banner ad

Rękas: Tokarczuk – czyli co jest największym zagrożeniem dla polskości?

| 13 grudnia 2019 | 3 komentarze

Idiotyczna jest dyskusja (?) czytać czy nie czytać Tokarczuk z powodów sympatii partyjno-ideologicznych. Całe to demonstracyjne "Nie czytałem i nie zamierzam!" vs. "Kto nie podziwia, ten ciemnogrodzianin!"… Przecież to infantylizm.

 

Tak jak mało mnie obchodzą cudze zwyczaje czytelnicze – tak mam prawo uważać te akurat książki za nudne i o niczym, nie zostając przy tym, jak sądzę "parszywym pisiorem". I dla jasności – "Chłopami" też się nie będę zachwycać tylko dlatego, że Reymont był w Lidze Narodowej. Co to, jakiś przymus, że ma zachwycać, chociaż nie zachwyca?

 

Z „odbrązawiaczami” nie po drodze

 

Z kolei sam propagandowy przekaz pani noblistki zdaje się niektórych kolegów prowadzić na zupełne już manowce. Kilka rzuconych przez Tokarczuk słów, w tym krytyka „kolonializmu”, którą jedni odebrali jako potępienie polskiego zaangażowania na Kresach, a drudzy jako przytyk do pańszczyzny – wywołało spontaniczne wybuchy poparcia nie tylko w zwyczajowych szeregach obozu postępu, ale i u niektórych jego poputczików a to z tak zwanej uczciwej lewicy, a to nawet nie-lewicowych środowisk aspirujących do realizmu. A przecież to ewidentna pomyłka!

 

Przypominam – jeszcze w latach 1960-tych ówczesna szkoła realistyczna nie wsparła tak zwanych „odbrązawiaczy”, choć przecież wydawało się, że używane przez obie grupy argumenty są podobne. Różnica była i jest jednak zasadnicza: to szkoła krakowska, konserwatyzm i endecja najbardziej konsekwentnie piętnowały narodowe wady i historyczne błędy Polaków – jednak by ich NAUCZYĆ myślenia, a nie by w miejsce wad polskich wstawiać nieporozumienia kosmopolityzmu i samobójstwa nihilizmu. A to właśnie czynią ci koledzy (zwłaszcza jakoś tam lewicowi) zbyt ochoczo i powierzchownie dopisując się do zachwytów nad płyciutką krytyką "polskiego kolonializmu" w wykonaniu tej przereklamowanej pańci.

 

Problem polega bowiem nie tylko na tym "CO", ale także PO CO się pisze. Hitler też krytykował polskie wady narodowe… Nie chodzi więc nawet o to, że "Tokarczuk krytykuje polskość" – tylko o to, co proponuje ZAMIAST polskości: kosmopolityzm i tak zwane nowoczesne wartości zachodnie. I to jest clou problemu, ignorowane zresztą solidarnie po obu stronach tego kolejnego już gówno-sporu.

 

Alienacja i polaryzacja

 

Po stronie fanklubu pisarki, w tym zwłaszcza jej nowonawróconych wielbicieli mamy zresztą wiele oburzenia samym faktem, że komuś może jej twórczość czy wypowiedzi nie odpowiadać, jak i wyraźne prowokowanie awantur już w duchu mocno surrealistycznym, na zasadzie „Czemu cała wspólnota narodowa nie cieszy się sukcesem osoby, która publicznie się od tejże wspólnoty odcina?!”. Zaiste, nie sposób odgadnąć…

 

Niektórzy niedzielni kibice dają się jednak nabrać na taką sztuczkę i gorszą się krytyką „naszej, która odniosła sukces” i nie rozumieją co tak strasznie w mądraliństwie p. Tokarczuk drażni część polskiej opinii. Odrzucając działających od początku w złej wierze, by to wyjaśnić należy bez złośliwości zauważyć, że z powodów obiektywnych wielu dyskutujących ominęły politycznie lata 90-te, a inni widocznie zapomnieli już okres, kiedy identyczna "uzasadniona krytyka polskości" absolutnie dominowała w dyskursie publicznym, zhegemonizowanym przez jedno środowisko i cenzurowanym przez jedną Gazetę. Nie można zrozumieć dzisiejszych reakcji umownie mówiąc prawicy – bez tamtego kontekstu i to jeszcze zachowując się jak po przylocie z Marsa: "O, tak ładnie powiedziała o polskim kolonializmie, na pewno ma dobre intencje!". Takich Marsjan 25 lat temu było całkiem sporo w UD czy wczesnej UP i też się strasznie zaperzali, gdy im zwracano uwagę czemu i komu to wszystko służy…

 

Jasne, dziś tamte gwiazdy przybladły, w miejsce autorytatywnego, jednostronnego trucia o wyłącznie złej Polsce – mamy zaaranżowany udawany spór, w którym autentycznym „Europejczykom” rezonują specjalnie dobrani, fałszywi patrioci. I może się nawet wydawać, że to z tymi drugimi mamy większy problem, ale przecież najdalej za parę lat rząd się zmieni, znowu będziemy mieli na głowie rzeczonych „Europejczyków”, śpiewka dziś podawana przez Tokarczuk powróci jako obowiązująca linia państwowa – trzeba więc patrzeć na całość problemu, a nie uganiać się za podrzucanymi tematami, niczym psy za chwostem. Powtórzymy bowiem najważniejszą zasadę: głównym problemem Polski i polskości pozostaje sama serwowana nam socjo-technologia alienacyjno-polaryzacyjna, a nie tylko która bądź z jej stron.

 

Nie nasze wojny

 

Zresztą łatwość, z jaką niektórzy znaleźli się nagle w szeregach „obrońców Tokarczuk” świadczy, że nawet części tak zwanej patriotycznej lewicy łatwiej okazuje się przejść na pozycje kosmopolityczne – wystarczy bowiem czynnik narodowy nadal uważać za fakt, tylko przesunąć go na pozycje wrogów do zniszczenia. I już jest się w ciepłym towarzystwie soc-liberalnej, międzynarodowej inteligencji. Dużo trudniej podobnej dezercji byłoby się dopuścić racjonalnej prawicy, która żeby dołączyć do hurra-pseudo-patriotycznych krzykaczy – musiałaby cynicznie zgubić pół mózgu. Stąd właśnie jakoś żaden prawdziwy myślący narodowiec czy konserwatysta nie zostanie PiS-owcem, a naszych lewych kolegów od soc-lib-kosmpolitów oddziela linia tak cienka, jak właśnie w ostatnich dniach widzimy…

 

Niestety jednak, żadna ze stron normalnie dystansujących się od gównoburz polsko-polskich nie może czuć się bezpieczna, po na nie-systemowej prawicy i na nie-establishmentowej lewicy mamy do czynienia ze zbliżonym zagrożeniem: jedni nie potrafią pojąć, że nie każdy kto apologizuje polskość – jest patriotą. A drudzy, że nie każdy wytykający wady i błędy narodowe – chce ich naprawy.

 

Założymy zresztą na chwilę, że naprawdę obecnie większym zagrożeniem dla Polski byłby hurrapatriotyzm chwilowych rządzących, a nie kosmopolityzm, nihilizm i skłonności globalizacyjne całej reszty pseudo-elitki III RP. Nawet w takiej sytuacji, po pierwsze – rzeczony hurrapatriotyzm jest wszak fałszywy, zadaniowany, skazany na zwinięcie w nakazanej z zewnątrz okazji, podczas gdy soc-liberalne pańcie wydają się szczerze wierzyć w Nowy Wspaniały Świat, który nam wieszczą. To kto jest realnie groźniejszy?  Dwa zaś, z czysto praktycznego punktu widzenia: jak można choćby założyć, że dobrą odpowiedzią na najbardziej nawet drażniącą tromtadrację narodową – mogłoby być czepianie się kosmopolitycznego gówna i krzyczenie wraz z nim "śmierć frajerom"?

 

Nie określajmy się przez partie, na które głosujemy

 

Oczywiście, z czysto praktycznego punktu widzenia mamy do czynienia z koleją manipulacją. Bez urazy, ale jakoś nie widzę, żeby p. Tokarczuk i jej strzelający po necie fanklub jakoś szczególnie napierdalali dobrem i wspólnotowością. Śmiałbym nawet twierdzić, że w niczym nie ustępują swoim krytykom. Lamenty więc jak to „nie umiemy się cieszyć ze wspólnych (?) sukcesów” – to oczywisty fałsz, w III RP dominuje wszak mentalność plemienna, zawleczona nam wprost z amerykańskiego systemu politycznego, w którym kategoryzacja „z mojej bandy” ma być ważniejsza od identyfikacji narodowej, państwowej, czy nawet rodzinnej.

 

Realnie wygląda to przecież tak:

 

"Czytam Tokarczuk, bo jestem przeciw PiS-owi".

 

"Kocham dziki, bo nienawidzę PiS-u".

 

"Daję na Owsiaka, bo wydaje mi się, że ktoś z PiS-u mówił, żeby nie dawać".

 

"Jestem za aborcją, bo błędnie zakładam, że PiS jest przeciw".

 

I tak dalej. W latach 90-tych pasowaniem na inteligenta było demonstracyjne głosowanie na Unię Demokratyczną. Dziś minęło prawie 30 lat i nadal ma nas określać na jaką czy przeciw jakiej partii głosujemy? Nawet kiedy dyskutujemy (przynajmniej w teorii…) o literaturze?

 

I to z wszystkich tu wymienionych wydaje się być dziś najpoważniejsze zagrożenie dla polskości. Jej partyjniackie rozsadzanie od środka, pod fałszywymi flagami i w imię obelżywych, zakłamanych haseł. Polskiego Nobla powinna więc dostać ta myśl, siła czy osoba, która ten niszczący stan rzeczy będzie umiała szczerze i skutecznie zmienić.

 

Konrad Rękas

 

 

Kategoria: Konrad Rękas, Kultura, Myśl, Polityka, Publicystyka

Komentarze (3)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Jakub pisze:

    Tylko po co te przekleństwa?

  2. Pandaimon pisze:

    Uroczy text o "gównoburzach" i "napierdalaniu dobrem i wspólnotowością." Niestety, jaki język taka mentalność. Wszystko raczej na poziomie lumpenkonserwatyzmu.

  3. Gierwazy pisze:

    Niestety p. Rękas powrócił do swojej maniery usypiającego stylistycznie konstruowania artykułów. Zabieg wybudzenia czytelnika za pomocą grzmotów w postaci bluzgów (co ciekawe, "myślkonserwatywna" nie wpadła na myśl, by je wykropkować…) raczej pogorszył tylko efekt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: