Gertrud von le Fort nie pasuje do żadnej z kategorii, którymi zwykliśmy opisywać wielkich pisarzy XX wieku. Nie był nią skandal, prowokacja ani bunt. Była głębia — i to głębia rodzaju, który dziś rzadko się spotyka, bo wymaga od czytelnika, żeby sam miał w niej jakiś udział.

Urodzona w 1876 roku w Minden w rodzinie szlacheckiej o hugenockich korzeniach, przez wiele lat pozostawała w orbicie protestanckiego pietyzmu i akademickiej filozofii religii — studiowała m.in. u Ernsta Troeltscha. Katolicyzm przyjęła w 1926 roku i nie był to gest estetyczny ani intelektualny kaprys. Szukała gruntu, na którym można oprzeć nie tylko twórczość literacką, ale i życie człowieka — i znalazła go tam, gdzie wielu jej współczesnych w ogóle nie szukało. Widać to w każdej jej książce: wiara von le Fort jest wiarą przemyślaną i przeżytą, nie odziedziczoną bezmyślnie ani przywdzianą jak kostium. Literatura, którą tworzyła, jest teologicznie zakorzeniona, ale bynajmniej nie dewocyjna. Nie znajdziemy tu słodkich książeczek do nabożeństwa ani prozy, która głaszcze zamiast wymagać. Jest za to dramat wiary — ostry, intensywny, przeżyty przez postaci stojące na granicy między doczesnością a wiecznością.

„Hymny do Kościoła” — zanim jeszcze

Ważny tom poetycki von le Fort — Hymny do Kościoła — ukazał się w 1924 roku, dwa lata przed jej formalnym przejściem na katolicyzm. Pisze tu głosem duszy, która dopiero zbliża się do Kościoła jak do oblubienicy — z bojaźnią, miłością i przeczuciem, że to spotkanie będzie decydujące.

Metafora oblubienicy powróci w jej twórczości wielokrotnie, bo von le Fort rozumie kobiecość nie jako społeczną rolę, lecz jako metafizyczną kategorię. Kobieta jest u niej obrazem duszy wobec Boga — receptywna, oddana, zdolna do pełnego daru z siebie. To wizja, która dziś budzi sprzeciw feministycznych krytyków, ale kto ją uczciwie przeczyta, odkryje w niej nie pomniejszenie kobiecości, lecz jej wyniesienie.

„Chusta Weroniki” i „Wieniec aniołów”

Dylogia złożona z Chusty Weroniki (1928) i Wieńca aniołów (1946) to prawdopodobnie najbardziej osobiste dzieło von le Fort, choć ona sama chyba nigdy tego wprost nie potwierdzała. Bohaterka, młoda Weronika, dorasta w środowisku rzymskiej inteligencji przełomu XIX i XX wieku — świecie pełnym estetyzmu, fascynacji antykiem, dystansu do chrześcijaństwa jako czegoś, co się przeżyło. Pisarka nie karykaturuje tego środowiska. Daje mu pełne prawa i pełny głos — co sprawia, że droga Weroniki ku wierze jest tym bardziej wiarygodna. Nie ucieka ona od czegoś miernego, lecz wybiera coś, co uważa za prawdziwsze.

Tytuł pierwszego tomu odsyła do opowieści o chuście, na której odcisnęła się twarz Chrystusa — każda dusza nosi na sobie możliwość takiego odcisku, pytanie tylko, czy chce go rozpoznać. Drugi tom, Wieniec aniołów, pisany już w cieniu nazizmu i wojny, zamyka historię Weroniki w zupełnie innym klimacie. Von le Fort nie mówi tego wprost, ale przywołane dzieła są jedną długą odpowiedzią na pytanie, co się dzieje z człowiekiem, który chce żyć bez Boga — i co się dzieje z Europą, która postanowiła spróbować.

„Ostatnia na szafocie”

Die Letzte am Schafott (1931) opowiada o Blanche de la Force, nowicjuszce karmelitańskiej gilotynowanej podczas terroru rewolucji francuskiej. Blanche przez całe życie cierpi na rodzaj paraliżującego lęku — lęku przed wszystkim, przed życiem, przed śmiercią, przed własną słabością. I to ona ostatecznie zginie za wiarę.

Von le Fort pisze o tym bez sentymentu i bez taniego pocieszenia. Odpowiedź, którą daje, jest paradoksalna i głęboko chrześcijańska: łaska nie znosi słabości — ona przez nią działa. Blanche, ta wiecznie bojąca się, ta „ostatnia”, staje się ostatecznie pierwsza — bo oddaje Bogu właśnie to, co ma: swój lęk, swoją małość.

Nowela zainspirowała Bernanosa do napisania Dialogów karmelitanek, a Poulenca do skomponowania na ich podstawie opery.

„Papież z getta”

Der Papst aus dem Ghetto (1930) to powieść historyczna o Anaklecie II, XII-wiecznym antypapieżu pochodzącym z ochrzczonej rodziny żydowskiej. Brzmi jak suchy temat dla historyków Kościoła — a okazuje się jedną z najbardziej żywych i niepokojących książek von le Fort.

Pisarka nie dokonuje prostych ocen i nie uprawia moralizatorstwa. Zamiast tego stawia pytanie, które wisi nad każdą epoką: czym jest tożsamość, gdy historia żąda od człowieka wyboru między korzeniami a powołaniem? Anaklet jest postacią tragiczną — człowiekiem zawieszonym między dwoma światami, między synagogą a Kościołem, między krwią a chrztem. Von le Fort traktuje naród żydowski z szacunkiem i należną powagą — widzi w nim nieusunięte piętno wybrania, tajemnicę, której Kościół nie może ani zignorować, ani pochopnie rozwiązać. Napisana w 1930 roku, gdy antysemityzm w Niemczech stawał się doktryną państwową, powieść ta była gestem odwagi — cichym, eleganckim, ale czytelnym dla każdego, kto chciał czytać ze zrozumieniem.

„Gody magdeburskie”

Rok 1631. Wojska cesarskie zdobywają i pustoszą Magdeburg w jednej z najbardziej krwawych rzezi wojny trzydziestoletniej. Von le Fort sięga po ten historyczny kataklizm, bo widzi w nim moment, w którym historia odsłania swoją nagą twarz i pyta każdego człowieka z osobna, po której stronie stoi.

Tytułowe „gody” to nie wesele radosne, lecz mistyczne — zaślubiny miasta, wspólnoty i duszy z losem, który przerasta ludzką miarę. Bohaterka, młoda Erdmuth, musi wybrać między miłością do człowieka a wiernością wierze i sumieniu, gdy wokół niej płonie wszystko, co znała. Nie ma tu wyjścia, które by nic nie kosztowało, nie ma ocalenia taniego i wygodnego.

Powieść powstawała w 1938 roku — i trudno nie czytać jej jako alegorii ówczesnych  Niemiec. Von le Fort pisała o tym, że istnieje porządek moralny, którego żadna przemoc nie może ostatecznie unicestwić, i że człowiek jest za ten porządek odpowiedzialny nawet wtedy — zwłaszcza wtedy — gdy historia wydaje się całkowicie wymknięta spod kontroli.

„Zapiski i wspomnienia”

Wydane po raz pierwszy w 1951 roku Aufzeichnungen und Erinnerungen to książka inna w tonie od całej reszty dorobku von le Fort — spokojniejsza, kontemplacyjna, pozbawiona dramatycznego napięcia powieści. To nie jest klasyczna autobiografia, gdyż brak tu chronologii, rozrachunków, czy też zwierzeń obliczonych na bezpośredni efekt. Jest za to zapis tego, jak dojrzały umysł wraca do źródeł własnej wrażliwości i wiary. Wraca do Prawdy.

Von le Fort pisze o domu rodzinnym nie jako o miejscu, lecz jako o relacji — o rodzicach, krajobrazie, ciszy, pierwszych lekturach. Szczególne miejsce zajmuje świadectwo jej drogi ku katolicyzmowi. Opisuje je nie jako nagły przełom, lecz jako powolne dojrzewanie do prawdy, która od dawna była w niej obecna, tylko czekała na rozpoznanie. Obok wspomnień znalazły się w tomie eseje i recenzje literackie pisane z ogromną uważnością — von le Fort nie streszcza czytanych dzieł, lecz dotyka ich istoty, pytań o winę, sumienie, dobro i zło, miłość i odpowiedzialność. Jedno zdanie z tej książki mogłoby być mottem całej jej twórczości: głos serca, nawet w swoich najmniejszych i pozornie ulotnych wyrazach, sięga ostatecznie dalej niż wszelkie zewnętrzne hałasy historii.

Von le Fort pisze językiem bogatym, rytmicznie ukształtowanym, pełnym biblijnych reminiscencji i średniowiecznych rezonansów. Czyta się ją jak muzykę polifoniczną — każde zdanie ma swój głos, swoje napięcie, swoje rozwiązanie. Krytycy mówili o jej stylu „katedralnym” i coś w tym jest. Proza ta rzeczywiście organizuje przestrzeń wokół pewnego centrum, skupia uwagę, nie pozwala na pobieżne czytanie. Bywa jej zarzucane także archaizowanie, ale jest ono świadome i celowe — von le Fort pisała o rzeczach, które jej zdaniem mają charakter wieczny, i nie zamierzała tego robić językiem felietonu.

Na koniec — o wydawnictwie Ancilla

W epoce, gdy literatura niemiecka szarpała się między ekspresjonizmem, Nową Rzeczowością a nazistowską propagandą, von le Fort pisała swoje powieści o karmelitankach, antypapieżach i dziewczynach szukających Boga w Rzymie. Nie pasowała do żadnego obozu i żadna epoka jej nie zagarnęła. Może dlatego jest dziś mniej czytana, niż zasługuje.

Jej książki są wymagające nie dlatego, że trudne formalnie, lecz dlatego, że nie dają czytelnikowi spokoju. Kto je czyta uczciwie, odkrywa przy okazji, ile rzeczy w swoim życiu woli nie dotykać.

Tym cenniejsza jest inicjatywa wydawnictwa Ancilla, założonego przez Annę Maternowską-Frasunkiewicz — tłumaczkę i lingwistkę, która z pasji do języków i literatury uczyniła projekt wydawniczy. Z cichej inicjatywy, by dzieła dotąd nieobecne w języku polskim mogły dotrzeć do rodzimych czytelników, narodziła się idea powołania własnego wydawnictwa. Szczególne miejsce w jej dorobku zajmuje twórczość von le Fort, której dzieła przekłada z troską o wierność słowu i duchowi oryginału. Sama nazwa wydawnictwa nawiązuje do słów Maryi z Ewangelii według św. Łukasza — Ecce ancilla Domini — a jego misją jest służba polskim czytelnikom i położenie cegiełki pod odbudowę kultury chrześcijańskiej w Polsce.

Artur Górecki