Rękas: Konstytucja koronawirusowa

| 19 kwietnia 2020 | 0 Komentarzy

Choć w ostatnim okresie to resort zdrowia, a nie Sejm przoduje w Polsce w działalności prawotwórczej – to parlamentowi udało się choć na chwilę odwrócić zainteresowanie internautów (czyli obecnie wszystkich) od umęczonej twarzy ministra Szumowskiego. Wszystko dzięki problemowi dzieci nienarodzonych idących na polowanie, żeby dać zarobić nauczycielom, co ma zostać uregulowane w Konstytucji. Czy jakoś coś podobnie…

Aborcja jak stary pomidor

Mniej więcej tak bowiem wybrzmiało w przestrzeni publicznej wyciągnięcie z szafy marszałek Sejmu (zwanej zamrażarką – tzn. mechanizm wypełniania szafy jest tak nazywany, nie posłanka Witek…) wszystkich tych kwestii naraz, w dodatku w ukraszeniu wyjątkowo dziwacznego projektu zmiany konstytucji RP. Oczywiście, zgodnie z ugruntowanym już zwyczajem, by w każdej głupocie polskiego parlamentaryzmu widzieć trzy poziomy planów ukrytych w planach i same dna pod dnami (co w sumie brzmi jak opis kolejnych rządów…) – od razu pojawiły się próby wyjaśnienia owej koincydencji na sposób nieledwie makiaweliczny. Jednym z modniejszych założeń stał się np. domysł, że oto PiS wyciągając z kapelusza kwestię aborcji – sprytnie prowokuje "opozycję", by ta z zemsty wzięła udział w korespondencyjnych wyborach (o ile do nich dojdzie…), choćby by wyrazić sprzeciw. Tymczasem, już nawet litościwie zniżając się do analizowania czegoś tak pozbawionego sensu i znaczenia, jak parlamentaryzm III RP – bardziej racjonalne wyjaśnienie brzmi jednak, że dzieje się to wszystko… po nic. Wszak dla Jarosława Kaczyńskiego cel niczym – ruch wszystkim…!

Co najmniej prawdopodobne więc, że mamy do czynienia zaledwie z korzystnym dla rządzących zbiegiem okoliczności. Sprawa, jakich niestety wiele, tylko potwierdzająca jakim złudzeniem jest łączenie jakichkolwiek nadziei z demokratycznym partyjniactwem III RP. Systemem, który od zawsze podcierał sobie… gębę zagadnieniem tyleż fundamentalnym, co oczywistym, jakim jest usunięcie prawdziwego, a nie wymyślonego zagrożenia dla życia ludzkiego, czyli morderstwo aborcyjne.

Czy ktoś bowiem w ogóle pamięta w jakich okolicznościach doszło do uchwalenia bazowej wersji ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, w styczniu 1993 r.? Otóż działo się to, kiedy w polskich kopalniach wybuchły największe od lat strajki górnicze, a gospodarka kraju znajdowała się w stanie paraliżu spowodowanego kurczowym trzymaniem się założeń planu Balcerowicza i stowarzyszeniem ze strukturami europejskimi. To pokazuje, że już wówczas nad całym tym tematem, mimo jego wagi – wisiała wizja zastępczości, odwracania uwagi i gry dla gry, bez żadnego oglądania się na kwestie tak trywialne, jak dzieci, matki czy ludzkie życie! I nie inaczej wygląda to po upływie przeszło ćwierćwiecza.

Czyżby więc wszyscy sądzący, że „PiS było pod ścianą” (bo niby to goniły terminy) – nie mieli w domu lodówek, że nie rozumieją ich sensu? Nie mają w nich niczego o przedłużonej trwałości, co niby zawsze można zjeść, ale jakoś ciągle się zwleka pytając/sprawdzając czy nie ma czegoś innego? A przecież nikt chyba też nie planuje pandemii, lockdownu, zamknięcia sklepów itd… W końcu jednak przychodzi moment. TEN moment. Ma się już dość codziennie tego samego koronawirusa z rusztu, zagląda znów do lodówki, a tam JEST, zapomniana, zakurzona, ale jest! I akurat trzeba ją zjeść do środy. Furda, że jeszcze by z miesiąc poleżała i nic by jej nie było – ale dawaj, rozpakowujemy: ABORCJA!

I tak pewnie wyglądał cały makiaweliczny plan PiS-u. Zwłaszcza, że sytuacja jest jeszcze bardziej oczywista niż zwykle – każdy powiedział swoje, z góry wiadomo, że zostanie po staremu, a na koniec i tak wchodzi Szumowski, cały na biało i wybrzmiewa morał: "Extremisty z lewa i prawa gupotami się zajmiom, a PiSy i ich ministry żywych ludziów ratujo!".

Zaprawdę, naszym narodem dałby radę rządzić nawet gang wiewiórek, gdyby opanował gmachy rządowe i miał dostęp do telewizji.

Wola ponad prawem

Równolegle też pojawiły się głosy niby to odmienne, skupiające na fakcie, że terminy czytań projektów są regulowane prawnie, a zatem Prawo i Sprawiedliwość jakoby musiało poddać się procedurze m.in. pozwalając przedstawić projekt obywatelskiej inicjatywy „Stop Aborcji”. Problem to na tyle charakterystyczny dla III RP, że warto zatrzymać się nad nim dłużej niż choćby parlamentarzyści zajmowali się rzeczonym problemem zakazu aborcji eugenicznej. Wszyscy piszący piszący/dyskutujący "PiS musiało", „nie mieli wyjścia” itp. – powinni przeczytać takie swoje wypowiedzi, wziąć głęboki oddech i przeczytać je po raz kolejny. No? Już? Widzą Państwo? Sami się uśmiechacie? Otóż to.

Co to znaczy "musiało"? Może ktoś chciał napisać, że prawo ich zobowiązywało? Aaa, to to trzeba było zrobić, bo to nie to samo! Skoro nie ma sankcji, nie ma egzekucji przymusu – to… nie ma przymusu. Jest tylko WOLA. Jasne, pewnie im coś zadzwoniło w terminarzach, któryś urzędnik coś pamiętał i ktoś uznał, że to w sumie niezła okazja z dobrym alibi. Stąd te "przymusowe" projekty, od Sasa do Lasa – ale każdy z zapleczem negatywnym, gwarantującym hałaśliwą gównoburzę. A tę sobie Jarosław K. zawsze przecież chwali czy ma to głębszy sens, czy też nie. Jednak nie od strony PR i propagandy, ale w zakresie (nie)porządku prawno-ustrojowego III RP należy raz na zawsze zapomnieć, że realnie rządzący coś "muszą" albo że im czegoś "nie wolno". Bo "nie może zrobić" i "nie wolno mu" – to wcale nie jest to samo, a co najwyżej robią coś nielegalnie. Co nie znaczy, że tego nie ma…

Bo to jest wiecznie to samo gadanie "Oni tak nie mogą!" – niezależnie czy chodzi o wypisującego karę policjanta, zamknięcie parków, a teraz i trawników, ograniczenia poruszania wszystkich, sędziego zamykającego bez wyroku i trzymającego w areszcie ponad normy kodeksowe choćby jedną osobę, czy organ wydający/uchwalający decyzje z sera. To jest nie ten wyraz. Skoro mają możliwości – TO MOGĄ. Co najwyżej im nie wolno/nie robią tego legalnie. I niby co z tego?

Mówiąc jeszcze prościej – niektórzy odnosząc się do działań polityków, w tym do stanowienia i wykonywania prawa, żyją w zupełnie błędnym przekonaniu, że stan prawny równa się rzeczywistemu, a więc jeśli coś jest z nim sprzeczne – to istnieć nie może. Proszę jednak wyjrzeć za okno, a jeszcze lepiej pójść na spacer (koniecznie bez maseczki!), by zorientować się, że tak myślący nie mają racji. Nielegalność działań wcale ich nie powstrzymuje, nielegitymizowane pochodzenie prawa w niczym nie musi utrudniać jego egzekucji i przekonujemy się o tych podstawowych cechach woluntaryzmu prawnego właśnie teraz, gdy stają się coraz powszechniejsze i dotykają niemal wszystkich.

Prawo i Sprawiedliwość tak samo mogło zignorować jakieś tam terminy zajmowania się projektem „Stop Aborcji” – jak i może wprowadzać wiążące wszystkich nakazy i ustawy rażąco sprzeczne z całym dotychczasowym i formalnie niby obowiązującym porządkiem prawnym III RP. W istocie bowiem władza bez skutecznie egzekwowalnej sankcji nie jest żadną władzą, ergo prawo samo władzą nie jest, będąc tylko narzędziem w gestii woli i możliwości politycznej, traktowanych łącznie.

Konstytuta-kompromituta

Rozumiejąc zaś czemu to wola i moc, a nie goła litera prawa są istotą władzy – możemy też spojrzeć na kolejny przedmiot zainteresowania tego pożal się Boże Sejmu: projekt nowelizacji konstytucji.

Wbrew temu, co pisze się o nim w zapowiedziach prasowych – nie jest on ani nagły, ani niespodziewany, ani nawet… PiS-owski. To są po prostu typowe tytuły GW dla określania dowolnego zdarzenia, wobec którego chce się wywołać sprzeciw. Podobnie nazywano wszak i odstrzał dzików, i „Stop Aborcji”… Jak być może sięgają pamięcią ci, którzy mają ją wyskalowaną na dłużej niż tydzień – pomysł wydłużenia kadencji prezydenta do lat 7 oraz odłożenia trwających właśnie wyborów na rok 2022 był ekscytacją czasu przedświątecznego. Nawiasem mówiąc fakt, że już to zapomniano dowodzi i przełomowości samego pomysłu, i głębi demokratycznej debaty ustrojowej w Polsce…

Jak więc może pamiętamy – miała to być autorska koncepcja Jarosława Gowina i jego Porozumienia, które to autorstwo jest już dziś jeszcze mniej pewne niż związek ex-wicepremiera z tym ugrupowaniem[i]. To, co bowiem trafiło do Sejmu – to potworek tak językowy (z którego zgubił ktoś większość przecinków, czego nie zauważył, bo bezskutecznie szukał gramatycznych końcówek), jak i prawny, bowiem w żaden sposób nie można z niego zrozumieć jaką sytuację ustrojową wprowadza. Bo polszczyzna sobie, ale ciężko wprost uwierzyć, że im te rzeczy piszą prawnicy – niby skąd bowiem w kolejnych aktach prawnych takie nagromadzenie pojęć, już nawet nie potocznych, ale wyglądających jak z czytanki "Jak Jasio wyobraża sobie ważny i trudny przepis"?

Czytany literalnie i z tolerancją dla wszystkich błędów językowych – wydaje się to być projekt zmiany jednorazowej, przedłużającej tę jedną, obecną kadencję prezydencką (i tak jest, zdaje się, nawet rekomendowany w niektórych mediach). Jednocześnie jednak można by też np. zrozumieć, że wskazana w nim "incydentalność" (cokolwiek by miało to pozakonstytucyjne  pojęcie znaczyć) dotyczyć ma tylko samego aktu przedłużenia obecnej kadencji – która już miałaby taka zostać (co przecież pierwotnie proponował J. Gowin). Zbyt mętnie? No w tym właśnie rzecz – posłowie głosując nie będą mieli pewności czy zmieniają ustawę zasadniczą na chwilę (czyli dwa lata) czy już na stałe. Bo jeśli interpretować to ma Trybunał Konstytucyjny, czyli organ, który nie strzeże bynajmniej prawa, ale jest emanacją przywołanej wyżej woli – to oznacza to dokładnie… nic. Że niejasność, nieostrość przejdzie w razie uchwalenia z nowelizacja na samą konstytucję – i tak sobie będzie wisieć nad III RP. I znowu, po coś? W jakimś szatańskim celu? Czy po prostu dla podtrzymania permanentnego kryzysu politycznego III RP (co wydaje się zbytecznym zachodem, bo przecież demokracja z samej swej istoty równa się kryzysowi)?

Inna rzecz, że może jednak ich przeceniamy. Być może wystarczającym wyjaśnieniem jest przekonanie łączące i wielu polityków, i absolwentów aplikacji legislacyjnej – że jak prawo jest napisane jakoś tak… zrozumiale, po prostu, to nie jest takim porządnym, prawidłowym prawem, po którym od razu widać, że byle kto go nie szykował i nie uchwalał! Na początku poprzedniej kadencji były to zresztą po prostu skutki wymiany kadrowej w Biurze Legislacyjnym Sejmu. Dziś – już wyraźnie efekty niezbudowania go na nowo. Wreszcie zaś o kompetencjach Rządowego Centrum Legislacji już nawet nie wspominajmy, żyjąc wśród tych wszystkich regulacji stanu epidemicznego…

No dobrze, ale załóżmy, że tak niechlujny projekt zmiany konstytucji napisano celowo. Wywołuje to następne pytania – i te z góry zakładające jakiś kolejny "diaboliczny plan" jak niby te niejasności wykorzystać – ale jak? Które? Do czego? I takie, w których kiełkuje podejrzenie, że mamy po prostu do czynienia zbiorowym porucznikiem Clouseau, robiącym tajemnicze miny i powtarzającym "hehe, hehe, stary numer z adresem miejsca zamieszkania w incydentalnym przepisie" – choć nie ma pojęcia o czym gada i niby do czego to zamieszanie i ściemnienie interpretacyjne miałoby mu się przydać.

I tu dochodzimy do sedna obecnych problemów i sensu (a raczej jego braku) systemu III RP. Otóż może w tym wszystkim po prostu NIE MA żadnego superplanu, codzienny, bezpośredni zarząd rzeczywistością jest PONAD SIŁY sprawujących władzę, ale jednocześnie mogą oni zrobić CO ZECHCĄ, nie istnieje bowiem żaden skuteczny mechanizm, który by im to uniemożliwiał czy choćby utrudniał. Bo np. kto większości sejmowej zabroni uchwalić zmiany niby to najważniejszego prawa w państwie w brzmieniu, za które dostałoby się pałę w podstawówce? I niby jak im to uniemożliwić – stukając mikrofonem w ekran?

Tak zresztą było od lat 30, stan epidemiczny o tyle więc okazuje się być użytecznym, że wyciąga na wierzch prawdziwą chorobę państwa polskiego, jego fasadową, partyjną demokratyczność stawianą ponad praworządnością, jego woluntaryzm prawny rozciągany już wprost nad prawa i godność ludzką. Niemal równo 85 lat temu uchwalono w Polsce inną konstytucję – i też zrobiono to sposobem, stawiając wolę ponad procedury. Była jednak przynajmniej dokumentem pięknym (językowo i kompozycyjnie) i przynajmniej w założeniu użytecznym i efektywnym. Dziś macherzy prawodawstwa koronawirusowego raczą nas zamiast tego płaskimi gierkami parlamentarnymi i konstytutą-kompromitutą.

– Tfu, naplewać na was! – tyle by im pewnie miał do powiedzenia inicjator tamtej, kwietniowej zmiany.

 

Konrad Rękas

 

 

 


[i] Jak to w polityce III RP – że też trzeba się zajmować byle czym… No, ale dobrze – casus Porozumienia. Zbyt często pisząc o tej mdłej partyjce – komentujący ignorują, że toku swego rozwoju stała się ona kolejnym ugrupowaniem dietetycznym, zbierając okrawki, które z jakichś przyczyn nie zdążyły czy nie mogły załapać się na PiS (w terenie np. biurokratycznych uciekinierów z PSL, jakieś zapomniane sieroty po niesławnej AWS itp.). A partie dietetyczne zawsze głosują… dietetycznie.

W dodatku, jeśli nawet J. Gowin marzył o jakimś własnym wywyższeniu w wyniku gry z J. Kaczyńskim – to nie wyciągnął wniosków z historii. We wrześniu 2006 r. Samoobrona wyszła z koalicji rządowej z PiS-em. Wyszła dobrze, na swojej nucie, na tle sporu o budżet i wydatki socjalne, przeciw liberalnym, post-gilowskim cięciom tamtej ekipy. I po miesiącu pokornie wróciła, niwecząc resztki legendy "tych, co nie dla stołków". Czemu?

Bo przez miesiąc w ramię A. Leppera płakała narośl, ministrowie zmuszani do dymisji (żenujący ministrowie śmiesznych resortów A. Kalata i A. Aumiller) oraz ciało obce, czyli europoseł R. Czarnecki. Jęczeli niczym Dyzma Krzepickiemu: "Szkoda tych paru tysiączków…" – i wódz Brony pękł. Nie mógł się nawet zdobyć na własne pozostanie poza rządem, bo jego ego nie pozwalało na przyznanie się do porażki i ustępstwa wobec własnego zaplecza – więc wołał jawnie przegrać z Kaczyńskim.

Ą-Ę-Fontaź Gowin stał się więc, chcąc nie chcąc – nowym Lepperem Kaczyńskiego…

 

 

Kategoria: Konrad Rękas, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: