Rękas: COVID – ostatnia granica

| 16 kwietnia 2021 | 1 Komentarz

Jak bardzo szalona i uciążliwa jest polityka COVIDowa przekonujemy się często dopiero, kiedy przyzwyczaiwszy się już do niektórych jej aspektów – zmuszeni jesteśmy wystawić się na kolejne, dotąd milcząco akceptowane, bo przydarzające się innym. Tak jest m.in. z podróżami w świecie lockdownów.

Nowa normalność

Bardzo popularny szkocki bloger i publicysta, Craig Murray, niegdyś dyplomata i znany obrońca praw człowieka (ale tych prawdziwych) – kilka dni temu popełnił pod rząd dwa felietony, dobrze oddające proces dochodzenia przez tzw. normalnych ludzi do świadomości COVIDabsurdów. Oto w pierwszym z nich autor (co ważne – bynajmniej nie zafiksowany antyCOVIDowo, sceptyczny wprawdzie wobec lockdownów, ale nie prowadzący bynajmniej przeciw nim jakiejś zmasowanej kampanii) – opowiedział się zdecydowanie przeciw próbom segregowaniu ludzi pod kątem szczepień, testów i pochodnych eksperymentów. „Dyskryminacja ludzi ze względu na ich stan zdrowia jest niedopuszczalna, a stale zwiększający się zakres nadzoru ze strony państwa okaże się fatalny w skutkach. Pomysł traktowania ludzi bez przeciwciał COVID-19 jak obywateli drugiej kategorii powinien być wyklęty przez każdego, kto troszczy się o wolność człowieka” – napisał tak rzadką dziś oczywistość były ambasador, niegdyś pogromca nielegalnych amerykańskich więzień i krwawych pro-zachodnich dyktatur azjatyckich. Jednocześnie jednak b. dyplomata zastrzegł, że nie oponuje bynajmniej przeciw medycznym wymogom przy przekraczaniu granic, bo przyzwyczaił się do nich podróżując często do krajów egzotycznych, wymagających odpowiedniego pakietu szczepień. Biedny Craig nie wiedział o czym mówi…

Kilka dni później już wiedział – i napisał kolejny, kipiący z oburzenia, ale i zaskoczenia tekst, opisujący coś znanego każdemu Kowalskiemu, który próbuje z UK wydostać się na pogrzeb ojca w Polsce. C. Murray jadąc do Hiszpanii na proces w sprawie bezprawnych działań amerykańskich przeciw przebywającemu w ambasadzie ekwadorskiej w Londynie Julianowi Assange – zderzył się z systemem, przy którym doświadczenia Assange’a wydają się tylko przedszkolną próbą. I nie ma to nic, ale to absolutnie nic wspólnego ze znanym systemem np. szczepień przeciw malarii przed wyjazdem w lasy tropikalne. „Jak dotąd zeszło mi sześć godzin z hakiem i wciąż nie udało mi się rozwiązać tego problemu. Będę podróżować przez Schiphol, musze więc załączyć całą masę formularzy i zaświadczeń dla władz brytyjskich, holenderskich i hiszpańskich, dla lotnisk i linii lotniczych. Potrzebuję również negatywnego testu PCR COVID-19 przed lotami w obu kierunkach, z wynikiem ustalonym na mniej niż 72 godziny przed wylotem i… przylotem.

Ponieważ na otrzymanie wyników testu czeka się do 48 godzin, a z reguły większość miejsc w kolejce jest już zarezerwowana – praktycznie uniemożliwia to jakiekolwiek planowanie czasowe, zwłaszcza że zamierzam przebywać w Hiszpanii krócej niż 72 godziny. Efekt? Musisz się zmieść w bardziej niż wąskim okienku Jedną z rzeczy, które starałem się ustalić, jest to, czy test na lot powrotny muszę robić w Hiszpanii, czy też może ten wykonany w Wielkiej Brytanii tuż przed moim wyjazdem, nadal będzie ważny, skoro nie upłyną jeszcze 72 godziny do mojego powrotu. Kilka telefonów do rządowych linii zaufania później zorientowałem się, że NIKT nie zna odpowiedzi na takie pytania”.

Dalej pan ambasador dał wyraz szokowi szczególnego wkładowi Szkocji w politykę lockdownową, czyli kwarantannie hotelowej. Po krótce polega ona na tym, że jeśli wyląduje się na dowolnym szkockim lotnisku, to nawet mieszkając w Szkocji nie można odbyć obowiązkowej kwarantanny we własnym domu, ale zostaje się uwięzionym w jednym z hoteli, oczywiście za własne pieniądze, płacąc £1750 za dziesięciodniowy przymusowy pobyt, bez odwiedzin, pod strażą, oczywiście bez prawa wyjścia i z narzuconym więziennym menu. Jeśli jednak wyląduje się w Anglii i i następnie złapie samolot czy pociąg przesiadkowy do Szkocji – wówczas już można samoizolować się we własnym ogródku. Zostawmy jednak zdziwienia dyplomaty, skoro te same fakty można poznać wchodząc na dowolną polską grupę na brytyjskim FB. I choć powszechna jest zgoda, że na granicach panuje większy jeszcze chaos niż np. w sklepach – to jednak, o dziwo, ta część szaleństwa znajduje nader często swych obrońców.

Lęk pierwotny

Ulubiona przeze mnie grupa ostrożnych (wiecie, ci „oj już nie przesadzajcie!”, ci od paska i szelek jednocześnie) nawet zgadzając się, że może faktycznie, w którymś momencie niektóre z wybranych ograniczeń można by, ewentualnie nieco złagodzić – tym głośniej przyklaskuje nakazom i regulacjom praktycznie uniemożliwiającym podróże zagraniczne bez poddawania się rygorom COVIDowym. W ogóle od początku tego szaleństwa zamknięcia granic, zakazy lotów, kwarantanny i „paszporty” budzą stosunkowo najmniej wątpliwości i sprzeciwów. Narzekania – owszem, gdy ktoś zmuszony jest sam przejść przez kołowrotek badań, testów itd. Ale nie zdziwienia czy sprzeciwu. A przecież ograniczenia graniczne nie mają wcale więcej sensu od pozostałych. Czyli – nie mają go wcale.

Wszystkie państwa strefy COVIDowej prowadzą wszak obecnie zbliżoną politykę, różniąc się w detalach typu czy kolejny lockdown zaczynają, czy akurat kończą. W istocie też niezależnie od tego co i czy w ogóle coś robią – wszystkie mają zbliżoną zachorowalność, podobny współczynnik zarażeń i zgonów, zresztą na tak marginalnych liczbach różnice te i tak nie mogłyby być duże dla ogółu społeczeństw. Faktycznie więc NIE MA ŻADNEJ różnicy czy COVIDa złapie się w osiedlowym spożywczaku czy podczas pobytu na drugim krańcu Europy, a prawdopodobieństwo obu tych zdarzeń jest podobne. Czemu więc akurat ci przekraczający coś tak nieistotnego dla wirusów, jak granica – muszą być badani, testowani, docelowo zapewne przymusowo szczepieni, podczas gdy tym chodzącym tylko do sklepów oszczędza się takich atrakcji? Przecież jedni i drudzy w większej masie stosują się do całej reszty tych bzdurnych zarządzeń – noszą maski, trzymają się na (społeczny) dystans, stronią od ludzi itd.

Wiem, nie wolno o to pytać, bo nie zlikwidują absurdu na granicach, za to będą wymagać testów w spożywczym. Do tego zresztą zmierza humbug z apką znaną jako. „paszport COVIDowy”. I niestety, znajdzie on takie samo przyzwolenie społeczne, jak wszystko inne. A prawo do przekraczania granic sami skwapliwie na trwale oddamy za kolejne dwa miesiące otwartych pubów i galerii handlowych. W tym przypadku sojusznikiem COVIDpolityki pozostaje nasz lęk pierwotny. Wizja choroby, zarazy jako czegoś przywleczonego z zewnątrz, od obcych. Tych brudnych, chorych i złych. Od których trzeba się jak najszybciej dać odizolować! No, to skoro sami chcemy…

Niestety, tak jak każda z tych regulacji z osobna nie ma żadnego sensu, tak dopiero stawiane razem – układają się w całość ludzkości unieruchomionej, inwigilowanej i poddanej dowolnym eksperymentom cywilizacyjnym, gospodarczym i technologicznym. I przyklaskującej nawet zamknięciu ostatnich dróg ucieczki…

Nikt nam niczego nie obiecał

Z polskiego punktu widzenia rzecz cała wygląda bodaj czy nie jeszcze boleśniej. Oto oddaliśmy naszą niepodległość za prawo do swobodnego poruszania się między państwami. Teraz je utraciliśmy, nie odzyskując jednak niepodległości. Ani kontroli nad granicami. W istocie bowiem teraz ich przekraczania nie kontrolują suwerenne państwa narodowe, tylko COVIDiańska międzynarodówka, której celów możemy się co najwyżej domyślać. Czy trzeba bowiem przypominać, że choćby słynna COVIDowa apka, choć nazywana jest paszportem – nie będzie produktem każdego z rządów z osobna, tylko kolejnym już podczas tej „pandemii” produktem globalnych korporacji, za który zmuszeni będziemy zapłacić?

Zwróćmy też uwagę, że nawet w tej całej rozpaczliwej żebraninie o „powrót do normalności”, na które zdobywają się czasem i po cichu upodlone społeczeństwa – nie padają bynajmniej żadne obietnice. Nikt nam jeszcze ani razu literalnie wprost nie zagwarantował, że np. 100-procentowe „wyszczepienie” znów otworzy granice. Przeciwnie, to my sami, a dokładniej ci, którzy z rezygnacją wyciągają ramiona do szczepień – sami to sobie dośpiewali! „Zaszczepię się, bo mnie z kraju nie wypuszczą. A zresztą pewnie to i tak będzie obowiązkowe, tylko może płacić każą? To już lepiej pójdę teraz, dla świętego spokoju…” – słyszymy nie raz. A przecież i strach przed przyszłym przymusem, i nadzieję na wypuszczenie i „nową normalność” – powtarzający WMÓWILI SOBIE SAMI!

Witajcie w teraźniejszości

Niestety, ale akceptowanie choćby jednego COVIDidiotyzmu – otwiera furtkę wmuszeniu nam wszystkich pozostałych. Godząc się na zamknięcie granic – zostawiamy drogę ponownemu zamknięciu sklepów, hoteli i restauracji oraz ograniczeniu dostępu do nich niezaapkowanym. Jednocześnie też ignorujemy kolejne interesy robione w ramach polityki lockdownów. Jak już kiedyś opisywaliśmy – nie wiemy wprawdzie czy to sekta i korporacja klimatystów wymyśliły COVIDa. Z pewnością jednak ta grupa jest w ścisłej czołówce robienia na nim biznesu i forsowania swojej szaleńczej ideologii. Czy bowiem samo zamknięcie całego niemal globu nie pozwoliło wznieść dziś hasła lockdownu klimatycznego i czy nie brzmi on już dziś zupełnie realnie? Czy zamknięcie granic nie spełnia innego, znanego zresztą od lat postulatu uziemienia ludzkości i pozostawienia podróży trans- i międzykontynentalnych elitom i finansjerze? Czy nie zainteresował nas fakt nagłego przyspieszenia planów całkowitej eliminacji aut spalinowych, niegdyś będącego tylko SF, niedawno odległą przyszłością, a dziś perspektywą, że być może zdążymy jeszcze kupić najwyżej jeden nowy model benzynowca, a za najdalej 9 lat zostaniemy ograniczeni posługiwaniem się pojazdami niezdolnymi do przejechania więcej niż 500-600 km, a w dodatku w pełni inwigilowalnymi, a nawet sterowalnymi z zewnątrz? Podobnie zresztą nieco ma się rzecz z lotnictwem – dziś jeszcze łudzi się ludzkość, że jego zadania na powrót przejmą koleje, co budzi miłe wspomnienia i marzenia o przywróceniu zwłaszcza lokalnych połączeń, demolowanych w Europie Zachodniej od lat 60-tych, a we Wschodniej od czasu transformacji ustrojowej. Nie miejmy jednak złudzeń – koleje są na dziś dobre, bo nie byłyby w stanie udźwignąć potoków pasażerów przesiadających się z tanich linii. Gdyby takie moce odzyskały – szybko okazałyby się równie złe, jak samoloty…

Nawet taki absurd, jak całkowite wyeliminowanie mięsa z diety ludzi (i zwierząt domowych…) nie jest już dziś tylko wariackim konceptem fanatyków. Na Zachodzie zwłaszcza nadal zupełnie poważnie wiąże się „pandemię” ze… spożywaniem mięsa właśnie, a opowiastka jak to wszystkiemu winien Chińczyk jedzący nietoperza – ma się znakomicie. Przy czym mniej już ważne jakie to mięso miało rzekomo wywołać globalne załamanie – ważne, że było to mięso!

Wszystkie nasze strachy zsumowane razem – dają więc obraz ludzkości unieruchomionej w sposób najdoskonalszy od czasu wynalezienia koła i udomowienia zwierząt pociągowych. Ludzkości podzielonej na plemiona – lecz nie według kryteriów tradycyjnych czy choćby etnicznych, lecz pod ścisłą kontrolą COVIDrządu światowego, formowanego na naszych oczach przez zarabiające na „pandemii” korporacje, do wtóru obłąkanych doktryn, nowej ekonomii i w ramach transformacji cywilizacyjnej. Być może już nigdy nie przejedziemy żadnej granicy – bo właśnie za nas przekroczono tę ostatnią.

Konrad Rękas

Tags:

Kategoria: Konrad Rękas, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: