Zachwycało mnie wtedy wszystko u Anglików, co później tak bardzo irytowało i drażniło. Ich powolność i flegma. Bomba niemiecka przebija sufit jakiejś restauracji z dancingiem. Na sali trupy i gruzy, tańczyć dalej jest trudno. Anglicy stają w ogonku do szatni, swoim zwyczajem nie rozmawiając ze sobą, senni, obojętni, spokojni, nudni.”  W ten właśnie między innymi sposób Stanisław Mackiewicz w swojej kultowej już książce „Londyniszcze” opisywał Anglików. Z autopsji mogę potwierdzić że dużo (oprócz warunków wojennych) się nie zmieniło, dodam jedynie że w przeciwieństwie do Cata w ogóle mnie to nie irytuje; wręcz przeciwnie. Zacznę jednak od początku.

Dla mnie, jako jakobity (obrońcy legitymistycznej Tradycji brytyjskiej), co jest rzecz jasna synonimiczne z moją pogardą wobec quasi-egalitarnej, parlamentarnej, lub, jak kto woli, konstytucyjnej i protestanckiej (pseudo) monarchii „Zjednoczonego Królestwa”,  zrodzonej z uzurpacji Hanowerskiej, a do dnia dzisiejszego okupującej trony Trzech Królestw, czyli politycznie, wiele w tutejszym społeczeństwie się nie podoba. Oczywiście nie da się również ukryć, że Anglicy (co się bynajmniej do nich nie ogranicza) ulegają stopniowej degradacji moralno-duchowej od prawie pięciuset lat. Tragedia, chciałoby się spuentować. Ale czy na pewno? 

Mimo tego wszystkiego muszę przyznać, że jest jeszcze w nich kilka rzeczy, które da się lubić. Anglia to kraj, w którym nie było* i nie będzie krwawej i długotrwałej rewolucji, takiej która diametralnie zmieniłaby tutejsze społeczeństwo, a na sam dźwięk demagogicznych haseł „Wolność, równość, braterstwo” Anglik dostaje palpitacji serca. To nadal świat lordów, esquire’ów i baronetów – ale także taborów irlandzkich cyganów. W odmienności do reszty Starego Kontynentu zachował się tutaj zdrowy i tradycyjny podział klasowy. To widać, słychać i czuć – dosłownie, to różnica w manierach, w nazewnictwie rzeczy pospolitych, dykcji i ubioru. To zdrowy elitaryzm. Pomimo złudzenia, jakie zaczadziło angielskie umysły, od mniej więcej przeklętych lat sześćdziesiątych mininego wieku, kiedy prawie że każdy uwierzył w swoje „prawo” do edukacji uniwersyteckiej, zaobserwować można stabilny powrót to nauki zawodów fizycznych (apprenticeship) i ich praktyk.

Ów system klasowy nie jest bynajmniej zamkniętym. Są osoby, które w ramach tego systemu i dzięki swej ciężkiej pracy awansują społecznie. Stany, a później klasy, jakkolwiek wyposażone w prawa i przywileje określone prawem, niezależnie od dążeń swoich członków, nie przybrały nigdy postaci zamkniętych kast, odpornych na przepływ doń wybitnych jednostek z klas niższych. To samo także tyczy się degradacji społecznej. Co jednak najistotniejsze tzw. nowe pieniądze zawsze były źle postrzegane wśród wyższych warst tradycyjnych: jak wiadomo „kasa nie kupi klasy”. Spotykana kiedyś surowa ocena aktów podnoszenia do godności rycerskiej chłopskich synów stopniowo uległa złagodzeniu. Warunkiem nobilitacji nie była już przede wszystkim zasługa wojenna, czy służba wojskowa. Pojawiły się nobilitacje dla zasłużonych urzędników królewskich, bogatych i ukonstytuowanych kupców jak także godnych podziwu, naturalnie uprzywilejowanych osób.

Roger Scruton, spisując swój sześciopunktowy „katechizm wysokiego toryzmu”, stwierdził, że jego trzonem są następujące przekonania:

  1. wiara w legitymację zbudowaną na zwyczaju, historii i status quo, nie zaś na doktrynie;
  2. przekonanie, że mechanizmy legitymizacji nie powinny być polityczne – tj. nie powinny opierać się na publicznym głoszeniu opinii lub propagandzie – lecz społeczne, zakotwiczone w ludowej moralności, religii i uczuciach patriotycznych;
  3. wiara w rolę i wartość klasy rządzącej, połączona z poglądem, że polityka jest naturalnym żywiołem tej klasy i niebezpiecznym narzędziem w rękach każdej innej;
  4. wiara w prawomocność własności prywatnej, połączona z pewną pogardą dla majątku, który został nabyty zbyt szybko lub zbyt niedawno;
  5. przekonanie, że regulacja działalności gospodarczej leży w szerszym interesie społecznym, rodzące podejrzliwą postawę wobec niczym nie skrępowanego kapitalizmu, wolnego handlu, a może nawet uprzemysłowienia;
  6. wiara w „jeden naród” i „zasadę feudalną” (…), zgodnie z którą podziały klasowe mogą być uprawnione i korzystne, ale tylko pod warunkiem, że są miarkowane przez koncyliację i obustronne zobowiązania.

Uważam że powyższe z łatwością można nazwać jądrem prawdziwej angielskości. Jak wiadomo, tutaj też nie brakuje osobników wywrotowych, próbujących wyłamać się z istniejących schematów społecznych, aczkolwiek należą oni do marginesu. Istotnie, angielskość klas wyższych całkowicie różni się od angielskości klas niższych (chadzających do sklepu po mleko w pidżamach). Różnica ta jest czasami niezrozumiała dla części Polaków mieszkających nad Tamizą. To daleko idący efekt peerlowskiego i niemalże dziedzicznego „wyrównywania w dół”, w przeciwieństwie do tendecji tutejszych, gdzie większość aspiruje do pięcia się w górę, gdzie niższi biorą wzór z lepiej sytuowanych.

Do lubianych zaliczam również szereg rzeczy napotykanych na co dzień. Cisza i spokojne ustawianie się w kolejce na pociągowych peronach w drodze do pracy. Zamki lub ich ruiny, śniadanie angielskie, żarcie w lokalnym pubie, kufel gorzkiego piwa, naprawdę dobry dorsz z frytkami. Krakersy i budyń waniliowy. Miejskie kanały i narrowboats. Coniedzielna pieczeń z ziemniakami i gravy. Herbata, bułka z bekonem i brązowy sos, średnio wytrawne sherry i cydr. Parkowe trawiaste korty tenisowe i sklepy charytatywne. Jałowcówka (gin) z tonikiem, naleśniki z truskawkami i śmietaną. Szacunek dla wsi i popularność wiejskiego stylu. Tweed. Niezawodna punktualność pociągów, trifle, pieróg angielski, folwarki z przepięknymi ogrodami, zieleń i jeszcze raz zieleń.

 

Arkadiusz Jakubczyk

 

* Należy pamiętać o rewolucji purytańskiej [1640-60] Olivera Cromwella. Jest ona jednak potępiana przez większość tutejszego społeczeństwa.