Sztajer: Głos w sprawie wypowiedzi dra Pawła Skrzydlewskiego

| 21 lipca 2021 | 2 komentarze

Mniej więcej od roku 2020 kolektywnie utraciliśmy wiarę w to, że kiedykolwiek nadejdą jeszcze jakiekolwiek sezony ogórkowe; bardzo szybko okazało się jednak, że ogólnoświatowe epidemie, wojny (byle w odległych zakątkach globu) i kryzysy gospodarcze to za mało, by miła pauza urlopowa mogła przestać istnieć. Zdecydowanym hitem sezonu ogórkowego AD 2021 jest burza medialna, jaką wywołała wypowiedź dra Skrzydlewskiego. Oczywiście, nie masz to jak wyczerpująca afera spowodowana czyimiś słowami spisanymi na szpaltach jakiejś gazety; w dobie wielkich przetasowań gospodarczych, upadku jednych mocarstw i wschodzenia drugich, przebiegunowania strategicznego – co może być istotniejszego niż czysto ideologiczne wzmożenie wywiadem na łamach bogoojczyźnianej gazety („prasy polskiej dla katolików”)? Jestem Polakiem i mam obowiązki polskie, więc przyjrzę się peryferiom polityki wewnętrznej, a osobliwie małej ideologicznej aferce, podgrzewanej we wszystkich lewicowych mediach, budzącej emocje od prawa do lewa. W końcu zawsze lubiliśmy pasjonować się wypowiedziami polityków i ich doradców, przetasowaniami partyjnymi, czyimiś oburzającymi słowami czy wyborami prezydenckimi, w których być może wystartuje Edward Śmigły – Rydz, podczas gdy w tle brzęczały roje nieciekawych zlepek informacyjnych, jak na przykład zastrzelenie austriackiego księcia w Sarajewie, rozpychanie się łokciami po mapie sąsiada niemieckiego czy radzieckiego i wiele innych. Voila, zaczynajmy więc!

Na wstępie chciałabym z niekłamaną powagą oświadczyć, że jeśli chcecie rzetelnie przestudiować materiał z antropologii filozoficznej czy metafizyki klasycznej, bohater afery medialnej dr Paweł Skrzydlewski jest najlepszą osobą, do której możecie się udać. Do dzisiaj pamiętam długie godziny spędzone w katedrze metafizyki na parterze najstarszego z KUL – owskich gmachów. Z jednej ściany patrzył na nas Albert Wielki, z drugiej – Mieczysław Albert Krąpiec, aromat starych woluminów i środka konserwującego drewno był nieco usypiający, a my wszyscy mieliśmy poczucie, że to, co zgłębiamy, jest tyleż archaiczne, co i uniwersalne i w jakimś sensie wiecznotrwałe. Niespieszna, uważna lektura klasycznych tekstów z komentarzem interpretującym je w duchu najkanoniczniejszej z kanonicznych metafizyk (nie mogło być inaczej pod tym podwójnym spojrzeniem ze ścian) to bardzo dobre ćwiczenie intelektualne – i mówię to śmiertelnie poważnie, bez odrobiny sarkazmu. Bardzo dobrze wspominam ten trening filozoficzny, tym bardziej, że prowadzącego wprost nie dało się nie lubić.

Wszystkie słowa – klucze o zapachu czcigodnej padlinki, na które z sępią zaciekłością spikowali dziennikarze Onetu, Gazety Wyborczej i Polityki, takie jak „cnoty” (a tym bardziej „cnoty niewieście”), „zdrowa antropologia” czy  „gruntowanie dziewcząt do cnót” są dobrze znane temu, kto choćby pobieżnie zajmował się kiedyś antropologią filozoficzną czy aretologią. Co więcej, brzmią w tych kontekstach zupełnie neutralnie. Nawet nie „właściwie”, „słusznie” czy „szlachetnie”, ale właśnie neutralnie, jako że przynależą do dyskursu filozoficznego i w tym kontekście ich znaczenie jest całkowicie klarowne. Pierwsze i najbardziej charakterystyczne dla  k o n t r o w e r s y j n e j  wypowiedzi słowo „cnota” – jeśli czyta się je poprzez pryzmat tradycji antycznej, oznacza stałą dyspozycję do czynienia dobrze, złoty środek pomiędzy nadmiarem i niedomiarem w dziedzinie ludzkich postaw. Jeśli czyta się je „ludowo”, czyli tak, jak jest odbierane powszechnie, kojarzy się z tą cnotą, którą można stracić w sianie na wiejskiej zabawie, i błyskawicznie odsyła do kontekstu obyczajowego, a w dodatku do najbardziej poruszającej serca, umysły i nie tylko dziedziny obyczajowości, czyli sfery seksualnej. There we go. Oto jesteśmy w tym miejscu, gdzie zarówno współczesna prawica, jak i lewica lubią spotykać się na udeptanej ziemi i Walczyć o Przetrwanie Cywilizacji, a tak naprawdę dywagować o czynnościach podpierzynowych i albo domagać się całkowitego zniesienia wszystkich obowiązujących kiedykolwiek kodów zwyczajowych dotyczących tej dziedziny (lewica), albo pisać zastanawiająco szczegółowe seksualne księgo talmudyczne (prawica).

Co ma z tym wspólnego wypowiedź Skrzydlewskiego? W gruncie rzeczy niewiele, poza tym, że jest sformułowana w sposób, który sprawia, że gdy kolektywna świadomość zabiera się do odkodowywania zawartej w niej treści filozoficznej, reakcja nieuchronnie i natychmiastowo będzie przypominać numer z mentosem wrzuconym do Coca – Coli. Podobny los (powszechnego niezrozumienia czy może raczej – złego zrozumienia) spotkał pojęcia „prawa naturalnego”, szeroko używanego zwłaszcza przez politycznych orędowników pro – life. W odbiorze przeciętnego człowieka, nieprzeszkolonego filozoficznie (bez znaczenia, czy jest on katolikiem czy nie), prawo naturalne oznacza ni mniej, ni więcej, jak tylko jakiś rodzaj „prawa natury”, czyli: większe zwierzę zjada mniejsze; kiedy pada deszcz, rzeka wylewa, a kiedy nie ma deszczu, szosa jest sucha i Sasza idzie suchą stopą. Gdy wkracza w to wszystko etyka, dochodzi do tego skojarzenie z zakazem wykorzystywania szeroko pojętej sztuczności, czyli artefaktów stworzonych za pomocą technologii (coś jak w „naturalnym planowaniu rodziny”). Rzecz jasna, jest to bardzo odległe od sposobu, w jaki „prawo naturalne” rozumieją teolodzy i filozofowie chrześcijańscy, ale przecież zawsze istniał i istnieć będzie pewien rozdźwięk pomiędzy językiem powszechnym (będącym jakimś konglomeratem pojęć związanych z tak zwanym zdrowym rozsądkiem, przeświadczeniami zaczerpniętymi z mainstreamowych teorii naukowych, nieco spłyconą i uproszczoną wersją pojęć oryginalnych etc.) a językiem specjalistycznym. Jest to całkowicie naturalne i należy powstrzymać się przed narzucającym się odruchem oburzenia i niezgody na ten stan rzeczy („Ależ trzeba tych wszystkich ludzi wyedukować! Plaga powszechnego niezrozumienia pojęć to jedna z przyczyn upadku naszej cywilizacji… etc”). Owszem, prawdopodobnie powrót do nauczania filozofii czy choćby porządnie opracowanej etyki w szkołach powszechnych nie wydaje się być złym pomysłem; rzecz jednak w tym, żeby nie mieć wygórowanych oczekiwań, gdyż w tym właśnie tkwi tak zwany błąd antropologiczny. Przy tym wszystkim nie sugeruję wcale, że „ciemne masy” muszą niestety w ciemnocie pozostać, a kaganek zbawczej wiedzy niesiony będzie tylko przez nielicznych.  Bynajmniej; tak samo jak nie każdy ma obowiązek znać się na spawaniu, biologii molekularnej lub fizyce jądrowej, nie każdy musi też wiedzieć, o co chodzi filozofowi, gdy ten mówi o cnotach.

Z tezami stawianymi przez Skrzydlewskiego można się zgadzać bądź nie. Jest też oczywiste, że statystycznie rzecz biorąc, czytelnicy „Naszego Dziennika” raczej się z nimi zgodzą, natomiast czytelnikom „Gazety Wyborczej” włosy zjeżą się na głowie ze zgrozy. Dla jednych i drugich mam (właściwie neutralną, choć może ona nastroić ich nieco melancholijnie) wiadomość: nie ma to najmniejszego znaczenia. Żyjemy w państwie demoliberalnym, więc już po następnych wyborach minister Czarnek i jego doradcy najprawdopodobniej odejdą w cień, a „Gazeta Wyborcza” będzie triumfalnie przepytywać pana X, doradcę ministra Y, na temat celów polskiej szkoły, a ten będzie opowiadał o tolerancji i transgenderyzmie. Środowiska prawicowe kolektywnie się spłaczą, tak samo, jak dziś uczyniła to lewica. Potem znów dojdzie do przetasowania i na stolcu ministra edukacji znów znajdzie się ideowy kolega ministra Czarnka. W międzyczasie zaś w polskiej szkole zmieni się realnie dokładnie nic (co właściwie nie jest dobrą wiadomością, ale być może nie jest też wiadomością najgorszą).

Problemem nie jest właściwie ani twarda prawica, ani skrajna lewica. Jest nim tak zwany środek, bardzo szeroki. Sympatyczna fraza „cnoty niewieście” zaś brzmi w jego odbiorze tak archaicznie, że kojarzy się wyłącznie z XIX – wiecznymi wyszywankami i edukacją panienek pod kierunkiem francuskiej bony. It’s all gone. To se ne vrati.

Kreśląca te słowa nie może o sobie powiedzieć, że jest inkarnacją cnót niewieścich, a jednak nie mam zasadniczo nic przeciwko temu, by w ramach dyskusji aretologicznych istniał dyskurs, który je promuje. Warto jednak trzymać się pewnej zasady, mianowicie: co dzieje się na akademii, zostaje na akademii.

Jako że wakacyjna pora i zapadający powoli cichy wieczór skłaniają do tego, by otworzyć jakiś płynny smakołyk. Obiecuję państwu zatem, że pierwsza miarka zostanie spożyta za zdrowie doktora Skrzydlewskiego; druga za pomyślne trwanie zasady what happens on uni, stays on uni, trzecia zaś i wszystkie kolejne – za szanownych Czytelników. Państwa zdrowie!

 

Agnieszka Sztajer

Kategoria: Agnieszka Sztajer, Polityka, Publicystyka

Komentarze (2)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. JAkub pisze:

    Z podziękowaniem! 

  2. Pandaimon pisze:

    Moim zdaniem nie ma tu wiele do rzeczy prawica czy lewica, które dziś zresztą niewiele się od siebie różnią, ani nawet środek. Jest to kwestia elitaryzmu i gminności, a do tej ostatniej odwołują się w ogromnej większości współczesne media. Nie można być kulturalnym ani wykształconym na sposób prawicowy bądź lewicowy, ponieważ prawdziwa wiedza i kultura jest tylko jedna. Dobrze zdają sobie z tego sprawę elity – również te antyklerykalne, które posyłają swoje dzieci do szkół katolickich. Znajomość klasycznej filozofii jest fundamentem kultury, zatem tylko obeznanego z nią człowieka można nazwać kulturalnym. Nie trzeba żywić sympatii do katolicyzmu, by przyznać, że klasyczna filozofia dobrze się odnalazła w tej religii, zatem jej funkcjonariusze są – zwykle bardziej niż inni – kompetentni do przekazywania wiedzy w tej dziedzinie. (Oczywiście mówiąc o katolicyźmie należy wziąż poprawkę na Vaticanum II i rozkład, w jakim obecnie znajduje się to wyznanie). Ale nieznajomość cnót jest po prostu wynikiem braku wykształcenia i kultury – czyli: gminnością, prostactwem, chamstwem. Ich obrona zawsze była czymś elitarnym, jak zresztą sama filozofia i kultura. Sednem sprawy jest brak elit lub raczej brak jakiegokolwiek ich wpływu na kształt współczesnych poleis.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: