banner ad

O liście Konferencji Episkopatu Polski „O zagrożeniach”

| 30 maja 2013 | 0 Komentarzy

kepNie ukrywam, że odkąd w seminariach katolickich przestano nauczać filozofii klasycznej św. Tomasza i podstaw logicznego myślenia, wsłuchiwanie się w duszpasterskie pouczenia KEP stanowi nie tylko spore nadwerężenie dla skołatanych nerwów lecz także niezasłużoną obelgę dla racjonalnego wymiaru nieśmiertelnej duszy. „It insults my intelligence” – rzec by się chciało za Ojcem Chrzestnym.

Nie inaczej było z listem Konferencji Episkopatu Polski „O zagrożeniach naszej wiary” (5 maja 2013 r.)  będącym w istocie przestrogą o zagrożeniu sektami, który „nie jest ani ciekawy, ani tym bardziej ważny” – jak chciał go widzieć mój kolega, bogobojny katolik. Tymczasem będąc bardziej „tedious” niż „te Deum” napawa goryczą i smutkiem, jako kolejna zasłona dymna Episkopatu ukazująca brak rzetelnego rozpoznania problemu oraz – co gorsza – brak wiary w siłę Kościoła Katolickiego.

 

Coś jednak trzeba robić, wiec smaży się takie mętne epistoły, które uderzają w próżnie. Kilka kartek bicia piany w kiepskiej polszczyźnie, z nienagannymi rozróżnieniami typu moralność o charakterze perwersyjnym czy nawet dewiacyjnym, okraszonych paroma cytatami z Pisma Świętego (na ogół źle dobranym) oraz jakimś zdaniem z oficjalnych dokumentów papieskich – najczęściej Jana Pawła II [ wiedzieć wszak trzeba, że dla KEP Kościół Katolicki powstał na Soborze Watykańskim II – stąd pierwszym papieżem nie był św. Piotr ale Jan XXIII].

 

Ostrzeżenie przed sektami należy do działań rytualnych Komisji Episkopatu, przestroga spływa z ambon raz na rok przed wakacjami  i jest zawsze w ten sam deseń. Treść łatwa do przewidzenia, jak jesienna słota i kwitnienie kasztanów przed maturą. List jest wyraźnym przejawem słabości Episkopatu, co łatwo poznać analizując samą tylko strategię. Atakuje się coś, w co łatwo uderzyć, nie tykając – dla świętego spokoju – istoty fenomenu. Sekta to bardzo wygodny chłopiec do bicia, gdyż pozwolenie na lanie dała i Bruksela i Warszawa, czyli jest to wróg wskazany wcześniej przez „państwo i organa ścigania”, stąd przeciwnik bezpieczny i biskupi mogą poudawać , że dalej pełnią rolę prawdziwych pasterzy, gdy tymczasem w najlepszym wypadku strzelają z pukawki na kapiszony do śpiącego pod miedzą zająca, podczas gdy wilki i inne wygłodniałe dzikie bestie pustoszą owczarnię. 

 

Pikanterii dodaje fakt, ze KEP chcąc uchronić wiernych przed jednymi sekciarzami wysyła ich pod opiekę jeszcze większych sekciarzy – do agend państwowych na brukselskim żołdzie. Wskazuje co prawda, że pomocy można również szukać u osłabionych własną niemocą ośrodków dominikańskich, o których to współbraciach miał rzec ojciec Mieczysław Krąpiec, iż zgłupieli do reszty. Jakżeż mogą oni chronić wiernych przed sektami, skoro nie potrafią nawet chronić samych siebie. Aż ciśnie się na usta: medice cura te ipsum. Parę lat temu jeden z głównych dominikańskich ekspertów od sekt dostarczył radosnego divertimento, gdy zaczął robić to, przed czym przestrzegał: rzucił habit na rzecz duchowej “samorealizacji”. Jako rasowy Domini canis znudziwszy się stróżowaniem w Winnicy Pańskiej, wziął na się bardziej pożyteczną rolę magistri canum – instruktora od szkolenia psów.

 

Ciekawy i ważny list biskupów polskich” równie dobrze mógłby się zatem ukazać w Wyborczej, a nawet – śmiem zaryzykować – po drobnej kosmetyce, w formie wykładu przez śp. arcybiskupa Józefa Życińskiego na letniej  “Akademii Sztuk Przepięknych” na Przystanku Woodstock u doktora honoris causa Akademii Pedagogicznej w Krakowie- Pana Profesora Jerzego Owsiaka. Nota bene: laudację na jego cześć wygłaszał uczeń wybitnego specjalisty od dialogu księdza prof. Jozefa Tischnera – były co prawda ksiądz ale wybitny profesor doktor docent habilitowany Tadeusz Gadacz.

 

Tymczasem konia z rzędem temu, kto odpowie na zasadnicze pytanie: skoro Sobór Watykański II postawił na ekumenizm, otwartość i tolerancję, a pod listem przestrzegającym podpisał się Jego Eminencja biskup Romulad Kamiński, który jest ekspertem od dialogu z “religiami niechrześcijańskimi“,  to z czym Wielebni Ojcowie macie problem? Wszak to co się dzieje jest „błogosławionym owocem” Aggiornamento.

 

Skoro papież modli się z szamanami z Afryki w Asyżu, przerabiając jednego z największych świętych Kościoła na patrona ekumenizmu i ekologizmu ( w naszych czasach przerobiony św. Franciszek wałczyłby zapewne z dziurą ozonową i nadmierną emisją dwutlenku węgla, tudzież wspiąwszy się na jakąś brzózkę dzielnie  bronił z „zielonymi” bronił doliny Rozpudy), to cóż złego w tym, że młodzież przejawia zainteresowanie szamanizmem, okultyzmem, czarną magią? Czyż zielone światło dla praktyk nagannych dotyczy tylko pasterzy i owczarków?

 

Jeśli benedyktyni z Tyńca “czerpią duchowe nauki” od mnichów buddyjskich, to cóż złego w tym, że i prosta owieczka zapragnie skosztować wody z tej krynicy, popasając w międzyczasie na pastwiskach medytacji zen lub transcendentalnej jogi? Jeśli infułat Bazyliki Mariackiej w Krakowie organizuje ceremonie picia herbaty w prezbiterium kościoła, to czemuż obwiniać maluczkich interesujących się shinto? Skoro przewielebny arcypasterz lubelski, arcybiskup Bolesław Pylak  mógł latać po parafiach z wahadełkiem, powołując się przy tym na poparcie Jana Pawła II,  snuć duszpasterskie przemyślenia o bioprądach, przestawiać proboszczom łóżka na plebaniach, to cóż w tym złego, gdy i ja biegam do bioenergoterapeuty, astrologa, wróża, znachora, chiromanty?       

 

Skoro wreszcie papież przyjmuje z honorami hinduskich joginów, buddyjskich lamów, afrykańskich totemistów, kanibali, a nawet panie, których jedynym odzieniem są liście palmowe wokół bioder, to skądże to oburzenie na czyniących to samo maluczkich? Wszak daje tym samym czytelny znak, że i ja mogę od nich czerpać duchową pociechę! Mamy wszak w Kościele demokrację i kolegializm wśród braci biskupów, a z góry płynie przesłanie – quod licet Iovi, licet et bovi.  

 

Jak sie mówi “a”, trzeba powiedzieć “b”. Skoro Islam nie jest wrogiem, to czemuż guru z Indii nim jest? Skoro buddyzm nie jest wrogiem? To czemuż się czepiać „mędrca” z Chin? Skoro baptyści, luteranie, metodyści, prezbiterianie, adwentyści nie są wrogami, to czemuś atakować świadków Jehowy, munistow, bahaitow, krysznowcow et consortes. Wyjaśnijcie mi to, Mężowie Uczeni, którzy to duszpasterskie badziewie produkujecie, bo czegoś tu nie rozumiem. Teologowie katoliccy wylali może atramentu atakując dogmat o piekle i wiecznym potępieniu.

 

Autorzy listu „nie chcą popadać w obsesję zła” i „nie jest ich celem określanie jako szatańskie wszystkiego, co wywodzi się spoza kulturowych i religijnych granic chrześcijaństwa”. Problem w tym, że te kulturowe granice zostały  już dzisiaj skutecznie obalone przez sam Kościół Katolicki. Zresztą przymiotnik „katolicki” nie pada ani raz w Liście. Przypomnijmy więc sobie, jak ulegały zniesieniu „granice chrześcijaństwa.

 

Zaczęto mieszać w terminach: pojawiły się mianowicie celowo zamazane pojęcia 1) katolickość posoborowa, 2) chrześcijaństwo, 3) judeochrześcijaństwo. I tak w granicach „katolickości posoborowej ” mieszczą się dzisiaj dziwne ruchy pseudokatolickie, które rozmnożyły się jak stonka po Vaticanum Secundum;  w ramach „chrześcijaństwa” mamy tysiące sekt chrześcijańskich różnych maści, w zdecydowanej większości wrogo nastawionych wobec Kościoła Katolickiego, co nie przeszkadza prowadzić z nimi „owocnego dialogu”; w ramach judeo-chrześcijaństwa mamy nawet jawnych wrogów chrześcijaństwa bluźniących otwarcie i skrycie przeciwko Chrystusowi i Jego Matce.

 

Z wałacha nie zrobisz ogiera. Kościół dialogujący nie może być zarazem kościołem wojującym – można nieco poudawać,  porobić dobre miny do złej gry, ale swe miejsce w szeregu znać trzeba – a jest nim rola “chłopaka na posyłki” pełniącego funkcję jednej z przybudówek Państwa.

 

Nauczanie religii w szkole jest rozłożone, co najlepiej widać w samych szkołach katolickich. Maja tam co prawda katechetów, ale rodzice dzieci biegają po zaświadczenia do psychologów ( tych od Freuda i Skinnera). W Krakowie na ogół katechizują panienki po cieniutkich kursach na „pacie” tudzież  nieuki płci męskiej bez solidnych studiów teologicznych i znajomości historii Kościoła. Młodzież rozwala ich jednym pytaniem o inkwizycje, krucjaty, pasy cnoty i ius primae noctis.

 

Zresztą skąd maja czerpać wiedze nauczyciele religii, skoro większość profesury kościelnej bada Husserla i Heideggera? Nie ma żadnej przyzwoitej biografii takich łotrów jak Giordano Bruno, pożytecznych idiotów (jak Tischner) czy kutych na cztery łapy wrogów (Miłosz, Kołakowski). Ostatnio wysłuchałem uważnie wykładu księdza Dariusza Oko. Choć wykład znakomity, to jednak ręce opadają. Na wstępie podpiera się Kołakowskim! Wieęc  “studiuje” nasza młodzież takie płody myśli jak “Campo di Fiori” gdzie nasz wielki poeta stawia znak równości miedzy nazizmem a katolicyzmem, albo czyta wynurzenia Wielkiego Filozofa o tym, czy diabeł może być zbawiony. Dzisiaj katecheci, zamiast uczyć religii, zbierają karmę dla bezdomnych psów, biegają z młodzieżą do punktów krwiodawstwa, zbierają plastikowe zakrętki na niepełnosprawnych. Za parę lat będą zapewne rozdawali prezerwatywy na ulicach lub pilnowali higieny pracy w darkroomach.

 

Autorzy listu nie wiedzą czym była jezuicka inkulturacja i akomodacja. Piszą:

 

Dzieje naszej religii obfitują bowiem w doświadczenia dialogu międzyreligijnego oraz tzw. inkulturacji i akomodacji, tj. przyjmowania do chrześcijaństwa różnych elementów i wartości tkwiących w religiach niechrześcijańskich i w ukształtowanych pod ich wpływem kulturach.

 

Tymczasem inkulturacja i akomodacja nie polegały ona na przenoszeniu obcych wpływów na grunt wiary katolickiej, lecz na zaszczepianiu wiary katolickiej na wrogim gruncie pogańskim, szamańskim, konfucjańskim, buddyjskim. W islamie i judaizmie inkulturacji ani akomodacji nie było. Istniał albo stan wojny, albo chwilowego rozejmu. Tymczasem dzisiaj mamy do czynienia z ruchem w drugą stronę. Obce kulty działają na naszym gruncie i dokonują rozkładu wiary katolickiej.

 

I o ile tradycja katolicka „cywilizowała” poganiam, szamanizm, animizm, konfucjanizm, buddyzm, islam, judaizm, o tyle ruch w drugą stronę prowadzi do zubożenia i rozkładu. Cofa kraje katolickie do ich barbarzyńskich początków. To nie Chrystus ma się uczyć od Buddy, ale Budda od Chrystusa. To nie Dalaj Lama ma pouczać papieża, ale papież Dalaj Lamę. W religiach nie ma dialogu lecz walka, gradacja, hierarchia.

 

Wielebni Duszpasterze, uświadomcie to sobie dobitnie, że głównym wrogiem KK nie jest baba na rynku wróżąca z ręki ani jakiś cymbał z Indii głoszący oświecenie, lecz jady które wytwarza w swym własnym łonie sam Kościół Katolicki. Wrogiem numer jeden jesteście więc wy sami, zdrajcy w łonie Episkopatu, którzy bądź stracili wiarę, bądź chodzą na pasku wrogich potencji. Wrogiem numer dwa jest środowisko Wyborczej, Tygodnika Powszechnego (masoneria, żydzi, lewactwo, neo-bolszewia, totalitarni liberałowie, i inne diabelstwa tej maści) wspierane przez prasę, radio i telewizje. Wrogiem numer trzy są kościoły protestanckie, z którymi papież Franciszek I już ogłosił wspólne świętowanie 1517 roku. Będą zapewne wśród gości przywódcy niektórych sekt przed którymi przestrzegacie w liście.

 

Jak można dialogować z kimś, kto uważa, że Jezus siedzi w kotle wrzących ekskrementów, Matka Boża była ladacznicą (Talmud o Jezusie), papiestwo to maciora – Wielka Nierządnica (protestanci o głowie Kościoła Katolickiego), a potem narzekać, ze w kraju mamy ponad trzysta sekt ?

 

Ferdynand Dembowski

za  fides-et-ratio.pl
 


 

 

 

Kategoria: Publicystyka, Religia, Społeczeństwo, Wiara

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *