Rękas: Najdłuższa wojna XXI wieku

| 13 stycznia 2022 | 5 komentarzy

Stany Zjednoczone i Rosja rozmawiają o prowadzonym już właściwie jawnie wyścigu zbrojeń. Media III RP już straszą „nową Jałtą” z jednej strony, by równocześnie z góry ogłaszać nieuchronne zwycięstwo jedynie słusznego systemu euroatlantyckiego. Tymczasem sytuacja geopolityczna i geostrategiczna jest i bardziej złożona, i dużo bardziej niebezpieczna, nie tylko zresztą dla Polski – niż mogłoby wynikać li tylko z jakiegoś nowego rozgraniczenia stref wpływów między mocarstwami.

O nowy Plan Rapackiego

Zimna wojna zawsze najbliżej była przejścia w stan gorący właśnie, gdy w grę wchodziła równowaga strategiczna mierzona rozmieszczeniem i zasięgiem systemów rakietowych. Tak było, gdy w 1962 r. Związek Sowiecki udaremnił próbę ulokowania amerykańskich rakiet w Turcji, co nie do końca precyzyjnie nazwano kryzysem kubańskim. Tak było już za mojego życia, gdy symbolem agresywnego imperializmu Reagana i Thatcher były Pershingi, Tomahawki oraz system Trident (do dziś zresztą kontynuowany przez Wielką Brytanię).  Zawsze, gdy w strefie euroatlantyckiej górę biorą wojenne jastrzębie – widać to po translokacji ofensywnych systemów bojowych, przysuwanych coraz bliżej do granic Federacji Rosyjskiej.

W praktyce też od momentu, gdy antychińska polityka Donalda Trumpa uśmierciła INF (ДРСМД) – brak jest skutecznej międzynarodowej regulacji trwającego, choć oficjalnie nie ogłoszonego wyścigu zbrojeń między USA a resztą świata. Wyścigu oczywiście bardzo jednostronnego, bo choć nikt nie odmawia siłom zbrojnym Federacji Rosyjskiej nowoczesności i wyszkolenia, a Chińskiej Armii Ludowej potęgi – to jednak to Amerykanie wydają na zbrojenia więcej ($778 miliardów) niż jedenaście kolejnych państw z tej listy razem wziętych, z których osiem to amerykańscy sojusznicy i kraje zależne. Ta potężna zależność polityki USA od interesów kompleksu wojenno-przemysłowego, niezmienna od czasów zimnej wojny – zawsze pozostawia margines niepokoju czy tak ogromny arsenał nie skusi kogoś, aby zostać w końcu użyty. Choćby ot tak, by zrobić miejsce na nowe zakupy.

Rozmowy rozbrojeniowe, a przynajmniej nieproliferacyjne są zatem koniecznością i to nie mniej naglącą niż podczas najgroźniejszych kryzysów z epoki dwublokowej. Polska miała niegdyś spory dorobek dyplomatyczny w tym zakresie, by wspomnieć tylko inicjatywę Planu Rapackiego, jeszcze z lat 50-tych ubiegłego wieku. Polski minister spraw zagranicznych, Adam Rapacki – zaproponował wówczas utworzenie w środkowej Europie strefy bezatomowej, obejmującej terytoria z obu Bloków, tj. obu państw niemieckich, Polski i Czechosłowacji. Mimo poparcia ze strony Moskwy, Pragi i Berlina Wschodniego, a także bardzo życzliwego przyjęcia przez antywojenne kręgi zachodnie – atmosfera ta rozbiła się o opór atlantyckich militarystów. Z pewnością jednak warto byłoby do niej dziś nawiązać tworząc taką strefę wyłączoną z relokacji systemów rakietowych, co najmniej z Polski, Ukrainy, Rumunii, Czech, Słowacji, Skandynawii i Pribałtiki. Analogiczne porozumienia należałoby wedle chęci zainteresowanych stron tworzyć także w Azji i innych regionach świata. W przeciwnym razie grozi nam permanentny już stan powszechnej wojny hybrydowej – z możliwością przejścia w pełnowymiarowy konflikt globalny w dowolnej chwili.

Niestety, ku naszemu wstydowi – dyplomacja III RP nie jest i nigdy zapewne nie będzie zdolna by wystąpić z inicjatywą tak niezależną i zgodną z polską racją stanu, a zarazem o tak znaczącym formacie międzynarodowym, jak u dało się to tamtemu PRL-owskiemu dyplomacie sprzed lat 65. Fatalne to wystawia świadectwo nie tylko naszemu obecnemu niesuwerennemu statusowi, ale i poziomowi tak zwanych elit państwowych.

Rosja wkroczy? Zapraszam na kolację!

Oczywiście, USA, UK i NATO wszelkie swe ekspansywne działania na Wschodzie tłumaczą „agresywnymi planami Rosji wobec Ukrainy”. Przy czym, zaznaczmy, są one tak tajne i diaboliczne, że dzięki zachodnim mediom i politykom rozmawia się po nich rzy piwie w pubie i na rodzinnych obiadkach. Tak są oczywiste i wszystkim znane. Nietrudno chyba zgadnąć, że jeśli coś jest przedmiotem tak wyraźnej i nachalnej kampanii propagandowej – to można być zupełnie spokojnym, że nie ma związku z rzeczywistością. Wielokrotnie powtarzałem i to od siedmiu lat, gdy właśnie każdego dnia po Euromajdanie wróżono wejście armii rosyjskiej na Ukrainę – jeśli Rosja zechce, to po porannym apelu w Rostowie jej żołnierze zjedzą lunch w Charkowie, obiad w Kijowie i jeszcze im starczy czasu na podwieczorek w lwowskich kawiarniach. A na kolację to już wtedy ja zapraszam na obecną granicę polsko-ukraińską (co najwyżej ubolewając, że wciąż jest na Bugu, a nie Zbruczu czy Bohu…).

Niestety jednak, Rosja nie weszła – bo też i Rosjanie nie są od rozwiązywania za innych (w tym przypadku za Ukraińców) ich problemów. Ba, odkąd coraz więcej wiemy o pierwszych latach istnienia republik ludowych na Donbasie – tym więcej czytamy i słyszymy o moderującej roli Rosji, która jak mogła starała się powstrzymać eskalację konfliktu. Nie miejsce tu by oceniać czy taka polityka łapania za ręce donbaskich komendantów polowych, by nie szli za daleko na zachód była słuszna. Faktem jest jednak, że tak to wyglądało. Rosja już dawno mogłaby całą Ukrainę wyzwolić (czy jak kto woli podbić) i nikt, a już najmniej Zachód nie mógłby niczego na to poradzić. Czemu by więc miałaby nagle zmieniać politykę i z wielomiesięcznym rozbiegiem wtarabaniać się nagle w ukraiński kocioł? Tylko po to, by pomóc zachodnim jastrzębiom i producentom broni oraz śmiesznemu kijowskiemu kacykowi, który marzy o wojnie, żeby ratować własny stołek?

Zresztą, coraz częściej w zachodnich mediach słychać trąbki do odwrotu. Po kilku miesiącach ciągłego przemnażania ile to tysięcy rosyjskich czołgów już, już za chwilkę wedrze się na pokojową Ukrainę – nagle możemy usłyszeć i wyczytać, że tak w sumie, to chyba był… „blef Putina” i może jednak Rosja nigdzie nie chce wkraczać? Dla czytelników zaprawionych w czytaniu między wierszami – zmiana przekazu jest więc jasna. „Nigdy się nie przyznamy, że kłamaliśmy, ale teraz możemy już powiedzieć, że żadnej wojny nie będzie”. Cóż, patrząc choćby na ukraiński imponujący budżet wojenny (323 miliardy hrywien, ponad 11 miliardów dolarów!) trzeba zauważyć, że „wojna rosyjsko-ukraińska” już spełniła część swoich zadań. Kasa, którą Zachód „pożycza” Kijowowi wraca na Zachód w postaci zakupów wojskowych, interes się kręci, a kompleks wojenno-przemysłowy wraz z mediami na swoich usługach – liczą zyski.

O nowy ład międzynarodowy

Nie ma zatem wątpliwości, że okres jednobiegunowości świata dobiegł końca, jednak nowy ład międzynarodowy jeszcze się czytelnie nie ukształtował. Naturalne są zatem tarcia i konflikty mające ustanowić nowe zasady i określić nowe strefy wpływów. Imperium schodzące często miewa z tym kłopot, zwłaszcza gdy samo przed sobą skrzętnie ukrywało własne osłabienie i schyłkowość. Stany muszą robić groźne miny, pobrzękiwać rakietami – tak rozumieją swój prestiż, takie mają potrzeby wewnętrzne i tak chcą gwarantować sobie podporządkowanie pozostałych jeszcze wasali. Ucieczka przed kryzysem przez ostatnią próbę ekspansji, rozpraszanie uwagi rywali, opóźnianie nieuchronnego – to normalne zagrywki taktyczne. Niestety, również próba wyparcia rzeczywistości przez rzucenie wszystkiego na jedną kartę i wywołanie globalnego zagrożenia wojennego – również jest opcją znajdującą się na stole. I nie jest tajemnicą, że są kręgi amerykańskie, które nie cofnęłyby się przed podpaleniem świata, na zasadzie „wszystko – albo nic” oraz „jeśli nie my – to nikt!”. Oczywiście jednak są też pragmatycy, a także ta część kapitału finansowego, która w ogóle już sceptycznie patrzy na politykę realizowaną przez państwa wskazując, że to wielkie korporacje, a nie największe nawet mocarstwa stają się faktycznymi podmiotami ładu międzynarodowego. To te wielkie interesy będą zatem decydować WOJNA – czy POKÓJ i jak na razie, jak widzimy, racje się ważą. Nie tylko zresztą między Waszyngtonem a Moskwą, ale kto wie czy nie w większym jeszcze zakresie między Wall Street, City a Pekinem i Szanghajem.

Co zaś się tyczy nieszczęsnej Ukrainy… Cóż, będzie przedmiotem sporu Zachodu z Rosją przede wszystkim tak długo, jak da się jeszcze z niej coś ukraść. Choć zorganizowana grabież trwa praktycznie od pierwszych chwil po Euromajdanie – Ukraina jest wciąż potencjalnie bardzo bogatym krajem. Czy nie pamiętamy, jak podczas poprzedniej wojny światowej Niemcy nawet czarnoziem wyrywali i wywozili pociągami do siebie? Jeśli sami Ukraińcy nic z tym nie zrobią – ich państwo pozostawione zostanie sobie dopiero, gdy ostatni pociąg z ich zasobami odjedzie na Zachód. A nawet i wtedy Ukrainie przypisana będzie rola pola bitwy, niechby i atomowej.

Jak wiemy ekipa Zełenskiego już zalegalizowała obrót ziemią legalizując i uprzywilejowując przede wszystkim wielką własność zagraniczną, dotychczas ukrywaną pod postacią dzierżaw i joint-venture. W 2022 r. pod młotek pójdzie 700 z 3,500 pozostałych jeszcze państwowych przedsiębiorstw, w tym zwłaszcza energetyka, kombinaty górnicze i metalurgiczne. To m.in. dlatego Zełenski ogłosił tę swoją kabaretową „wojnę z oligarchami” (czyli z kim, z sobą samym?) – by nikt nie przeszkadzał zachodniemu kapitałowi paść się na ukraińskim majątku. By żreć spokojnie – kapitał musi straszyć wojną. Ot i cała tajemnica „rosyjskich planów agresji na Ukrainę”.

Innego końca świata nie będzie

Czy więc straszenie globalnym konfliktem – to tylko takie chwyt marketingowy? Niekoniecznie, a w każdym razie chyba nie tylko. Kilka lat temu modna była teoria, że III wojna światowa praktycznie już się rozpoczęła, tylko jeszcze nie dostrzegamy wszystkich jej objawów. Niedobór bardziej dramatycznych momentów kazał sceptykom zakwestionować tę hipotezę – ot, przecież lepiej, gorzej, ale jakoś się żyje, sytuacja międzynarodowa od kryzysu do kryzysu, ale układa się normalnie i w sumie można skupić się na innych problemach, od celebrytów przez klimat po pandemię. Sęk w tym, że wieszczowie III wojny mieli rację. Tylko jak w wierszu polsko-litewskiego poety Czesława Miłosza o końcu świata, którego nikt nie zauważył – innej globalnej wojny niż permanentnie hybrydowa być może już nie będzie. I mieszkańcy tych części świata, które nie zostały nią objęte będą mogli sobie wątpić. Tymczasem wszędzie wokół, na coraz liczniejszych frontach będzie toczyć się niekończąca się wojna o nowy porządek światowy.

Wojna, którą znamy z Donbasu, Syrii, Jemenu, Zakaukazia, teraz także Kazachstanu, wkrótce może Tajwanu, Ukrainy czy Pribałtiki. Ale także wiele, wiele innych konfliktów, w których wrogowie z innego teatru działań będą zawierali nagłe, taktyczne sojusze przeciw innym, do niedawna czy gdzieindziej zaprzyjaźnionym. To może być wojna nie tylko między państwami, bo przecież wiemy już, że można wojować niemal całkowicie przy użyciu kapitału prywatnego, a państwa wynajmować sobie już tylko do prowadzenia co cięższych nalotów. To wreszcie wojna, w której wprawdzie po dawnemu pod bombami i rakietami znikać mogą całe miasta, ale i taka, w której zabójca wleci przez jedno tylko okno na kształt dziecinnej zabawki – i wygra decydującą bitwę.

A większość z nas, jeśli tylko będziemy mieli odrobinę szczęścia – może nawet nigdy tego nie zauważy…

 

Konrad Rękas

Kategoria: Konrad Rękas, Polityka, Publicystyka

Komentarze (5)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. knowhow pisze:

    zwykła kremlowska propaganda – precz z Rękasem! moskiewskim kundlem!

  2. Iona pisze:

    Owszem, zwykła – i nawet się nie maskująca – ale Partia Liżących Walonki zawsze jest jakąś odmianą po dominującej Partii Liżących Lakierki. Oczywiście lizanie jakichkolwiek butów jest poniżające, ale Partia Liżących Walonki nie chce tego dostrzec, gdyż to zmusiłoby "realistów" do wycofania się z polityki czynnej, gdzie są jedynie narzędziem innych – bowiem realnie konserwatyści politycznie nie mogą nic. Ani Stany, ani Rosja, nie są i nie mogą być naszymi sprzymierzeńcami. Realnie jedyne mocarstwo, z którym możemy wiązać jakiekolwiek nadzieje, to Królestwo Niebieskie.

  3. Redakcja pisze:

    Do czytelnika knowhow: brak merytorycznego odniesienia się do treści artykułu i obrażanie autora, skutkować będzie dożywotnim banem (po adresie IP) z korzystania z naszej strony. Zachęcamy do roztropności. 

  4. Gierwazy pisze:

    Na portalu Konserwatyzm.pl w zasadzie taka sama treść widnieje pod postacią wywiadu przeprowadzonego z Konradem Rękasem przez niejakiego Olega Chawicza dla "Ukraina.ru". Ciekawym z czego wynika ta zmiana tutaj?

  5. knowhow pisze:

    do Redakcji (merytorycznie) – ten portal rozprzestrzenia narracje moskiewskich bandytów a Rękas to już modelowa ruska onuca

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: