„Oryginalność polega na powrocie do źródła”
Antonio Gaudi
Wystarczy posłuchać na żywo Jordiego Savalla, który w wieku 85 lat nadal intensywnie koncertuje, aby dostrzec rozmach wykonawczy i różnorodność repertuaru. Muzyk znany na świecie z podtrzymywania kultury baroku i renesansu równie dobrze czuje się w repertuarze klasycznym, jak i romantycznym, w muzyce etnicznej Bliskiego Wschodu i sakralnej. Scenariusze koncertów bywają skrajnie różnorodne, czasem niezwykle oszczędne w środkach wyrazu, ascetyczne, oparte na nieskazitelnym wokalu i szlachetnym brzmieniu instrumentów dawnych. Innym razem słuchacz zostaje oczarowany ferią barwnych kostiumów podczas spektakularnego widowiska wokalno-tanecznego. Bywa też, że mistrz gamby staje przy pulpicie, by poprowadzić wykonanie orkiestrowe monumentalnych utworów klasycznych we własnej interpretacji. Szerokim echem odbił się Jego zeszłoroczny „debiut”, kiedy w wieku 84 lat po raz pierwszy pojawił się w roli dyrygenta przed Filharmonikami Berlińskimi. Początkowo sceptyczna i bardzo wymagająca publiczność berlińska niechętnie widziała muzyka barokowego interpretującego kompozycje okresu romantyzmu. W tym roku z wielkim entuzjazmem przyjęła Mistrza Savalla w roli dyrygenta brawurowego wykonania „Requiem” Mozarta oraz niedawno, gdy poprowadził orkiestrę w przepięknych symfoniach Mendelssohna.
Czy zatem powrót do muzyki sprzed kilku wieków to tylko nostalgia, wsteczniactwo albo sporadyczna atrakcja w kalendarium sal koncertowych? Jordi Savall swoim zawodowym życiem udowadnia, że ukłon wobec kultury minionych epok jest powrotem do korzeni cywilizacji nie tylko po to, aby ocalić ją od zapomnienia, ale przede wszystkim po to, aby zapobiec banalizacji kultury. Utwory w wykonaniu grupy Hesperion XXI brzmią naturalnie, a muzycy wykazują szczególny szacunek w stosunku do kompozytorów, instrumentów, do samych partytur i do wiernych słuchaczy.
To Mozartowi Jordi Savall zawdzięcza wybór swojej drogi zawodowej. Jako 13 –letni chłopiec po raz pierwszy usłyszał „Requiem”. Wzruszenie jakie temu towarzyszyło sprawiło, że zapragnął zostać muzykiem („jeżeli muzyka może wyzwalać takie emocje w człowieku, to chcę zostać muzykiem”). Nauka gry na wiolonczeli zaprowadziła go do paryskich archiwów i bibliotek, gdzie odkrył bogactwo muzyki dawnej i zapomnianych kompozytorów, jak mówi: „wspaniałej muzyki, która zasnęła najgłębszym snem”. Wtedy ostatecznie po 9 latach odłożył wiolonczelę i poświęcił uwagę violi – gambie, ożywiając niegrane od lat utwory. Niektórzy uznali to wówczas za szaleństwo. Jednak Savall konsekwentnie rozwijał swoją indywidualną drogę artystyczna, dążył nie tylko do technicznej perfekcji, poszukiwał indywidualnego stylu i wrażliwości. Zrozumiał, że musi opuścić rodzinną Katalonię, jeśli chce się rozwijać muzycznie. Wyruszył do Bazylei w poszukiwaniu inspiracji i poszerzania horyzontów. Już wtedy jako świadomy muzyk przekonał swoich nauczycieli i mentorów, że chce artystyczne życie związać z gambą – instrumentem, który poprzedził powstanie wiolonczeli. Gamba sopranowa stawała się prawie eksponatem muzealnym, ustępując miejsca skrzypcom i altówce. W ogromnych archiwach młodego Katalończyka zafascynowały setki stron zapisu nutowego takich kompozytorów jak Rameau, Corelli, Lully, Purcell, Marais, Charpentier. Miejsce wiolonczeli na stałe zajęła gamba, a archiwalne, pokryte pyłem nuty, zyskały drugie życie. Głęboki dźwięk gamby dodał tym wykonaniom szczególnej wiarygodności. Ten zabieg umożliwił powrót do historycznych praktyk wykonawczych i zachowanie twórczej ciągłości.
Wydaje się zatem, że Savall pielęgnuje „artystyczną dogmatykę” i sięgając po instrumenty dawne odrzuca chwilowe mody lub współczesne interpretacje. Oszczędne środki i naturalne nagłośnienie, wydobywają z kompozycji to co wartościowe: potęgę dźwięku. Jest to dowód na to, że muzyka sprzed wieków brzmi z nadzwyczajną oryginalnością.
Jordi Savall podkreślił swoją twórczością jeszcze jeden bardzo ważny aspekt sztuki: kiedy człowiek odwiedza najsłynniejsze galerie malarstwa, pokonuje tysiące kilometrów, żeby spojrzeć na Venus Botticellego we Florencji, na doskonałe rzeźby Berniniego w Rzymie, zachwycić się kolekcją Rubensa i El Greco w Madrycie, podziwiać potężne mury Mezquity w Kordobie, obcuje ze sztuką skończoną, absolutną i doskonałą. Muzyka jednak pozostaje żywa i nieustannie może ewoluować, nie można jej zamknąć w muzeum, do istnienia potrzebuje sceny i wykonawców. Mimo, że zapis partytury pozostaje niezmieniony przez wieki, muzyk narzuca swoją interpretację utworu. To sprawia, że każdy koncert ma szansę stać się innym, wyjątkowym przeżyciem. Savall powiedział, że muzyka staje się sztuką wtedy, kiedy się ją gra i śpiewa, czyli kiedy muzyk ożywi nuty swoimi umiejętnościami, ale też interpretacją i wrażliwością. Zauważył też, że sztuczna inteligencja go nigdy nie zastąpi, ponieważ nie odtworzy jego emocji podczas wykonania utworów na żywo. Nie tylko perfekcyjne wykonanie kreuje muzykę, również afekty, emocje artysty, reakcje publiczności, decydują o wyjątkowości koncertu, o jego niepowtarzalności.
Co sprawiło, że Jordi Savall całe życie pozostał wierny muzyce u jej źródeł? Dlaczego ocalił od zapomnienia instrumenty dawne, a nie został wybitnym wiolonczelistą? Ma to głębsze znaczenie, nie jest to tylko poszukiwanie artystycznej niszy, ale docieranie do głębszego znaczenia muzyki oraz wpływu na życie i losy ludzi. Muzyka dawna jest mocno zakorzeniona w historii. Savall zaznaczył w swojej twórczości m.in. historię Żydów sefardyjskich, którzy po rekonkwiście w 1492 roku mocą edyktu z Alhambry wydanego przez katolickich królów: Izabelę i Ferdynanda, musieli opuścić Hiszpanię. Savall poświęcił tej historii album „Diáspora Sefardi”, a pieśni śpiewane w starohiszpańskim języku ladino z elementami hebrajskimi, opowiadają dramatyczne losy tej grupy etnicznej. Mistrz chce w ten sposób pokazać istotną, prawie terapeutyczną rolę, jaką odgrywa muzyka w życiu człowieka. Jednocześnie pieśni te tylko z pozoru są reliktem przeszłości. Wykonywane współcześnie mają tę samą dramatyczną siłę przekazu, jednocześnie dając nadzieję.
Podobnie ważne miejsce, ale w innym środowisku, zajmowała muzyka towarzysząca przez tysiące lat niewolnikom. Savall opowiedział historię niewolnictwa w sposób spektakularny. Stworzył z rozmachem wielki koncert „Un mar de musicas – morze muzyki”. To barwny spektakl z ogromną ilością wokalistów, instrumentalistów i tancerzy. Pieśni i tańce kreolskie pozwalały niewolnikom zachować pewien optymizm w dramatycznej sytuacji życiowej, pomagały przeżyć we wspólnocie, odwrócić uwagę od krzywd, wykorzystywania, poniewierki.
Jeszcze bardziej sięgając do korzeni muzyki i sztuki pochylił się mistrz Savall nad tradycyjnymi utworami Dalekiego Wschodu i na płycie Orient Occident połączył w, wydawałoby się niemożliwy dialog, kulturę judaizmu, chrześcijańską i muzułmańską. Wykreował muzyczny ekumenizm, na jednej scenie skupiając muzyków z kilku kontynentów i kultur, którzy w finale grają razem w harmonii. Jordi Savall chce podkreślić uniwersalizm dźwięków, bezkonfliktowość sztuki. Nikt sztuką nie może zawładnąć, żadna pojedyncza kultura nie jest wyłącznym generatorem sztuki. To dziedzina, która czerpie z wpływu wielu kultur, tożsamości i historii narodów. A sama muzyka? „Jest sztuką pamięci i sztuką dialogu, nie ma znaczenia politycznego” – mówi artysta. Ten szacunek nie ogranicza się tylko do pielęgnowania własnych korzeni. Znajduje on swój wyraz także w pełnej otwartości na inne kultury i ich autonomię.
Rdzeniem tej twórczości, wydawałoby się niszowej, ale gromadzącej licznych słuchaczy, jest szacunek dla dziedzictwa kulturowego ze szczególnym uwzględnieniem tradycji chrześcijańskiej. Niewielu jest artystów, którzy z taką konsekwencją nagrywają pasje (wg św. Jana i św. Mateusza), msze, litanie czy monumentalne dzieła wokalno-instrumentalne, jak kantyk Charpentiera poświęcony życiu Maryi. Ich koncertowe wykonania to artystyczne mistrzostwo: opierają się na doskonałym warsztacie wokalnym i nieskazitelnej czystości dźwięku, rezygnując ze scenografii lub zbędnych efektów, które mogłyby rozpraszać słuchacza.
Obecnie Jordi Savall, 85-letni muzyk – wirtuoz, dyrygent, autorytet i nauczyciel, kontynuuje swoją podróż przez największe sale koncertowe świata, zachwycając kolejne pokolenia. Nadal rozwija swoje zespoły: Hesperion XXI, grupę wokalną La Capella Reial de Catalunya i instrumentalistów z Le Concert des Nations. Pracuje nad nowymi projektami i chce kształcić młodych muzyków po to, aby ocalić od zapomnienia nie tylko repertuar, ale także wykonania koncertowe, które nie podlegają uproszczeniom. Dziesiątki przyznanych wyróżnień, doktoraty honoris causa, 6 nominacji do nagród Grammy (jedna statuetka za „Dynastię Borgiόw“), a w tym roku nagroda Ernsta von Siemensa za osiągnięcia życia jedynie potwierdzają to, że Savall jest artystą spełnionym.
Swoją dyscyplinę podtrzymuje nadal, nie poszukuje muzycznych eksperymentów, nie improwizuje. W epoce, która dźwięk sprowadza tylko do tła albo redukuje muzykę wygenerowaną przez algorytm do banału, mistrz gamby sięga do fundamentów sztuki i nie ma w tym nic sentymentalnego. Jordi Savall powraca do jej najbardziej tradycyjnej, a zarazem wiarygodnej formy, pełnej pasji.
Współczesna publiczność oczekuje nowatorskich brzmień, a instrumentaliści klasyczni chętnie prezentują awangardowe wykonania. Jordi Savall, w opozycji do tych tendencji, sięga po barokowy, dla wielu muzealny instrument- eksponat, z naturalnym brzmieniem. To jest jego credo, dzięki niemu wybrzmiewa prawdziwy geniusz kompozycji. To wielkie przeżycie i ukojenie dla duszy, móc usłyszeć dźwięki skomponowane przed wiekami w wykonaniu tradycyjnym, których fenomen wydobywa akustyka sal koncertowych. Zgodnie z maksymą Antoniego Gaudiego, prawdziwa oryginalność niekoniecznie powstaje z twórczej abstrakcji, ale najczęściej jest powrotem do źródła i płynącej z niego prawdy.
Maria Czapiga
