Rękas: Nic przeciw Klimatyzmowi!

| 2 listopada 2021 | 0 Komentarzy

Adaptacja do zmian klimatu to cywilizacyjna konieczność. Wiara w zdolność człowieka powstrzymywania i kierunkowania zmian klimatu – to mix cywilizacyjnej pychy i naiwności, a więc właśnie doktryna, starająca się zostać ideologią. Najprostsze, ale i najbardziej fundamentalne pytanie brzmi wszak: czy gdyby nawet udało się osiągnąć „zeroemisyjność” – klimat przestanie się zmieniać?

Nowy (?) totalitaryzm

Przez lata, a właściwie już dekady – uważano treści ekologiczne za niewinną rozrywkę dla młodzieży, uwrażliwiającą ją na problemy ochrony środowiska. No i okazję do robienia biznesików, w rodzaju „załatwmy sobie nakaz wymiany żarówek konkurencji na nasze”. Po tzw. prawej (a faktycznie neokonskiej) stronie pojawiały się co najwyżej typowe aroganckie prychnięcia wrzucające wszystkie zielone napomknięcia do worka (recyklingowego) z napisem „lewactwo”. Z kolei typowe kręgi demoliberalne widziały w ekologach własne lewe skrzydło, które można uspokoić kolejnymi deklaracjami i zapewnieniami, że owszem, tak, kiedyś, coś… W ten sposób (nie)zgodnie przeoczono, kiedy w sympatyczny skądinąd w wielu aspektach nurt – zaczęły się angażować coraz większe pieniądze i coraz bardziej wyraziste uroszczenia doktrynalne. W wyniku ich sprzężenia wyrosło pokolenie (a na Zachodzie – już kolejne) szczerze przekonane, że „Ziemia zginie jeszcze w ciągu naszego życia – i to z wyłącznej winy człowieka!”.

A zatem wszystko i wszyscy muszą zostać podporządkowani nadrzędnemu celowi odwrócenia tego przyjmowanego na wiarę stanu, bez względu na koszty. To właśnie nastawienie decyduje, że współcześnie dominująca postawa post-ekologiczna, Klimatyzm – ma wszelkie zadatki totalitarne. I nie jest to bynajmniej inwektywa, tylko proste stwierdzenie faktu, skoro zapewne standardowi zwolennicy nowej ideologii dominującej – bez problemu podpisaliby się pod taką trawestacją: Wszystko dla Klimatu. Nic poza Klimatem. Nic przeciw Klimatowi!

Zielona służba plutokracji

I myliłby się ten, który widziałby we wdrażanych obecnie zmianach jakiś nowy objaw klasycznej lewicowości czy anachronicznie w takich przypadkach przywoływanego marksizmu. Wszak rewolucji nie zburzono pałaców – tylko „wprowadzono do nich lud”, przynajmniej deklaratywnie. Tymczasem współcześnie rewolucja ma zacząć się, a w praktyce zapewne ograniczyć do odebrania ludowi chruszczowek… Obserwując oczywisty kryzys kapitalizmu i słabość udzielanej temu zjawisku odpowiedzi liberalnej – zarówno ze strony tradycjonalistycznej, jak ortodoksyjno lewicowej zapowiadano świat, w którym ograniczona zostanie nadmierność konsumpcji, ale zachowana zostanie jej równomierność. Współcześnie dzieje się coś odwrotnego. Konsumuje się nadal ponadmiarowo – tylko, że teraz znów czynić to będą jedynie nieliczni…

Jest to skądinąd typowe dla latte-lewicy zwalczanie klasy średniej (choć na przemian ze słusznym dowodzeniem, że wcale nie jest ona średnia, zrzeszając jedynie więcej konsumujących proli) przy całkowitym pomijaniu kwestii klas wyższych, oligarchii i jej interesów. Niby to też zgodne z klasyczną praktyką bolszewizmu, bo łatwiej było wzbudzić nienawiść klasową do burżuja z ulicy, który mieszkał piętro wyżej i miał tylko trochę lepiej – niż od tego w pałacu, bo ten był zbyt abstrakcyjny… Tyle tylko, że historycznie bolszewicy dobrze wiedzieli, że istnieją i nie mieli w planach ich pominąć w ostatecznym rozwiązaniu. A w przypadku klimatystów można mieć co do tego więcej niż wątpliwości. Ci bowiem udają tercyzm, a czasem faktycznie także jakąś doskonalszą formę marksizmu. A są tylko kolejnym naturalnym stadium kapitalizmu i korporacyjnego liberalizmu. To funkcjonariusze plutokracji, psy łańcuchowe reżimu, tylko na rowerach. Co zabawne zresztą – każdego swego krytyka traktując jako liberała konserwatywnego, na zasadzie „a ten twój Trump to…!”. Nie mają wdrukowanego przekazu do krytyki z żadnych innych kierunków, także tych szczerze zainteresowanych prawdziwą ochroną środowiska. Nie, dowolny polemista z pewnością musi być samolubnym kucem rozjeżdżającym swym suvem biedne foczki w drodze nad jezioro, w którym płucze beczki po ropie. A że sami służą tylko interesom wielkiej finansjery – biorący udział w systemowo umocowanych „wagarach dla planety” za nic przecież nie uwierzą…

Biznes zawsze jest tylko biznesem

I tak jest przecież nawet w najbardziej ewidentnych przypadkach. Weźmy choćby najprostszy przykład – rynek odpadów. No właśnie – rynek… Na pewnym etapie przy rosnącej konsumpcji stało się oczywiste, że sama ilość odpadów zmienia ich usuwanie z uciążliwej i kosztochonnej służby społecznej w potencjalnie dochodowy biznes. Nie można było jednak przecież po prostu powiedzieć ludziom, że ktoś sobie będzie zarabiał na ich śmieciach, przeważnie zresztą najbardziej uciążliwą część, czyli składowanie pozostawiając stronie publicznej. By udrożnić rynek segregacji, wywozu, handlu nadwyżkami odpadów – stworzono więc odpowiednią legendę. A jakże, również ilustrowaną z interesem planety (żółwiki w plastikowych siatkach, pelikany połykające PETy itd.). Postarano się także, by pewną część roboty konsumenci wykonywali, w czynie społecznym dokonując preselekcji. Nb. tak z biznesowego, jak i zwłaszcza ekologicznie mało istotnej, bo realnie recycling nie przekracza 10 proc. masy odpadów niby to przeznaczonych do odzysku. Każąc jednak ludziom samemu babrać się w śmieciach uzyskano przede wszystkim efekt świadomościowy – i pewność, że nikt nie zada pytań o biznesowe cele i środowiskowe efekty całego przedsięwzięcia. Nie trzeba bowiem wspominać, że cokolwiek by się nie wydawało fanom metalowych słomek – to nie do konsumentów w ich masie należy wybór choćby nawet opakowań towarów. Realnie dyktuje to bowiem podaż, serwowana gotowa kultura, konsumpcji, polityka cenowa o tyle niepodatna na naciski konsumenckie, że sama je wywołująca i kształtująca, przeważnie w celach konkurencyjnych i sprzedażowych. I tak dalej. Przemysł rowerowy nie jest przemysłem, kapitał zaangażowany w technologie energii odnawialnych nie jest kapitałem, propaganda klimatyzmu nie jest propagandą. I imperializm energetyczny jest imperializmem tylko w zależności od zwrotu, w jakim jest prowadzony. Czego jeszcze nie rozumiemy?

Zmiana cywilizacyjna

Ten pozorny dysonans jest przede wszystkim skutkiem zmiany celów strategicznych. Mimo zewnętrznego podobieństwa, formalnej, a często i personalnej ciągłości – współcześni klimatyści nie mają wiele wspólnego z dawnymi ekologami, walczącymi często słusznie z rozlicznymi patologiami industrializacji zarówno w wersji kapitalistycznej, jak i real-socjalistycznej. Unijna (i globalna) agenda klimatyczna nie ma już dziś jednak niczego wspólnego z ochroną przyrody. To już nie '80-'90. Choć z drugiej strony zaczęło się bodaj jeszcze wcześniej. Cezurą był kryzys 1973 r. i szantaż paliwowy krajów arabskich. Już wówczas niezależnie od strategii „bezpieczeństwa energetycznego” – Stany i ich strefa wpływów zintensyfikowały prace nad technologiami energetycznymi alternatywnymi wobec tych opartych na paliwach kopalnych. Z kolei sam klimatyzm jako ideologia obejmuje siłą rzeczy znacznie więcej zagadnień niż tylko sposoby pozyskiwania i wykorzystywania energii. Nie chodzi już, żeby „żyć tak samo, tylko bez węgla i ropy”. To zmiana cywilizacyjna, której okrzyczana zeroemisyjność jest tylko elementem, by nie rzec – narzędziem. Powtórzmy bowiem – pytanie nie brzmi czy klimat się zmienia, tylko czy np. nawet osiągnięcie owej zeroemisyjności (czymkolwiek by nie była) – zmiany odwróci, zastopuje czy chociaż spowolni? I jakim kosztem.

Takich pytań jednak rzecz jasna zadawać już nie wolno.  Z pewnością też nie padną na szczycie klimatycznym w Glasgow (COP26), nota bene ze znaczącą nieobecnością przywódców Chin i Rosji. Zgromadzenie to zwołane w momencie przesilenia czy raczej drugiego oddechu polityki COVIDlockdownów jest oczywiście tylko medialno-demokratyczną demokracją dla decyzji i działań podejmowanych przez gremia prawdziwie decyzyjne. Nie wszystkie konkrety są zresztą i będą podawane tzw. opinii publicznej od razu. Nie tyle dla uniknięcia oporu, już bowiem wiadomo dobrze, że żadnego nie będzie – ale choćby dla pozostawienia miejsca „antysystemowym klimatystom”, by mogli sobie krzyczeć jak bardzo są rozczarowani i jak dalej idących zniszczeń się domagają. A, no i by zostało pole dla dalszych spekulacji i interesów.

Bo przecież to, że interes ma skalę globalną – nie oznacza jeszcze, że nie jest interesem. W przypadku klimatyzmu – w pełnym tego słowa znaczeniu interesem totalnym.

 

Konrad Rękas

Kategoria: Konrad Rękas, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: