banner ad

Rękas: Dmowski i Piłsudski nie należeliby do PiS-u

| 27 czerwca 2020 | 0 Komentarzy

Czy uważam spór Dmowskiego i Piłsudskiego za aktualny? TAK.

Czy jeden z nich miał w nim rację, a drugi się mylił i przeważnie szkodził? TAK.

Czy należy co roku wykłócać się 12. maja w gronie co bardziej ideowych, a niekiedy i niegłupich osób myślących o Polsce? NIE.

Co w związku z tym myślę o apelu Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej?

Że to kolejna sztuczka mająca i Dmowskiego, i Piłsudskiego włączyć do aktywów propagandowych formacji obecnie rządzącej, którą pierwszy z uczczonych określiłby krótko – jako partię zagranicy, a drugi tak samo, tylko niecenzuralnie i zapewne okładając nahajką.

Niebezpieczeństwa umysłów błądzących

Sama idea godzenia tradycji politycznej czy choćby szacunku i sympatii do postaci, myśli i czynów Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego – nie jest oczywiście nowa, a pierwsze próby takiej syntezy miały miejsce jeszcze kiedy obaj zainteresowani (?) żyli. Oczywiście każdy jako tako zorientowany w dziejach i ruchu narodowego, i sanacji słyszał o Związku Młodych Narodowców/Ruchu Narodowo Państwowym – choć zapewne mniej powszechna jest świadomość, że środowisko to umiało wydać z siebie i Zdzisława Stahla, jednego z najbardziej fundamentalnych krytyków jakichkolwiek kompromisów z komunistami, który tak daleko odszedł od korzeni endeckich, że aż głosząc wodzostwo nad Polską gen. Władysława Andersa, jednocześnie stał twardo na gruncie podporządkowania interesów polskich Amerykanom – i Klaudiusza Hrabyka, jednego z najbardziej kontrowersyjnych publicystów narodowo-katolickich jednoznacznie po wojnie popierających PRL i udział w bloku sowieckim. Te dwa życiorysy pokazują do jak różnych wniosków – tak programowych, jak i praktycznych mogły dojść umysły niespokojne, poszukujące, niecierpliwe, a duszące się w tym co już w połowie lat 30-tych uznawały za przebrzmiałe spory starego pokolenia. Tymczasem odrzucenie nie tylko samego kośćca ideowego, ale (zwłaszcza w przypadku post-endeków) także wypróbowanej szkoły myślenia – stawiało przed wyborem budowy czegoś nowego. A nie zawsze konstrukcja oparta na deskach wyciągniętych z jednego budynku i cegłach ukruszonych z gmachu drugiego – musi okazać się koniecznie lepsza, trwalsza i użyteczniejsza od tych psutych i traktowanych przestarzałe.

Co śpiewać pod czyim portretem?

Trzymając się metafor – ta bodaj najbardziej znana w tej kwestii dotyczy Ozonu – czyli „śpiewania I Brygady pod portretem Dmowskiego”, co (np. wg konserwatystów, ale i lewicy sanacyjnej) miało opisywać przyjęcie przez część sanacji programu narodowego (choć czy endeckiego – można by się zdecydowanie spierać). Co ciekawe jednak, jak już wiemy – kolejne próby symbiozy odbyły się raczej ze zwrotem przeciwnym, drogą absorbcji kultu marszałka przez część formacji przynajmniej deklaratywnie odwołujących się do tradycji narodowej, co dziś ostatecznie przybiera więc raczej formę śpiewania Hymnu Młodych OWP pod obrazem z Piłsudskim (jak oceniano skłonności części przynajmniej środowiska Marszu Niepodległości/Ruchu Narodowego).

Tendencje takie widoczne już jednak były podczas II wojny, co w jakimś sensie tłumaczy i współczesnych epigonów endecji, dla których historycznym punktem odniesienia pozostaje raczej ówczesne narodowe podziemie zbrojne niż sensu stricte narodowo-demokratyczna szkoła myślenia politycznego. Skoro więc do swego nabożeństwa wobec marszałka przyznawał się taki Bohun-Dąbrowski, dowódca Brygady Świętokrzyskiej NSZ – to tym bardziej wydaje się to zasadne teraźniejszej młodzieży bardziej zainteresowanej legendą Wyklętych niż grubymi książkami staroendekich profesorów. Nieco odmiennie proces postulatywnej fuzji wyglądał natomiast w okresie przejściowym – czyli w dobie PRL i na uchodźstwie. Na emigracji endecki i piłsudczykowski ośrodki polityczne pozostawały rozdzielne, co rzutowało m.in. na tamtejsze kolejne spory rozłamy, natomiast w kraju większą skłonność do adaptowania przynajmniej form i haseł endeckich wykazywały niektóre kręgi generalnie odwołujące się do dziedzictwa Piłsudskiego. Wprost takie dążenie do zintegrowania obu tradycji wyraziła bodaj jako pierwsza Polska Partia Niepodległościowa Romualda Szeremietiewa (który zresztą tendencji tej pozostał wierny do dzisiaj), choć poza samym mottem z Dmowskiego trudno było w jej programie znaleźć coś innego niż biała insurekcyjność, w duchu co najwyżej sanacyjnej prawicy. Z kolei krajowi staro-endecy, z natury najeżeni, nieufni, wszędzie wietrzący prowokacje nie mieli większych skłonności, by coś zmieniać w odziedziczonej doktrynie, którą starali się przechowywać jednak też w mało endecki sposób, bo nie twórczo, a bardziej niż zetlałe resztki sztandaru w skrytce za piecem.

Lata 90-te – dekada fałszywej sanacji

Może to dziwić, ale więcej się chyba dziś pamięta, wie i mówi o polityce lat 30-tych niż tej z przeszłości zupełnie niedawnej, czyli lat 90-tych. Przypomnieć więc chyba trzeba, że w dekadzie tej o ile endeckość pozostawała wciąż w cieniu, pewnej wręcz samoizolacji – nie mówiąc o jednoznacznym i całkowitym potępieniu całej klasy politycznej, nie wyłączając tych chodzących dziś w Polsce za patriotyczną prawicę – o tyle odwołania do marszałka Piłsudskiego były modne i wręcz w dobrym tonie. Dość wspomnieć, że nie stronił od nich nawet sam… Adam Michnik, gdy u samego zarania transformacji próbował lansować jednopartyjną dominację Komitetów Obywatelskich (na kształt sanacji), oczywiście na naczelnika lubił też pozować Lech Wałęsa. Gdy powołano bynajmniej nie endeckie przecież Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe – miało ono, a jakże własną frakcję piłsudczykowską, na czele z – UWAGA – Antonim Macierewiczem. Programowo (cokolwiek by to nie znaczyło) piłsudczykowską partią była Konfederacja Polski Niepodległej, a także szereg innych mniejszych i zupełnie malutkich ugrupowań: od wspomnianej PPN, przez Stronnictwo Wierności Rzeczypospolitej Wojciecha Ziembińskiego po efemeryczne i wspierające kandydaturę prezydencką… Tadeusza Mazowieckiego Stronnictwo Pracy Legionowej. Większość z tych środowisk ostatecznie znalazła się w orbicie najpierw rządu, a potem kolejnych partii Jana Olszewskiego (który zresztą sam nigdy jako piłsudczyk się nie określał), by ostatecznie rozpuścić się w Prawie i Sprawiedliwości czy zwyczajnie wymrzeć. Nie w samym przyczynkarstwie jednak rzecz, tylko w uświadomieniu, że jeszcze 20 lat temu uważano czy przynajmniej udawano, że nurt piłsudczykowski jest samodzielnym, odrębnym kierunkiem, z własnym programem/programami i formami organizacyjnymi – a nie tylko nobliwym odwołaniem się tak ogólnie do patriotyzmu przez polityków i siły najróżniejszej proweniencji, często o poglądach i celach krańcowo wręcz odmiennych z tymi reprezentowanymi przez marszałka.

Patroni – ale czego?

Otóż pytanie brzmi – czy sygnatariusze „apelu o zgodę” mają na celu li tylko uspokojenie emocji, faktycznie niepotrzebnie uwalnianych podczas niekończących się sporów piłsudczyków i dmowszczyków? Czy też suflują przeniesienie obu już patronów wyłącznie na ściany gabinetów, w których będzie się robić bieżącą politykę z całą pewnością nie odpowiadającą wizjom ni Dmowskiego, ni Piłsudskiego? Bo że nie chodzi o żadną „syntezę programową” – to przecież można być więcej niż pewnym wiedząc, że inicjatywa wyszła z kręgów bliskich PiS-owi, czyli formacji, która jednoznacznie odrzuciła i nadrzędny cel marszałka, niepodległość Polski, i która odcina się wprost od zasady Dmowskiego, bezwzględnego prymatu polskiego interesu narodowego.

Mamy więc raczej do czynienia nie tyle nawet z nawiązaniem do samych wielkich postaci naszej historii najnowszej, co raczej z kontynuacją takich prób parodiowania ich dokonań, jak szczęśliwie pamiętane tylko przez nielicznych „zapisywanie Dmowskiego do AWS” (co czynił 20 lat temu jeden z polityków ZChN, następnie PiS-u, a wreszcie i Ruchu Narodowego). A przecież zapisywanie tak Dmowskiego, jak i Piłsudskiego do Prawa i Sprawiedliwości jest co najmniej równie kuriozalne, a w przypadku tego drugiego – nie waham się to podkreślić – nosi wręcz znamiona naruszenia ustawy z dnia 7. kwietnia 1938 roku o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, Pierwszego Marszałka Polski, za co grozić powinno coś pomiędzy Berezą, a obiciem oficerskim pasem.

Co naprawdę godzi endeków i piłsudczyków?

Nie, PiS nie jest sanacją (ani nawet nie „grupą rekonstrukcyjną sanacji” jak piszą niektórzy). To formacja od początku do końca na gruncie polskim obca, z marszałkiem tyleż mająca wspólnego, co pasowanie do jego ostrzeżenia przed agenturami w czas pokoju. Podobnie zresztą i nie jest to bynajmniej atak – endecją nie jest dziś Konfederacja czy nawet Ruch Narodowy, bo to zwyczajnie inna półka myślenia politycznego. W nędznej wegetacji partyjnej III RP nie dane są nam tak czytelne, wyraźne, ale przede wszystkim ideowe, programowe i intelektualne spory, które historycznie dzieliły endeków i piłsudczyków. I dzielą nadal, choć już tylko jako ćwiczenie umysłowe, choćby tego nieszczęsnego 12. maja – kiedy to, co było dobre w sanacji kłóci się z tym, co było dobre w endecji. A co po polityce II RP odziedziczyliśmy małego i złego, co doprawiono współczesnym, post-komunistycznym i neo-liberalnym, ex-sowieckim i wciąż lokajsko atlantyckim łajdactwem i podłością – to trwa i rośnie, za nic sobie mając historyczne kontrowersje.

Jeśli więc endecy i piłsudczycy mogą i powinni się pogodzić – to przede wszystkim w sprzeciwie wobec próby ukradzenia Dmowskiego i Piłsudskiego przez jedną, małą duchem i umysłem, a złą brakiem polskości partię. Bo to, co naprawdę dmowszczyków i sanatorów scala – to właśnie Polska. Jedyna partia, jaką mieć powinniśmy.

 

Konrad Rękas

 

Kategoria: Konrad Rękas, Myśl, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: