Wysiadłem w pobliżu Łuku Triumfalnego, gdzie wyryty zostało nazwisko mojej szkolnej koleżanki. Jej przodek walczył w armii Napoleona i był jednym z przywódców powstania listopadowego. Prę naprzód, mijam Luwr, a dalej Katedrę Notre Dame na Île de la Cité. Wysepki tej bronił pradziad, w prostej linii męskiej, obecnego Gospodarza – Odon I. Było to ponad tysiąc sto lat temu, od tamtej pory wiele się zmieniło. Przybyło wielu Arabów, Murzynów, Azjatów i anglojęzycznych Europejczyków, a gdzie podziewają się rodowici Francuzi? Chwilami trudno ich dostrzec pośród tłumów przemierzających miejskie bulwary.

Po dwóch godzinach pieszej wędrówki wśród dziewiętnastowiecznej, haussmanowskiej zabudowy ukazuje mi się średniowieczne cudo. Maison de Faucher i du Mouton, szesnastowieczne budynki, których korzenie sięgają wieku czternastego. Zatrzymuję się na chwilę przy tym niemym świadku minionych lat. Dwie smukłe budowle, jedna niższa od drugiej, przywodzące na myśl nierówne wieże Kościoła Mariackiego w Krakowie. Może ktoś z okien tych domów patrzył na ostatnich królów z dynastii Kapetyngów podążających ulicą w barwnym orszaku? Ciekawe, co domy te powiedziałyby o dzisiejszej Francji, gdyby tylko potrafiły mówić?

Dnia 17 stycznia Roku Pańskiego 2026 znalazłem się w autobusie zmierzającym z lotniska Beauvais do Paryża. Słońce już zaszło, więc nie mogłem przez okno podziwiać odwiedzanego kraju, a fakt, że znalazłem się we Francji, jeszcze do mnie nie dotarł. Przed samą podróżą mój telefon uległ uszkodzeniu. Było to być może zwykły pech, mógł jednak zniweczyć całe przedsięwzięcie. W ostatniej chwili zaopatrzyłem się w nową komórkę, ale ostatecznie zdążyłem na lot. Nic nie mogło mnie powstrzymać przed tą podróżą. Zbyt ważna była uroczystość, na której zamierzałem się zjawić. W autobusie obojętnie przysłuchiwałem się rozmowie dwóch siedzących przede mną turystek planujących, które z atrakcji Paryża odwiedzą w pierwszej kolejności. Ja nie przybyłem do stolicy Królestwa Francji by podziwiać zabytki – stanowią one niezwykle cenne, nieożywione świadectwa przeszłości, ale dziedzictwo Francji można nadal odnaleźć w formie żywej. Przyjechałem tutaj, żeby spotkać się z Gospodarzem.

Noc spędzam w bardzo skromnym, ale eleganckim budynku wzniesionym w wieku kardynała Richelieu i Trzech Muszkieterów, w wieku króla Słońce. To właśnie Ludwik XIV wysłał niegdyś swego wnuka, przyszłego Filipa V, by objął tron Hiszpanii. Później potomkowie Filipa przejęli prawa również i do francuskiej korony, gdy główna linia Burbonów wymarła.

Wstaję wcześnie i przy śniadaniu piszę list, którego nie zamierzam wręczyć, bo nie spodziewam się nawet zamienić słowa z jego niecodziennym adresatem. Znów podejmuję wędrówkę, właściwie wracam po wczorajszych śladach. Paryż jest przepiękny, zapierający dech w piersiach. Czysty i spokojny, zupełnie nie taki, jakiego się spodziewałem. Na ulicach niedzielne pustki. Znalazłem się na Placu Zgody. Cóż za ironiczna, godna Związku Sowieckiego nazwa. W tym strasznym miejscu zamordowano więcej ludzi, niż lat upłynęło od koronacji Robertynów i Hugona Kapeta. Tutaj ścięto głowę jego potomka Ludwika XVI i jego żony.

Na środku placu stoi wielki obelisk Ramzesa II, podarowany Karolowi X, ostatniemu z prawowitych królów panujących w Paryżu, przez wicekróla Egiptu Muhammada Alego w 1830 r. Pod nim otyła Murzynka wypina się do obiektywu aparatu. Widok jest surrealistyczny, patrzę na boleśnie dosłowną metaforę, alegorię naszej smutnej rzeczywistości.

Po chwili przygnębienia znów odzyskuję werwę. Zbliża się rocznica śmierci Ludwika XVI, a ja idę na mszę za jego duszę. Okazja jest bolesna, ale liczę na to, że oczekiwany przez wszystkich Gość przyniesie ze sobą nadzieję i pokaże, że nie wszystko jest stracone. Mijam kwartał za kwartałem i w końcu docieram do takiego który zamiast budynków mieści w sobie drzewa. Zza nich widać zarysy niskiego muru otaczającego Kaplicę Pokutną.

Pod bramą wejściową zebrało się już kilkanaście, a może kilkadziesiąt osób, wśród nich kilku legitymistów z białą opaską ozdobioną złotym kwiatem lilii na ramieniu. Z czasem ludzi przybywa, niektórzy wyciągają kamery i aparaty, więc już bez większych oporów wyjmuję własny i zaczynam robić zdjęcia. Do bramy podchodzą jakieś osoby, a ich nazwiska wyczytywane są z listy. Nie wiem kim są ci ludzie, może przedstawicielami starej francuskiej arystokracji? Im przypadnie przywilej zasiadania wewnątrz niewielkiej kaplicy. Cała reszta, w tym ja, mszy słuchać będzie na zewnątrz, w obrębie jej murów. W oczekiwaniu na wpuszczenie robię zdjęcia napisu widniejącego nad wrotami:

“Król Ludwik XVIII wzniósł ten budynek by uświęcić miejsce, w którym przez 21 lat znajdowały się doczesne szczątki króla Ludwika XVI i królowej Marii Antoniny. Zostały one przeniesione 21 stycznia 1815 r. do królewskiego grobowca w Saint Denis. Kaplica została ukończona drugiego roku panowania króla Karola X, Roku Pańskiego 1826”.

W końcu drzwi otwierają się na oścież i wszyscy możemy wejść. Do kaplicy prowadzi prosta alejka flankowana po obu stronach rzędami róż, które oczywiście już dawno przekwitły. Ustawiamy się na trawie za nimi po obu stronach. Panuje straszny ścisk, wierni przybyli tłumnie. Kilka kolejnych minut oczekiwania dłuży się, podczas gdy spóźnieni goście zmierzają jeszcze do wnętrza kaplicy. Wśród nich jest tylko kilkoro dzieci, w większości to starcy, niektórzy wymagają pomocy, by dostać się do środka po stromych schodach świątyni. Czuję niepokój. Czy na pewno jestem we właściwym miejscu, o właściwym czasie? Po dłuższej chwili zbierania się na odwagę podchodzę do młodej pary stojącej w pobliżu i po francusku zagaduję:
– Czy wiecie może, czy zjawi się tu książę Andegawenii?
– Tak, będzie tutaj.

To mnie trochę uspokoiło mimo, że moi rozmówcy nie wiedzieli czy istnieje choćby cień szansy na przywitanie się z królem po mszy. Rozmyślania przerwał mi widok ubranego na szaro, około pięćdziesięcioletniego mężczyzny, który wszedł w obręb murów i powolnym krokiem zaczął zmierzać do wnętrza kaplicy. Nikt mu nie towarzyszył. Zapadła cisza. Niektórzy z czcią pochylali głowy, gdy postać przechodziła obok nich. Nie było powitań ani okrzyków radości, gdyż zbliżał się czas rozpoczęcia mszy. W tej chwili najważniejsi byli umarli – Ludwik XVI i inne ofiary krwiożerczej Rewolucji.

Uroczystość zaczyna się, a ja swoim niewprawnym uchem próbuję wychwycić francuskie słowa. Nagłośnienie nie jest najlepsze i czasem trudno mi odróżnić, co jest po francusku, a co po łacinie. Wielokrotnie skłaniamy głowę i wiele razy robimy znak krzyża. Rozpoczyna się łacińskie Pater noster, tutaj z pewną dumą mogę się włączyć. Znajomość tekstu zawdzięczam swojemu ojcu. Przekazujemy sobie znak pokoju nie podając dłoni. Klęczy się długo, bardzo długo, chociaż w tym ścisku nie wszyscy są w stanie znaleźć sobie miejsce Klęczymy w miejscu, gdzie gniły ciała najniewinniejszego z ziemskich królów i jego równie niewinnej żony. W miejscu, w którym do wykopanego naprędce dołu wrzuceni zostali zmasakrowani gwardziści szwajcarscy, którzy nawet po śmierci strzegli tu swego pana. Ciało Ludwika XVI przeniesiono do bazyliki w Saint-Denis, ale oni zostali i na ich ciałach rosną krzewy róż.

Piękny śpiew kościelnego chóru zaalarmował najpewniej mieszkańca pobliskiej kamienicy. Otworzył okno i w szlafroku, niczym papież “pobłogosławił” nas z góry, szydząc z czegoś, czego zapewne nigdy nie zrozumie. Po około półtorej godziny msza się kończy, lecz jeszcze nikt nie wychodzi, wszyscy czekają. Nagle we wrotach kaplicy zjawia się spadkobierca Kapetyngów, już nie jako niepozorny mężczyzna jakich wielu na świecie, nawet nie jako książę Andegawenii – chociaż właśnie tym kurtuazyjnym tytułem posługuje się na co dzień. Z kaplicy wychodzi autentyczny król.

Król Francji i Nawarry Ludwik XX, potomek Ludwika XIV i jego wnuka Filipa, który zasiadł na tronie Hiszpanii. Potomek Odona I i Hugona Kapeta, Filipa II Augusta i Świętego Ludwika. Ludwik Alfons Burbon, prawnuk Henryka IV, prawowity opiekun wszystkiego, co nas otacza w promieniu setek kilometrów. Jego pojawienie się to sygnał, że czas smutku się skończył i po żałobnej mszy można pozwolić sobie na odrobinę radości. Ogłuszający okrzyk “Vive le roi !”, “Niech żyje król!” wnosi się, słabnie, a następnie powraca z coraz to większym impetem.

Patrzę na Ludwika XX przez obiektyw aparatu i dołączam się do chóru głosów. Jakiś bardziej rozochocony człowiek do klasycznego “Vive le roi !” dodaje równie klasyczne “À bas la republique !”, “Precz z republiką!”. Krzyczę tak głośno na ile pozwala mi odwaga i oddech w płucach, ale gdzieś z tyłu inny głos przebija się przez wszystkie i z iście francuskim, warczącym “r” nie przestaje krzyczeć: “VIVE LE R-R-ROI !”. Prawdziwy ultrarojalista, właśnie takich potrzebujemy.

Krzyki ustają, a król wychodzi z kaplicy. Ja stoję wśród ludzi i choć chciałbym wybiec na zewnątrz, muszę powoli podążać za wychodzącym tłumem. Nadal mam płonną nadzieję, że zastanę go przed murami kaplicy, ale wyjście trwa długo i stopniowo przestaję w to wierzyć. Trudno, spróbuję ponownie na Marszu dla Życia, który odbywa się zawsze tego dnia w Paryżu. A jednak! Wychodzę na zewnątrz i zauważam potężną kolejkę, prowadzącą do stojącego pod drzewami króla. Moja wyprawa dotarła do momentu kulminacyjnego. Ludwik XX jest już ponad pięćdziesięcioletnim mężczyzną. Wysoki, kiedyś uchodzący za bardzo przystojnego, teraz o bardziej ojcowskiej aparycji, głaszcze po głowie małe dziecko, które ktoś wziął na ręce, by przywitać się ze swoim królem. Niektórzy skłaniają przed nim głowę i ściskają mu dłoń, niektórzy dodatkowo proszą o wspólne zdjęcie. W końcu przychodzi pora na mnie, więc wypowiadam klika zdań, które pozwoliłem ułożyć zawczasu:

„Bonjour Monseigneur, je viens de Pologne. Les royalistes polonais sont avec vous. Je suis très heureux de vous rencontrer, Monseigneur”.

“Dzień dobry Wasza Wysokość. Przyjechałem z Polski. Polscy monarchiści są z Wami! Wasza Wysokość, jestem bardzo szczęśliwy, że mogę was spotkać”.

Król przywitał mnie szerokim uśmiechem przeznaczonym dla każdego, kto do niego podchodzi. Słuchając mojej wypowiedzi kiwał lekko głową, a następnie, zaskoczony moją narodowością, dopytał – Pologne ?[1] Zanim odszedłem, ktoś wręczył mu list. To był znak, dzięki któremu odważyłem się wręczyć swój. Napisałem w nim kilka zdań zapewniających króla o moim poparciu dla jego sprawy ale też o moim wielkim zainteresowaniu jego dynastią, pod kątem historycznym. W ciągu minionych lat poświęciłem bardzo dużo czasu na lekturę biografii francuskich władców i poszerzanie wiedzy na temat epok, w których panowali.

W taki właśnie sposób poznałem króla Francji Króla urodzonego 25 kwietnia, dokładnie 760 lat po jego przodku i wzorze chrześcijańskiego monarchy, świętym Ludwiku IX. Ludwik XX nie jest obecnie królem Hiszpanii tylko przez niefortunne zrządzenie losu. Powikłania po operacji uszu jego dziadka, którą przebył we wczesnej młodości, uczyniły go głuchoniemym. Z tego powodu, on i jego potomkowie zostali niesłusznie odsunięci od tronu. Ze strony swojej matki Ludwik Burbon jest prawnukiem Francisco Franco i na co dzień rezyduje w Madrycie, posiada jednak podwójne obywatelstwo hiszpańsko-francuskie. Książę Andegawenii jest również krewnym naszej św. królowej Jadwigi Andegaweńskiej. Oboje pochodzą od Ludwika VIII Lwa, jednak Ludwik XX wywodzi swój rodowód od jego starszego syna Ludwika Świętego, Jadwiga zaś pochodzi od syna młodszego – króla Sycylii Karola I Andegaweńskiego.

Jak doszło do tego, że ktoś staje się jednocześnie królem Francji i Hiszpanii? Czym jest królestwo Nawarry? Nie czas teraz na lekcję historii, jednak należy wspomnieć o jednej, fundamentalnej zasadzie obowiązującej w królestwie Francji. Stanowi ona, że jej władcą jest każdorazowo głowa panującej dynastii, a ściślej rzecz ujmując, przedstawiciel najstarszej gałęzi w linii męskiej. Nie chodzi tu oczywiście o starszeństwo wiekiem, tylko o pochodzenie od najstarszego z synów. Dwieście lat temu najstarsza z gałęzi była linia Karola X, lecz zmieniła ona niedługo potem, gdy bezpotomnie umarł jego wnuk Henryk V. Wszyscy oni pochodzili od najstarszego wnuka Ludwika XIV, Ludwika księcia Burgundii (1682-1712). Po wymarciu jego potomków korona przeszła, niejako automatycznie – jest bowiem niedysponowalna, na dziedziców jego młodszego brata Filipa, znanego jako Filip V Hiszpański.

Pamięć o tej wspaniałej i starożytnej historii miałem z tyłu głowy, gdy po zrobieniu zdjęcia z królem ostatni raz uścisnął mi rękę, a ja ustąpiłem miejsca kolejnej osobie w kolejce. Nie wiem jakie wrażenie zrobiłem na Jego Królewskiej Mości, ale wewnętrzna pycha każe mi wierzyć, że mógł mnie zapamiętać. Jeszcze przed powrotem do Polski wziąłem udział w Marszu dla Życia, który rozpoczynał się na Placu Vaubana. Zauważyłem na nim wiele twarzy, które zapamiętałem z kaplicy. Na marszu był obecny również i Ludwik XX, o czym świadczą zdjęcia zamieszczone przez wiernych mu Francuzów w sieci. Ja niestety już go nie spotkałem wielotysięcznym tłumie maszerującym ulicami jego miasta. Nie miałem czasu szukać, musiałem wracać na lotnisko. W Polsce czekał na mnie przeszywający dziesięciostopniowy mróz, tym trudniejszy do zniesienia, że w Paryżu było o dwadzieścia stopni cieplej. Nie miało to już dla mnie jednak większego znaczenia wobec spraw ważniejszych.

Póki jest król, a dynastii Burbonów nie grozi wymarcie – ba, jest ona coraz liczniejsza – póty jest nadzieja. Nadzieję umacnia również fakt, że na coroczną mszę za dusze Ludwika XVI z roku na rok przychodzi coraz więcej osób. Tym razem pojawił się tam przynajmniej jeden Polak, ale kto wie co przyniosą kolejne lata? Być może pewnego dnia polska delegacja przyłączy się do płomiennych okrzyków, które staną się na tyle głośne, że śpiący pod różami gwardziści Ludwika XVI obudzą się i razem pójdziemy na Luwr.

Mikołaj Polit, 10.02.2025 r.
Korekta: T. Goździk


[1] Zabawne nieporozumienie urosło do rangi anegdoty. Kilka lat wcześniej francuski dziennikarz monarchistyczny, Frederic de Natal, dostrzegł legitymistyczną flagę Bourbonów na Święcie Niepodległości Królestwa Polskiego w Warszawie. W napisanym później artykule pytał: czy Polacy pragną zobaczyć Ludwika XX na tronie Królestwa Polskiego? Należy tu odróżnić dwa zjawiska, po pierwsze „polski monarchizm”, obliczony na restaurację Królestwa nad Wisłą, a po drugie, poparcie dla sprawy obalonych monarchów innych państw, które często zachodzi wśród polskich monarchistów.