Czym jest powołanie do bycia mężczyzną i mężem, czym jest powołanie do bycia kobietą i żoną dzisiaj? Czy naprawdę żyjemy w „innych czasach” niż te z Listów świętych Apostołów Piotra i Pawła, w czasach, w których pierwszą wartością jest jakieś mityczne partnerstwo małżonków? Patrząc na statystyki rozwodów czy chorób psychicznych, słuchając księży, terapeutów i animatorów wspólnot chrześcijańskich zajmujących się duszpasterstwem i kierownictwem rodzin, oceniając pod kątem czynników demograficznych obecny system wartości kulturowych i instytucjonalnych, wcale się takiego wrażenia nie odnosi.

Oczywiście, demografia nie jest wartością samą w sobie. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, w jakich warstwach społecznych i w jakich państwach dzieci ciągle się rodzą i skontrastować je ze społeczeństwami zachodnimi – na czele z polskim, gdzie dzietność jest niewiele lepsza niż w przodującym niechlubnie pod tym względem społeczeństwie koreańskim. Na pewno także inne czynniki mają w tym swój udział – wysokie koszty edukacji dziecka, wysoki popyt na mieszkania (wyższe ceny mieszkań i czynszów) oraz wiele innych – ale to za mało, by wyjaśnić niską dzietność.

Najważniejszym czynnikiem pozostaje głęboka rysa w systemie wartości, czyli odejście kobiet od Bożego powołania i zmasowany atak popkultury oraz instytucji politycznych na nie. Wystarczy przytoczyć pogardliwe i szydercze określenia jak „kura domowa” czy „kobieta do kuchni” przy jednoczesnym wciskaniu na siłę „samorozwoju” i „kariery zawodowej”. Najgorszym aspektem jest rozpętanie „wojny domowej” kobiet przeciwko mężczyznom. Żeby wywołać dzisiaj wybuch szyderstw lub toczącą się pianę z pyska u przeciętnej kobiety, wystarczy przytoczyć List św. Pawła do Efezjan (5,21 „Żony, bądźcie poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony tak jak Chrystus jest głową Kościoła”) lub jeszcze bardziej radykalnie sformułowany List św. Piotra (3,6 „Tak Sara była posłuszna Abrahamowi nazywając go panem. Stałyście się jej dziećmi, gdyż dobrze czynicie i nie obawiacie się żadnego zastraszania” – czyż to zastraszanie nie odnosi się dzisiaj do wrogiej kobiecemu powołaniu kulturze?). Już słyszymy argument, że „to były inne czasy”, ale przecież kilkadziesiąt lat temu Pius XII napisał encyklikę „Castii Conubii”, gdzie posłuszeństwo żony wobec męża nie tylko zostało potwierdzone, ale i wobec narastającego feminizmu jeszcze mocniej podkreślone.

Mężczyzna ma przewodzić rodzinie. Kiedy w jakiejś sprawie nie można dojść do porozumienia, wtedy mężczyzna bierze na swoje barki podejmowanie decyzji. Mężczyzna powinien wybierać wspólnotę duchową, nadaje kierunek życiu duchowemu rodzinie, daje błogosławieństwa jej członkom. Mężczyzna powinien kontrolować domowy budżet. Większość kobiet jest, i to niestety nie jest stereotypem, rozrzutna i mocniej ulega pokusom współczesnej reklamie i technikom marketingowym. Po 4 latach doświadczenia jednego z nas stwierdza on smutnie, że kobietom dużo łatwiej jest „wcisnąć” coś, czego zapewne by nie kupiły, gdyby nie zapytał. Mężczyźni ze swoim uporem i wrodzoną nieufnością rzadko kiedy dają się nabrać na „miłą atmosferę” i „dodatkowe usługi”. Dalej, mężczyzna powinien rozsądzać spory między dziećmi. Większość (nie mówimy wszystkie) kobiet ma tendencję do prawienia długich kazań i szantaży emocjonalnych (w stylu, „jak nie posprzątasz pokoju, to nie kochasz mamusi”), wpędzania w nadmierne poczucie winy. Mężczyzna jest „prostszy” w działaniu, bardziej ceni spokój niż emocjonalne zaspokojenie. I dlatego będzie dążył do prostszego i bardziej konsekwentnego rozwiązania. Kara nadana dziecku musi mieć nieuchronny charakter, tymczasem matki często ulegają szantażom dzieci i uchylają kary – nie ma nic gorszego, niż pokazanie dziecku, że reguły i granice nie istnieją!

Na koniec, mąż, wedle oczywiście ekonomicznych możliwości, powinien odciągać kobietę od pracy zarobkowej. Bo czyż nie pracą na cały etat jest trójka dzieci przy jednoczesnej trosce o dom, własną urodę i męża? Tak, tak, drogie Panie, to nie z pracą czy dziećmi macie sakrament, tylko z mężem i to o niego macie dbać – ze wzajemnością oczywiście – w pierwszej kolejności. Podkreślmy: najpierw Bóg, potem najpierw mąż, potem dzieci, potem dom i dopiero na piątym miejscu praca (ja bym powiedział, na szóstym, bo wcześniej powinno być dbanie o urodę). To są oczywiście ogólne reguły i w sytuacji, w których mężczyzna zawodzi, zdarza się, że kobieta musi wziąć cugle domowego budżetu i życia społecznego. Ale to jest właśnie stanem nienormalnym. Kiedy kobieta bierze odpowiedzialność, rozleniwia swojego mężczyznę. Staje się on reproduktorem, który po pracy odpala komputer czy telewizor i nie jest w zasadzie zainteresowany życiem rodzinnym. Ma to fatalne dla dzieci konsekwencje psychologiczne. To własny ojciec jest odbiciem „Ojca Naszego, który jest w niebie” dla dzieci. Nieobecny mężczyzna to nieobecny Bóg. Tymczasem dla mężczyzny rodzina jest i powinna być jego królestwem, jego małą armią, jego najważniejszą firmą. Dopiero, gdy mężczyzna będzie czuł, że to on rządzi, że może dać coś z siebie więcej niż tylko pieniądze i nasienie, dopiero wtedy będzie angażował się w życie duchowe rodziny. Taka jest nasza męska psychika, która niestety ciągnie we wrodzone lenistwo. Chcecie sobie Panie wyhodować leniwego, unikającego życia rodzinnego pantofla, który nie przekaże dzieciom żadnych wartości?

Posłuszeństwo żony wobec męża nie ma nic wspólnego z równością wobec prawa stanowionego. Boże powołania dla mężczyzny i kobiety są równe w swojej godności. Niestety, Polakom, których przodkowie żyli dziesięciolecia pod obcą władzą, „władza” kojarzy się źle. Jest to spaczone pojęcie. Przecież Jezus Chrystus wyraźnie powiedział, że kto chce być nad innymi, powinien im przede wszystkim służyć. Władza męża także jest służbą. To obowiązek stanu dla mężczyzny dbać o swoją żonę. Z każdej władzy rozliczy nas Chrystus – z tej także, moi drodzy Panowie.

Rola „matki i gospodyni domowej” nie jest ani podła, ani gorsza, wręcz przeciwnie, jest esencją Bożego powołania. Bóg nie będzie miał Wam, drogie Panie, za złe, że nie zrobiłyście kariery zawodowej lub naukowej. Ale na pewno poczujecie Jego gniew, jeśli zaniedbacie męża i dzieci. Mówię, „męża”, ponieważ wiele kobiet myśli, że jeśli pracują i zajmują się dziećmi, to już wszystko jest w porządku. Tymczasem, powtórzmy to, to nie z pracą, dziećmi i salonem kosmetycznym żona ma sakrament, tylko z mężem.

Czas, jaki mamy, jest krótki. Doba aktywnego życia to około 15-18 godzin. Masz się zająć modlitwą, mężem, dziećmi i domem, a także dbać o rozwój osobisty, ale ten prawdziwy, nie przybijając stemple w urzędzie czy kopiując tabelki w korporacji, tylko ubogacając swoje życie na tyle, by innym było przyjemnie z Tobą przebywać i rozmawiać. Jeśli dołożysz do tego 8-10 godzin pracy dziennie, nieuchronnie zaniedbasz jedną z tych rzeczy, których zaniedbywać nie powinnaś. Praca na pełen etat niszczy fizycznie i psychicznie kobietę, sprawia, że szybciej się ona starzeje, szybciej niszczą się jej dłonie i cera, jest bardziej zdenerwowana, ma mniej odpoczynku i więcej stresu. W dodatku jeśli ma dzieci i pracę naraz, to musi najpewniej zrezygnować ze swojego hobby i dbania o urodę. Przecież fitness, wellness, ćwiczenia kosztują sporo czasu i wysiłku – rzadko kiedy po 10 godzinach pracy w korporacji ma się jeszcze siłę na cokolwiek.

Tutaj chodzi przede wszystkim o stwarzanie ciepła w domu, poczucie bezpieczeństwa dla dzieci i tworzeniu z nimi mocnych relacji (bo czemu Pani z przedszkola albo o zgrozo żłobka ma to tworzyć?) To jest związane z kobiecą biologią, bo mężczyźni w ciążę nie zachodzą i nie mają równie mocnego instynktu co macierzyński. U mężczyzn relacja z dziećmi to rodzaj pracy wbrew własnemu lenistwu, praca, która może dać co prawda największą satysfakcję, ale pozostaje pracą i walką wbrew sobie.

Ale można żyć wbrew naturze, wolny wybór. Można dzisiaj być niewolnicą korporacji czy innego pracodawcy, a potem po godzinach być niewolnicą specjalistów od marketingu i reklamy. Dzisiaj to niestety nie mężowie, ale oni są specjalistami w  badaniach nad kobiecą psychiką.

Potem taka znerwicowana Matka-Polka w wieku 40-lat z brzydkim makijażem i nadwagą dziwi się, że w domu jest mąż, który w dodatku ją denerwuje (nic dziwnego, jak ten mąż jest dla niej ciałem obcym) i bierze z nim rozwód albo zatruwa mu życie na wszelki możliwy sposób. Mało to jest matek-polek wyżywających się na mężu i na dzieciach za stres i zmęczenie nagromadzone w pracy?

Mądrość Kościoła dawno zdiagnozowała problem kobiecego i męskiego powołania. Powołaniem kobiety nie jest praca, powołaniem kobiety jest stwarzanie życia (zarówno tego fizycznego jak i duchowego), opieka nad nim i dbanie o innych. Nie znamy kobiety, która mając 4 lub więcej dzieci powiedziałaby, że żałuje swojej roli „gospodyni domowej”. Znamy za to wiele kobiet, które doczłapały się do wysokich stanowisk zawodowych i są jednym wielkim kłębkiem nerwów.

Na koniec świadectwo pewnej matki z 4 dzieci z wyższym wykształceniem i bardzo dobrą pracą: „gdyby nie to, że musiałam pracować, to wolałabym siedzieć w domu, robić paznokcie i dbać o moje dzieci”. Są kobiety, matki, które mogły też zasłonić się „karierą zawodową” albo „karierą naukową”, a mimo to wolały wypełnić Boże powołanie. Bo to realizowanie Bożego powołania sprawia prawdziwą radość kobiecie, a nie nawet najlepsza praca. Zresztą, mogę dać Ci jeszcze przykład pani Schaffly, doktor prawa z USA – ona zajęła się karierą naukową i zawodową po odchowaniu szóstki dzieci. Na wszystko jest czas i miejsce. Wszystko ma swoje priorytety ważności.

Bycie wyrobnicami to dla dzisiejszych kobiet awans społeczny, czują się wtedy kimś. Jest zdolność kredytowa, można wziąć kredyt i wydać więcej pieniędzy na niepotrzebny remont czy wakacje w Egipcie ze swoim „Januszem“, a później zaiwaniać jak wół i kolekcjonować zmarszczki ze stresu. Psychiatra i psycholog też swoje na takiej rodzince zarobią. Wasze marzenia i priorytety – być niewolnicą. Tak, dla dzisiejszej kobiety być posłuszną mężowi i dbać o domowników to przeżytek, ale być posłuszną jakiemuś obcemu facetowi (ew. kobiecie, które są dla kobiet nawet gorszymi szefami) w firmie to już spoko i cymes. To jest szatańskie odwrócenie nie tylko wartości, ale i zdrowego rozsądku. To nie jest wolność. To dobra droga do życia na kredyt, strachu o jutro i wpakowaniu dzieci między ogień codziennych problemów zawodowych, podczas gdy rodzina ma być przede wszystkim szklarnią miłości.

Te kobiety, które się teraz śmieją z roli gospodyni domowej, mają większe niż one szanse na bycie nieszczęśliwą i niespełnioną. Wyśmiewanie gospodyń domowych bierze się bardziej z ich nieposłuszeństwa wobec nauki Kościoła i z własnych kompleksów, ponieważ one nie mogą uwierzyć, że można być szczęśliwym, „tylko” zajmując się dziećmi, mężem i domem (ale gospodyni domowa ma tak naprawdę więcej czasu na zajmowanie się urodą i na swoje prawdziwe zainteresowania – praca to mus, hobby to przyjemność). A taka pracowniczka korporacji narobi się 8-12 godzin w firmie, przyjdzie, rzuci się na kanapę przed jakimś idiotycznym serialem w stylu „Gra o Tron” i będzie powoli, ale konsekwentnie staczać się w nerwicę i nadwagę. Drogie panie – praca zarobkowa kobiety nie jest żadnym błogosławieństwem, ale co najwyżej złem koniecznym, którego trzeba unikać, aby się wybawić. Plaga ta rozpowszechniła się w świecie w związku z I wojną światową i trwa po dzień dzisiejszy, ale jest to zło, nienormalność. Rodzaj ludzki nigdy tak nie żył i to na pewno nie jest dla niego dobre. Odpowiedzcie sobie same – chcecie być wyrobnicami PKB czy wolnymi ludźmi?

Na koniec parę faktów – w krajach uchodzących za „patriarchalne“ i religijne rodzi się więcej dzieci. Abstrahując od wypaczeń systemu prawnego (dyskryminującego kobiety, czego być nie powinno). W krajach, gdzie jak zaraza szerzy się ideologia „równości płci”, dzieci nie ma. To znaczy są, ale mają najczęściej na imię Mohammed, Ali, Mbutu czy Ahmed.

Zarówno Bóg, jak i natura, nie lubią, gdy się wyśmiewa naturalny, Boży porządek. A jak już wspomnieliśmy, Bogu obojętna jest kariera zawodowa czy naukowa kobiety – ale to, czy wywiązała się z dbania o sakramentalną więź z mężem oraz obowiązków stanu wobec dzieci – już nie. Jeśli to nie da do myślenia, oznacza to, że feministyczny wirus wżarł się za daleko do umysłów współczesnych „chrześcijanek” i nie pozostaje nic innego, jak wymiana personelu.

 

Kamil Kisiel, Józef Jabłoński