kajdanyWokół wolności narosło sporo specyficznych mitów, a ten kształt tego mitu zależy od ideologii, jaką prezentuje ten, kto posługuje się pojęciem „wolność”. Każda opcja ideologiczna w swej radykalnej postaci przedstawia swoje pojęcie wolności, zabarwiając je swoimi przekonaniami, które przecież wcale nie muszą pokrywać się z przekonaniami drugiej, przeciwnej ideologicznie strony.

Wolność jako możność wybierania alternatyw w życiu, zdaje się być pojęciem na tyle nieostrym, że bez dodatkowego – i nowego – rozróżnienia, nie będzie przydatne w dyskusji.

Podzieliłem wolność na trzy „wymiary” – samodzielność, prywatność i niezależność. Pomiędzy pierwszymi pojęciami istnieje linia, na której dokonują się skoki napięcia – zależnie od sytuacji politycznej i ekonomicznej. Amplitudę tych skoków napięcia określa niezależność.

Samodzielność funkcjonuje tutaj jako figura klasycznej, negatywnej wolności – wolności do działania i wolności od przymusu. W tym punkcie chodzi o to, aby nasze czyny nie były krępowane arbitralnymi decyzjami – dopóki my arbitralnie nie zaczynamy przeszkadzać innym w ich czynach. Wolności negatywnej hołdują głównie liberałowie i libertarianie – i dla nich innej wolności w zasadzie nie ma lub co najwyżej „ta inna wolność” jest wyłącznie możliwym rezultatem tej pierwszej.

Myślę, że – przy całym szacunku do wielu wybitnych liberalnych myślicieli – jest to podejście niewyczerpujące tematu wolności, a w zasadzie trochę ją ograniczające. Istnieje oczywiście coś takiego, jak przymus okoliczności, który sprawia, że wolność staje się wyłącznie pustym, złowrogim opisem formalnym, a nie czymś rzeczywistym. Podstawą wolności jest wybór – zawsze i wszędzie.

Tutaj dochodzimy do drugiego bieguna, jaką jest prywatność. Prywatność rozumiemy tutaj jako wolność od przymusu okoliczności czy koniecznych przykrości. Aby być ścisłym: Jest to wolność, która zostaje po „koniecznościach”. Jest zatem czasem po pracy, czasem na pasję, czasem wolnym, czasem realizacji swojej osobowości, a także – duchowości. Faktycznie, istnieje mała grupa osób, która pracuje realizując jednocześnie swoją pasję – ale rację ma tutaj pewne chińskie przysłowie mówiące, że „znajdź pracę, która ci się spodoba, a nie przepracujesz dnia”. Tacy ludzie mogą pracować dzień i noc, a jednocześnie właśnie będą się cieszyli wysokim stopniem prywatności. Na koniec dodajmy, że stała praca, własne mieszkanie/własny dom, ogród/działka/własne pole, osadzenie w rodzinie i dochód nie pochodzący z pracy należą do najważniejszych konstytuant i oznak prywatności.

Nie wiem, czy warto nazywać „prywatność” wolnością pozytywną. Dla liberałów czy libertarian może być ona nawet nieznacząca o tyle, o ile nie jest wynikiem wolności negatywnej. Tymczasem prywatność daje pewne poczucie bezpieczeństwa, bez którego niemożliwym jest ochota do podejmowania dobrze oszacowanego ryzyka. Człowiek bez dozy prywatności, z niczym w rękach, co prawda w akcie desperacji będzie podejmował i najwyższe ryzyko, ale to ryzyko będzie – z uwagi na nędze położenia, w którym się znalazł – źle oszacowane, zresztą w warunkach powodujących czyjąś desperację najpewniej natrafił na szybko zmieniające się (na gorsze) warunki. Pewna stałość i stabilność, prywatność, która zawiera pierwsze dwa pojęcia w sobie – jest potrzebna do poszerzania marginesu działania – czyli także wolności do działania. W wielu krajach afrykańskich wolność do działania występuje, ale ogrom czynników zewnętrznych, które możemy określić właśnie jako „przymus okoliczności” (przestępczość, wojny domowe, epidemie chorób, katastrofy naturalne, wywłaszczenia, partyzantki komunistyczne/faszystowskie) sprawiają, że z tej wolności nie sposób zrobić użytku. Dopiero państwom, którym udało się stworzyć stabilne warunki w pacyfistycznej atmosferze, udało się także poszerzyć margines wolności do działania.

Pomiędzy samodzielnością a prywatnością istnieje, jak powiedziałem, linia napięcia. Chcąc zapewnić ludziom prywatność, dzisiejsze państwa opiekuńcze dokonały poważnego uszczerbku na samodzielności. Nie wiadomo zresztą, czy w krajach rozwiniętych gospodarczo w ogóle może być mowa o samodzielności przy tak skomplikowanej siatce stosunków społecznych, ale to jest temat na inny esej. Lecz warto wspomnieć, że tak samo pozostawienie „zbytniej samodzielności” skutkuje opisem, jaki dokonałem w poprzednim akapicie (mimo wszystko np. lepiej inwestować w Szwecji niż w Zairze). Gdzieś oczywiście istnieje złoty środek (należałoby uściślić, że środek nie rozumiany jako cos geometrycznie; środek, który nie leży pośrodku). Pozwoliłem sobie na elektryczną metaforę, gdyż dobrze oddaje ona istotę sprawy. Jeśli napięcie pomiędzy samodzielnością a prywatnością zmienia się zbyt szybko i zbyt gwałtownie, to z jednej w drugą stronę, to z drugiej w pierwszą, ludzie tracą grunt pod nogami – grunt, jakim jest pewne środowisko i określone relacje społeczne, w których działają. Takoż ani gwałtowny skok państwa opiekuńczego w leseferyzm, ani nagły plan Beveridge’a (szeroki pakiet programów socjalnych w Wielkiej Brytanii po II wojnie światowej, odpowiedzialny za długotrwałą recesję i mizerię) w kraju leseferyzmu nie przyniesie najczęściej nic, poza zgrzytaniem zębów.

Hobbiton_sign_in_MatamataUżyłem słowa „niezależność” w kontekście niezależności od sytuacji politycznej, ekonomicznej i socjologicznej. Rację mają liberałowie (czy to się nam podoba, czy nie), że państwo odpowiedzialne jest za olbrzymie wahania w tzw. sferze publicznej, czyli owym „polu elektrostatycznym”, środowisku dla owej linii napięcia. To pole/środowisko określa stosunek jednostki pomiędzy sobą samą (indywidualizm), a koniecznym udziałem w relacjach społecznych (udział w życiu wspólnot o różnym poziomie agregacji, jakości i liczebności), związanym ze kapitalistycznym społeczeństwem zaawansowanego podziału pracy. Zbytnie wycofanie jednostek w stronę samych siebie (czyli przesadny indywidualizm, atomizm), jak i nad-integracja społeczna (wszelkie formy kolektywizmu) są ekstremami i stanami chorobowymi społeczeństwa.

W dodatku każda jednostka, społeczność, naród posiada określony „poziom przyzwyczajenia” do danej sytuacji. Planowanie życiowe opiera się w dużej mierze na tym, że oczekujemy pewnych warunków w przyszłości. Liczymy na to, że pewne rzeczy będą takie, jakich oczekujemy – pewne stałe i pewne niezmienione. Im więcej tego drugiego, tym bardziej nasza natura jest „konserwatywna”. W każdym razie, nasz poziom przyzwyczajenia określa nasze zachowanie w relacjach społecznych. Inne będą w państwie opiekuńczym, inne w leseferyzmie. Gwałtowny przeskok jednego w drugie – choć przy specyficznym uwarunkowaniu możliwe – oznacza jednocześnie odsunięcie gruntu pod nogami jednostek, jakim jest specyficzny typ relacji społecznych, w których działamy. Horyzont planowania to nic innego jak próba przewidywania na podstawie doświadczenia i wyciąganiu z niego wniosków. Jak rzekł Hayek, „poziom przymusu może być minimalny tylko w społeczeństwie, w którym konwencje i tradycje powodują, że zachowanie człowieka jest w znacznym stopniu przewidywalne”. Słowo-klucz: przewidywalność.

Zatem tym bardziej jednostki i wspólnoty niższego rzędu (rodziny, autonomiczne gminy, małe przedsiębiorstwa) są niezależne, im mniejsza amplituda zmian w sferze publicznej. Nie oznacza to oczywiście, że ta mniejsza amplituda jest bezwzględnie pożądana i należy unikać zmian społecznych. To zmiany muszą być po prostu bardziej stopniowane, aby dać szansę adjustacji jednostkom i wspólnotom do nowych warunków. Wiadomo, że czasami tkwienie na jednym biegunie doprowadza do katastrofy – i nieunikniona jest jakaś rewolucja (odgórna czy oddolna – nie ma znaczenia) i odbicie w drugą stronę. Kiedy jednak sytuacja jest w miarę stabilna (powiedzielibyśmy, społeczeństwo jest w pewnej homeostazie), gwałtowne zmiany nie są niczym, co należałoby chwalić. Nie oczekujmy od ludzi, że są plastyczną masą, zdolną zawsze do bycia uformowaną w każdym kierunku – jest to w zasadzie błąd tak lewicowców (projektantów „nowych społeczeństw”), jak i liberałów/libertarian („poradźcie sobie w kapitalizmie albo gińcie”) i stąd wydobywa się jedna nieodzowna zaleta konserwatyzmu (w „ewolucyjnej” odmianie). Nagła zmiana warunków społecznych nigdy nie odbywa się bez „strat w ludziach”.

Na koniec jednak dorzucę parę kamyczków do ogródka konserwatyzmu. Pokutuje wśród konserwatystów pogląd, jakoby żyjemy w czasach totalnej atomizacji, rozpadu wspólnot i dezintegracji społecznych więzi. Moim zdaniem sytuacja w społeczeństwach krajów rozwiniętych jest dokładnie odwrotna.

Brandy_hallProjekt tzw. demokracji partycypującej, inaczej zwany społeczeństwem obywatelskim, wytworzył duże ciśnienie w kierunku (bardzo sztucznej, dodam subiektywnie) integracji społecznej. Przeciętny człowiek MUSI głosować w każdych wyborach, MUSI interesować się polityką, MUSI brać udział w akcjach obywatelskich, MUSI być zapisany do organizacji o charakterze non profit, MUSI walczyć w związku zawodowym, MUSI być zapisany do jakiegoś NGO czy innych przedsięwzięć „charytatywnych” lub „non profit”. Co gorsza, każdy człowiek zobligowany jest do nieustannego bronienia tolerancji, pluralizmu, pacyfizmu i demokracji, toteż każdy człowiek w demokracji staje się stróżem wszystkich innych ludzi (żeby jakieś widmo faszyzmu nie wróciło) – każdy pilnuje siebie, każdy trzyma rękę w kieszeni drugiego człowieka. Demokracje wręcz „gotują” ludzi, jakby byli składnikami potrawy zwanej „społeczeństwem obywatelskim”. Atomizm, na który tak pomstują konserwatyści, nie wynika obecnie z liberalnego atomizmu (liberalizmu moim zdaniem już prawie nie ma, chociażby zbrodnia „mowy nienawiści” pokazuje, że np. wolność słowa dawno nie tyle odeszła do lamusa, co w nim umarła), a z demokratycznego kolektywizmu – ludzie próbując odzyskać psychiczną homeostazę, dokonują gwałtownego zwrotu (reakcji) w kierunku prywatności*. Jak pisał Wilhelm Röpke, główną cechą socjologiczną ustrojów kolektywnych jest stan „super-integracji”, tudzież „nad-integracji” społecznej. Elita rządząca nakazuje jednostkom organizowanie się, podjudza do myślenia stricte grupowego, nie zostawia żadnego marginesu samodzielności i prywatności – gdyż oba bieguny pożera rozszerzająca się sfera publiczna. Tak samo jest z demokracjami, które zmierzają coraz bardziej w kierunku quasi-teologicznych ustrojów o wysokim stopniu rytualizacji, a dogmatami demokracji są wspomniane tolerancja, pluralizm, pacyfizm, ekologia, „szacunek” dla wszystkich kultur, pomoc socjalna, porządek korporacyjny i kilka innych pomniejszych bożków. Tym dogmatom i bożkom każdy ma obowiązek kultu i oddawania czci. Całość – z uwagi na skostnienie i usztywnienie, jak i niechęć kolektywistycznych demokracji do dyskutowania nad alternatywami – zmierza do uświęcenia i czegoś, co można określić jako „miękki totalitaryzm”.

Dlatego też uważam analizę konserwatystów względem atomizmu za całkowicie fałszywą i nieprzystającą do okoliczności. Człowiekowi odebrano dzisiaj prywatność – stara się on zresztą rozpaczliwie w tę prywatność uciec. Tutaj np. kryje się tajemnica takiej popularności Internetu wśród młodych ludzi, którzy z prywatności nie są jeszcze gotowi zrezygnować.

Człowiek dla zdrowia psychicznego potrzebuje równowagi pomiędzy partycypacją w relacjach społecznych, a czasem „wycofania się do siebie samego” („potrzebna samotność” w ujęciu Röpkego), które pozwala na chwilę refleksji, oddechu i głębszego spojrzenia na otaczającą jednostkę rzeczywistość. Dlatego należy torpedować wszelkie projekty społeczeństwa obywatelskiego jako sztucznego „gotowania” ludzi w demokratycznym sosie (np. rozmaite agendy, NGO’s itp.) i przeciwstawiać mu projekt małych kręgów i małych wspólnot (rodzinnych, sąsiedzkich, sportowych).

Ale to już temat na inny esej i chyba dla innych myślicieli niż moja skromna osoba.

Kamil Kisiel

 

* Niestety, zmęczenie polskiego społeczeństwa, nieprzyzwyczajonego do nadmiernej partycypacji społecznej, bardzo dobrze odczytał Donald Tusk ze swoją partią. Hasło „ciepła woda w kranie i grillowanie” wręcz idealnie oddaje rozpaczliwą próbę ucieczki przeciętnego Polaka w prywatność, co wynika z jej niskiego aktualnego poziomu, biorąc pod uwagę np. fakt, że przeciętny Polak pracuje w roku ok. 400 godzin więcej od Niemca, więc „przymus okoliczności” jest spory. Dla przeciętnego człowieka, zajętego własnymi sprawami, ogarnięcie całości polityki jest zadaniem niezwykle męczącym i trudnym, w dodatku dzieli ludzi. Dlatego też w rozmowach prywatnych pomiędzy nowo poznanymi ludźmi coraz częściej dochodzi do tego, że jedna lub druga osoba robi zastrzeżenie, że „możemy rozmawiać o wszystkim, tylko proszę nie o polityce”.