banner ad

Rękas: COVID w Szkocji – studium psychozy

| 11 września 2020 | 0 Komentarzy

Wszystko w Szkocji kręci się wokół jednej sprawy i tematu: czy dane zagadnienie pomaga w uzyskaniu niepodległości – czy w niej przeszkadza? (istnienia zagadnień obojętnych z zasady się nie zakłada). Nadto zaś obowiązuje prawo nadrzędne: jeśli coś robią Anglicy, to Szkoci muszą robić odwrotnie!

COVIDianizm = niepodległość?

Stąd też, ponieważ brytyjski rząd Borysa Johnsona na początku w ogóle miał ochotę zlekceważyć koronawirusa i pójść drogą nazywaną obecnie szwedzką, a następnie, przymuszony do lockdownu, możliwie szybko się z niego wycofał – wobec tego twarzą COVIDianizmu została na Wyspach Brytyjskich jedyna polityk mająca jaja większe od johnsonowskich, pierwsza minister Szkocji, Nicola Sturgeon. I jedno trzeba jej przyznać – w wyniku jej polityki Szkoci będą mieli zapewne w końcu znów własne państwo. Ale niemal na pewno bez gospodarki…

I nie dlatego bynajmniej, że – jak podał niedawno Londyn – Szkocja ma rzekomo rekordowy dług i deficyt, bowiem jest całkiem dobrze wiadomo gdzie te brakujące do zrównoważenia budżetu krajowego miliardy się podziewają (w Londynie), ale z powodu właśnie tego nieszczęsnego robienia Anglikom na opak. Szkocja jest obecnie w ścisłej czołówce COVIDiańskiego zamordyzmu – i to pomimo faktu, że od początku (podobnie jak Polska) ze względu na swoją peryferyjność była o wiele mniej zagrożona, a dzięki o połowę mniejszej nawet niż u nas gęstości zaludnienia (67 osób na kilometr kwadratowy wobec 123 w Polsce) – w zasadzie nie miała powodów, by obawiać się rozprzestrzeniania się wirusa. Nauka nauką jednak, a polityka swoje. Podobnie jak w sprawie Unii Europejskiej, pokusa, by zademonstrować: „zobaczcie, w UK wam źle/umrzecie – niepodległa Szkocja was ocali!” – była zbyt silna. No i się zaczęło…

Nawet pomijając dłuższy niż w Anglii lockdown, dłuższą czarną listę państw objętych kwarantanną, wcześnie wprowadzone obostrzenia maskowo-sklepowe – Szkocja stanowi też dobry przykład instytucjonalizacji COVIDianizmu, procesu, który może zadecydować o jego trwałości, a już potęguje koszty i codzienne uciążliwości.

COVIDianizm = kasa

Oto np. władze szkockich miast otrzymały milionowe granty w ramach programu "Przestrzeń dla Ludzi", polegającego na grodzeniu i zamykaniu szczególnie uczęszczanych ulic tak, by można było nimi spacerować przy zachowaniu zalecanych 2-metrowych odstępów (których oczywiście nikt zachowuje). W takim Aberdeen (trzecim mieście kraju, takim szkockim Gdańsku, tylko z ropą i gazem, zresztą rządzonym przez koalicję tzw. torysów i labourzystów) mniej więcej połowę z 1,7 miliona funtów pochłonęło ustawienie sklejkowych ławkogazonów z kwiatami, na których spacerujący w dystansie mogliby przysiadać. No, ale przysiadają tylko na wizualizacjach, bo w realu muszą lecieć z zakupami do zaparkowanych teraz dziesiątki metrów dalej samochodów.

Pierwsi zbuntowali się sklepikarze i usługodawcy z mniejszych miejscowości, kategorycznie żądając zdjęcia grodzeń, jako przynoszących im wymierne straty – kiedy bowiem ktoś przy ich sklepie na wąskiej jezdni nie może się zatrzymać, to po prostu jedzie dalej, zrobić zakupy czy obciąć włosy gdzie indziej (np. w dużym ośrodku, w centrum handlowym, w końcu jednak z łaską otwartym). Niemal równie szybko zareagowały co bardziej zwarte wspólnoty lokalne, zwłaszcza w starych dzielnicach, które zaprotestowały przeciw odcięciu od centrów miast. Wreszcie posypały się typowe dla wyspiarskich gazet osobiste historyjki z morałem: oto np. dziarska 72-latka, która pierwszy raz od lockdownu siadła za kółkiem ze swego auta i ruszyła do miasta na zakupy, zaskoczona zmianami na trasie, którą pokonywała od tylu dekad – zatrzymała się i ze łzami w oczach dzwoniła do wnuków, żeby ją ratowały, bo nie wie jak i dokąd jechać wśród COVIDowych dekoracji.

Myślicie, że morałem tej historii było przywrócenie dawnej organizacji ruchu? Nie, oczywiście, że nie, przecież nie jesteście naiwni. Oczywiście – historia zagubionej staruszki okazała się argumentem, by zażądać dodatkowych pieniędzy na jeszcze lepsze oznakowanie COVIDiańskie!

A potrzeby rosną. Uznano, że stojące pachołki to za słabe oddzielenie przeznaczonych na spacery kawałków jezdni. Zamówiono więc słupki drogowe. Niewdzięczni piesi zaczęli się jednak o nie potykać. I co, pytacie – czy je zdjęli?

Nie, no jasne, że nie. Dwa dni wszystkie drogowe służby miejskie malowały na czerwonych słupkach białe paski. W końcu wszystko dla kochanych ludzi, żeby im się łatwiej żyło w tych strasznych czasach zarazy…

COVIDianizm = biznes!

Były dwa morały, musi więc być i trzeci. A nawet czwarty. Jeden znany i samonarzucający się – że COVIDianizm jest tylko jedną z szeregu psychoz, które same sobie (tzn. ludziom) tworzą przeszkody do codziennego KOSZTOWNEGO pokonywania.

Pointa point brzmi zaś: rozumiecie już, dlaczego nawet jeśli sama ta niby-pandemia przyschnie i pójdą w zapomnienie jej początki – to skutki będą trwałe? Bo za dużo pieniędzy już udało się wydać. A tak wiele wciąż czeka na wydanie. W naszych kieszeniach.

Jedyną szansą pozostaje więc, że ktoś kiedyś policzy ile można zarobić na „likwidacji skutków pandemii” i zdejmowaniu wszystkich tych barierek i blokad, utylizacji maseczek itp. Zostało nam już tylko liczyć na drugą falę COVIDiańskiego geszeftu!

 

Konrad Rękas

 

Kategoria: Konrad Rękas, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: