Zauważyliście Waćpaństwo, że w mediach rządowych we wspominkach Bitwy Warszawskiej prawie w ogóle już nie mówiono o wojnie polsko-BOLSZEWICKIEJ, za to ciągle o wojnie z Rosją, a bolszewików też w roli najeźdźców zastąpili Rosjanie.

 

PiS-owscy propagandyści zauważali też natrętnie rzekomo uderzające podobieństwo między najazdem Rosji/Rosjan na Polskę w 1920 i na Ukrainę obecnie. To co w takim razie zrobić z tymi Rosjanami, którzy u boku armii polskiej bronili Warszawy przed bolszewikami w 1920 roku? Nazwać ich anty-Rosjanami? A z drugiej strony – ci Polacy, którzy służyli (niestety całkiem licznie) w Armii Czerwonej, kim byli: Rosjanami i z miłości do Rosji najeżdżali jaśniepańską Polskę? A o tym, że PiS-owscy propagandyści nawet baliby się pomyśleć, jakiej naprawdę narodowości byli niemal wszyscy przywódcy bolszewików i jaki był ich rzeczywisty stosunek do Rosji, to już nawet nie warto się rozwodzić.

 

Komunizm jest zjawiskiem na wskroś kosmopolitycznym. Komunistą może stać się ktokolwiek: Żyd, Polak, Rosjanin, Amerykanin, Eskimos, Murzyn, Arab, Chińczyk, ale w istocie stając się komunistą traci poprzednią tożsamość, bądź przynajmniej staje się ona zasadniczo zmodyfikowana, wtórna i przypadłościowa. Nazizm natomiast jest wyłącznie i nierozerwalnie związany z niemieckością, jest krańcowym, zdegenerowanym produktem "ideologii niemieckiej" (choć oczywiście nie znaczy to, że każdy Niemiec jest nazistą, tylko to, że nazizmu nie można sobie sensownie wyobrazić poza kontekstem niemieckim i niemieckiej historii). Nazista, który nie jest Niemcem, to groteskowy imbecyl uprawiający grę rekonstrukcyjną w świecie wirtualnym.

 

Oto podstawowa dystynkcja pomiędzy Rosją a bolszewizmem (także w kontekście polskim):

Moskale zwłaszcza po powstaniu styczniowym, w "Priwislinskim Kraju", chcieli nas zrusyfikować, uczynić Rosjanami, a na Ziemiach Zabranych nawet na ulicy "bałkat' po polsku nie lzia". Chcieli, aby polski etnos rozpłynął się w morzu rosyjskim. Na szczęście im się to nie udało. Gdyby natomiast – co nie daj Bóg! – Armia Czerwona zwyciężyła w 1920 roku pod Warszawą, to nikt by nas nie rusyfikował. W Polskiej Socjalistycznej Republice Rad językiem urzędowym (z racji  realizacji (części) starego postulatu Bundu z 1905 roku) byłyby dwa równouprawnione języki: polski i jidysz, tak jak w Litewskiej SSR był nim litewski, w Ukraińskiej SSR ukraiński itd., a towarzysze Marchlewski, Dzierżyński et cons. nie rusyfikowaliby nas bynajmniej, lecz bolszewizowali, niszcząc wszystko, całą cywilizację, ale jak najbardziej "po polsku". Tak samo w PRL, nawet w najgorszym okresie, do 1956 roku, nie było żadnej rusyfikacji. Język urzędowy był polski, administracja była polska, szkoła była polska, prasa, radio, tv i literatura były polskie – tyle że skomunizowane. Nawet sama zależność PRL od ZSRR nie polegała na tym samym, co np. niesuwerenność Królestwa Polskiego (Kongresowego) względem Cesarstwa Rosyjskiego, bo była to nie zależność wobec "Rosji", tylko wobec światowego systemu komunistycznego pod hegemonią Związku Sowieckiego. Komunistom/Sowietom nigdy nie zależało na tym, aby Polaków (a tak samo jakąkolwiek inną nację) przerabiać na Rosjan. Im chodziło o to, aby wszystkie narody – od Rosjan począwszy – przerobić na komunistów, dokonać "pieriekowki dusz", uczynić z nich "ludzi radzieckich", nowy gatunek człowieka. Słynny zwrot" narodowe w formie a socjalistyczne w treści" nie był wcale kłamliwym i pustym sloganem, tylko rzeczywistym zamiarem: nie chodziło o to, aby wszyscy mówili, pisali i myśleli po rosyjsku, tylko żeby myśleli po komunistycznemu, żeby we wszystkich językach świata chwalono komunizm, Związek Sowiecki i towarzysza Stalina.

 

Kto żył w PRL i uczęszczał do PRL-owskiej szkoły, a nie dał się otumanić kretyńskiej, obłędnie rusofobicznej propagandzie PiS-owskiej, ten musi pamiętać, że w szkole tej panował kult wszystkich antyrosyjskich powstań (z rewolucją 1905 roku na czele) pod nazwą "walki z caratem", także jako ostoją "europejskiej reakcji", a każda forma polityki ugody była otaczana pogardą. Oczywiście, ideałem z punktu widzenia "patriotyzmu socjalistycznego", jako oficjalnej ideologii szkoły peerelowskiej, była niepodległościowa lewica w danym czasie, a najlepiej, jeśli dało się dowieść jej "internacjonalizmu" i współpracy takiego ugrupowania z rewolucjonistami rosyjskimi. W ten sposób do gigantycznych rozmiarów w peerelowskiej historiografii urosła tak kompletnie marginalna postać, jak np. (niegodny kapłan rozpowszechniający rzekomą bullę papieską) ks. Piotr Ściegienny, i jest zresztą rzeczą zabawną, że potem ten anarchokomunista, który głosił, że chłopi polscy i rosyjscy powinni wspólnie wyrżnąć polskich i rosyjskich panów, trafił do nieoficjalnego hymnu "Solidarności" autorstwa tow. Pietrzaka Jana. Kłopot zaczynał się dopiero wraz z cezurą 1917 roku i przewrotem bolszewickim. Kto od tej pory, z jakichkolwiek powodów znalazł się w obozie antybolszewickim i z bolszewikami walczył, ten nawet jeśli wcześniej był antyrosyjski i postępowy, natychmiast spadał do antyradzieckiego inferna reakcji i nie mógł być już bohaterem pozytywnym programu nauczania historii. Najbardziej znamiennym przykładem jest tu oczywiście postać Józefa Piłsudskiego i w ogóle cały nurt pepeesowskiego "socjalizmu niepodległościowego". Tu autorzy podręczników i nauczyciele stawali wobec kwadratury koła, jak wytłumaczyć, że mimo iż antycarski PPS był prawdziwą lewicą swoich czasów, to i tak nie miał racji i w gruncie rzeczy należał do tej samej osi zła, co endecy i konserwatyści? Wymyślano więc jakieś nieprawdopodobne bzdury w rodzaju "przenikania do partii elementów burżuazyjnych, drobnoszlacheckich i nacjonalistycznych", o drobnomieszczańskim charakterze klasowym partii, ale przecież nikt tego nie był w stanie traktować poważnie. Ostatecznie, "dobrym pepeesowcem", zasługującym na plac czy ulicę, mógł być co najwyżej ten, który nie dożył 1917 roku, jeszcze lepiej – rozłamu w 1907 roku, a najlepiej jak zawisł na szubienicy podczas rewolucji 1905 roku, jak np. Okrzeja.

 

Profesor Jacek Bartyzel

za: facebook