Norwegia. Dla przykładu: W roku 2011 Islandia uzyskała egzempcję z 349 unijnych aktów prawnych, z kolei Lichtenstein – z 1056.

Kraje EEA teoretycznie (zgodnie z artykułem 102 umowy ratyfikowanej przez poszczególnych członków wspólnoty) posiadają też prawo weta, jakkolwiek w praktyce nie jest ono stosowane. Artykuł 97 pozwala na obwarowywanie prawa unijnego własnymi ustawami.

Generalnie panuje zgoda co do tego, że EFTA – jeżeli Wielka Brytania istotnie zdecyduje się na akces do tej organizacji – jest rozwiązaniem tymczasowym, da jednak politykom czas potrzebny do dalszych negocjacji. Co najważniejsze – dzięki wprowadzeniu go w życie w razie wystąpienia z UE, kraj nadal będzie mógł korzystać z czterech głównych swobód, jakimi dysponują państwa członkowskie UE: tj. swobody przepływu kapitału, towarów i usług, a także przemieszczania się. "Opcja norweska" to również więcej czasu dla służby cywilnej, przed którą stanie zadanie przebudowy wielu ogniw systemu administracyjnego.

Zdaniem analityków optujących za stopniowym występowaniem z UE, przystąpienie najpierw do EFTA, a potem dołączenie do EEA na własnych warunkach, pozwoli Wielkiej Brytanii odzyskać kontrolę nad takimi sektorami, jak rybołówstwo, rolnictwo, wymiar sprawiedliwości, bezpieczeństwo, ochrona granic i polityka migracyjna, a także innymi, w pełni regulowanymi obecnie przez administrację w Brukseli.

Wydaje się, że w przypadku Brexitu jest to jak dotąd najlepsza alternatywa dla członkostwa w UE. Kraj, uzyskując te same, co inne państwa, przywileje związane z jednolitym rynkiem, będzie w stanie prowadzić znacznie bardziej autonomiczną politykę administracyjną i prawną. Nie jest prawdą, że rozwód z Brukselą oznacza całkowitą alienację wyspy. Londyn jest zbyt poważnym graczem, by jego pozycję polityczną i gospodarczą można było ignorować, co więcej: brytyjskie wskaźniki mikroekonomiczne zdają się utrzymywać stałą tendencję wzrostową, co czyni z Albionu atrakcyjny rynek zbytu. Brexit będzie oznaczał zmiany – to jasne, ale nie musi oznaczać rewolucji, której nikt zresztą nie chce. Pomimo propagandowych zagrywek na pokaz obydwie strony zechcą zapewne zmniejszyć straty i zachować brytyjski kapitał oraz potencjał gospodarczy tak blisko kontynentu, jak to możliwe. "Opcja norweska" może się tu okazać rozwiązaniem idealnym.   

Mariusz Matuszewski

    

 

Kategoria: Mariusz Matuszewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *