Rękas: COVID bez końca

| 23 października 2020 | 0 Komentarzy

Chciałem tak tylko spytać wszystkich przekonujących mnie parę tygodni temu, żebym już dał spokój z tym COVIDem, "bo nikogo to już nie interesuje i wszystko przysycha": to co, już wam przyschło? A co do reszty wiernych… Cóż, jak to jest – dziewiąty miesiąc wierzyć w skuteczność i celowość lockdownów itp. i jeszcze upierać się, że to "postawa naukowa"?

Na którymś z kanałów lecą stale powtórki "Tudorów". Tam również był wątek zarazy – król i jego dworzanie gnają konno przez angielskie wzgórza gorliwie zasłaniając twarze – bo przecież morowe powietrze zabija! Następnie odymiają wszystko, czego mają dotknąć – i w tym miejscu już druga część publiczności przed telewizorami przestaje się śmiać i patrzy z namysłem na własne gęby w maseczkach. Przecież następną naukową procedurą – będzie palenie ognisk na skrzyżowaniach! Wtedy też lekarze i uczeni przysięgali, że to pomaga…

Naturalność strachu

Oczywiście, że strach jest zrozumiały. Taki ratownik też znakomicie pojmuje przerażenie tonącego. Do tego stopnia, że aż czasem sam musi go trochę podtopić, by histerycznymi spazmami nie utrudnił ratunku i nie zabił także ratującego. Z kolei próbuje się nam wmówić, że istotą wspólnotowości jest założenie "zbiorowość nie może sobie pozwolić na utratę choćby jednej jednostki". A przecież to absolutna sprzeczność i wspólnotowości przeciwieństwo! Mrowisko trwa pomimo, a często dzięki śmierci nie pojedynczych bynajmniej, ale mas mrówek. Wspólnota paraliżowana strachem o każdego swego członka – w ogóle nie mogłaby istnieć ani funkcjonować. A zatem nie byłaby wspólnotą, tylko grupą przerażonych osobników. Zadaniem prawdziwej wspólnoty jest taki naturalny, pierwotny strach organizować, a co za tym idzie – opanowywać.

Jasne, ludzie nie są mrówkami, ale czy ci wszyscy nagle nawróceni na błędnie nazywany wspólnotowością terrorystyczny kolektywizm naprawdę wierzą, że sukces przyniosłaby taka taktyka jednego z patronów poświęcania nawet nie jednostek, ale mas – oczywiście dla dobra ogółu: "Towarzysze, to postanowione. Nie bronimy Moskwy, nie wolno nam pozwolić sobie na stratę choćby jednego czerwonoarmisty. Przecież oni się boją o życie! Ci nieodpowiedzialni liberałowie, którzy wciąż naruszają przepisy i strzelają do Niemców – natychmiast mają przestać! Bo dostaną mandaty… Podpisano: Stalin, Generalicovidssimus". Tak by to ich zdaniem miało wyglądać?

Jest naturalne, że wraz z rozwojem cywilizacyjnym tak jak kiedyś śmierć tysięcy nie robiła większego wrażenia, tak dziś nawet zgon jednostek okazuje się trudny do zaakceptowania. To jednak, co naturalne nie jest, to samo podjęcie akcji czy choćby jej pozorowanie, jakby już w zasięgu rządów było zapewnienie na Ziemi powszechnej nieśmiertelności. Skoro bowiem wiemy, że tych nielicznych zgonów jakoś tam związanych z COVIDem nie uda się uniknąć – cała ta otoczka terroryzowania świata nie ma najmniejszego sensu albo/i musi być prowadzona już stale. Przy takim ustaleniu priorytetów nie ma wszak innego wyboru niż chronić ludzkość przed… samym życiem, jako śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową.

Naturalność frustracji

Równocześnie zaś mamy do czynienia z narastaniem frustracji, a co za tym idzie – także i histerii. Tak u tych wyczuwających i odczuwających dyskomfort zachowywania zdrowego rozsądku wśród wszechogarniającego amoku, jak i tych sparaliżowanych i oszalałych ze strachu. I konflikty będą tylko narastać. Oczywiście, problemem są nawet nie tyle sami ludzie panikujący z powodu koronawirusa, ale system finansowo-medialno-polityczny, który strach ten wywołał. Zarazem jednak tak jak w Matrixie – świadomość, że wirtualny policjant jest nieświadomy nie powstrzymywała Neo od jego eliminacji, bo przecież w każdej chwili mógł w takiego prawowiernego obywatela wstąpić agent Smith…

Tym bardziej zatem zauważyć należy, że skłócanie społeczeństwa poprzez podział na skrytoustych i zdemaskowanych – jest tylko na rękę rządzącym, skutecznie odwracając uwagę od coraz większego chaosu wywoływanego COVIDpaniką. Jednocześnie jednak uderzać musi pewne czytelne rozróżnienie. Oto generalnie osoby raczej bardziej niż mniej zdrowe na umyśle, nawet jeśli poza tym sympatyzowały/-ują z partią rządzącą – w znacznej części krytykują co najmniej skalę i zakres regulacji koronawirusowych, piętnują nadużycia, dostrzegają bezprawie. Natomiast szury wszelkiej maści, nawet jeśli dotąd dyszały zdrową nienawiścią do ekipy PiS – nagle w zakresie koronawirusowym ochotniczo stanęły w pierwszej linii wsparcia COVIDpolityki tej partii.

Czy nie daje do nieco do myślenia, zwłaszcza tym dotąd niezdecydowanym?

Nienaturalność umartwień

Wystarczy przecież myśleć i obserwować. Zwróciliście może np. Państwo uwagę, że COVIDianie robią się coraz bardziej obleśni i obsceniczni? A to publikują jakieś rysunki z oddawaniem moczu, a to tłumaczą noszenie masek eksponując penisy… Nie chodzi zresztą o sam prymitywizm przekazu. Taka obsesja fekaliowo-sexualna jest jednym z rozpoznanych objawów schizofrenii…

A propos zaś – powtórzmy, generalną zasadą jest "o nic tych wariatów nie pytać". Bo jeśli zaczniemy dociekać np. czemu zamyka się znów teatry, kina i siłownie, ale nie galerie handlowe – to nie otworzą bynajmniej placówek kultury i sporty, tylko domkną handel. Podobnie z kwestią barów – nie ma co się śmiać skąd wziął się pomysł koronawirusa zabójczego po którejś tam godzinie, a niegroźnego wcześniej. Będziemy rechotać – to zamkną całą gastronomię i tyle. I jest to po prostu konsekwentne. Stan epidemii ma wykluczyć wszelką aktywność kojarzącą się z rozrywką, relaksem, odprężeniem. Mamy być skupieni i myśleć wyłącznie o tym jak strasznie jesteśmy zagrożeni i jak wiele czyni się, by nas uratować. Pójście do teatru czy aby potrenować, podobnie jak zbyt długie siedzenie przy piwie i tym podobne zachowania – mogłyby wskazywać na beztroskę i lekceważący stosunek do stanu tragedii w jakim się znajdujemy, w związku z czym muszą zostać utrudnione w pierwszej kolejności.

Nieco kojarzy mi się to także z dyskusją, którą widziałem na którymś forum na początku całej tej historii. Jakiś Bogu ducha winny młodzian zadał na grupie lokalnej niewinne pytanie czy ktoś może podpowiedzieć jakie formalności należy dopełnić, by zainstalować solary. I zamiast odpowiedzi dostał setkę zrugań od ostatnich jak śmie myśleć o głupiej fotowoltaice, gdy wokół ludzie umierają! Mówiąc krócej – mamy się umartwiać, kropka. O żadnych nawet podobieństwach do normalnego życia nie może być nawet mowy.

I może to i dobrze, bo zbyt szybko przyzwyczajamy się do wszelkich rygorów i pozornych tymczasowości. A tak będzie przynajmniej jasne – czy żyło się w epoce sprzed, czy po zamknięciu teatrów… Na marginesie zaś – i niech to w końcu wybrzmi – pracowników kultury skazanych na wegetację za wypłaty często na granicy minimum socjalnego – jest trzy razy więcej niż wszystkich kiedykolwiek zarażonych koronawirusem razem wziętych! Dokonywana bezmyślnie dewastacja branży artystycznej i kulturalnej jest zatem znacznie bardziej społecznie dotkliwa niż wszelka groza wytwarzana na bazie wojny z kaszelkiem.

Nienaturalność zakazów

Szaleństwo kolejne – żeby pojąć recepcję prawa w Polsce – wystarczy sobie przypomnieć, że już przy poprzednich godzinach senioralnych w sklepach rozumiano je tak: "w godzinach 10-12 obiekty handlowe i usługowe są zobowiązane do świadczenia usług wyłącznie osobom powyżej 60. roku życia" = "w innych godzinach osobom 60+ NIE WOLNO robić zakupów".

I bywały o to grube awantury… Że co, że tak nie jest napisane i przecież od razu widać i wszyscy wiedzą?

Otóż nie! Polak nigdy nie uwierzy i nie przyjmie do wiadomości, że co nie zabronione itd… Każdy zakaz Z MIEJSCA budzi dziesiątki pytań czy oznacza również niedozwoloność kolejnych rzeczy i zachowań – bo taka rozszerzająca interpretacja jest wręcz powszechnie oczekiwana! Nadto zaś Polak w żadnych okolicznościach nie zawierzy własnym oczom i własnemu rozsądkowi w konfrontacji z przepisem. Z góry zakłada, że musi on znaczyć coś innego (przeciwnego) niż znaczy, a jeśli wydaje się jasny i zrozumiały – to oznacza właśnie, że się go rozumie źle. I wreszcie Polaków (mimo ich całego jakośtobędztwa) przez historię prowadzi przeczucie, że jeśli tylko może być gorzej – to będzie. Zwłaszcza jeśli chodzi o zakres oddziaływania władzy, polityki i prawa.

Jest to oczywiście przeczucie w 100 procentach słuszne…

Bo weźmy i to: im bardziej restrykcyjne (i nonsensowne) COVIDregulacje są wprowadzane – tym bardziej rzuca się w oczy postawa wdrażających je polityków. A to jakiś poseł czy minister gdzieś sobie beztrosko pojedzie, żadnych masek oczywiście nie potrzebując – a to wręcz w dobę zdrowieją z choroby mającej ponoć w męczarniach trwać tygodniami. Co zabawne jednak, niektórym wcale nie zmniejsza to paranoi. "Pewnie się gdzieś szczepią/leczą na boku, a przed zwykłymi ludźmi chowają!". Ta "myśl", że "tak naprawdę, to jest jeszcze znacznie gorzej" niż widać na własne oczy – jest od początku jednym z głównych motorów psychozy. Przysłaniając dość oczywisty wniosek, że im bliżej ośrodków decyzyjnych – tym dokładniej widać po prostu znikomą skalę zagrożenia.

Naturalny bałagan w ochronie zdrowia

A ta cały czas nie przekracza bynajmniej możliwości samoobrony tak ze strony zdrowego organizmu, jak i… zdrowego państwa. Wyjaśnijmy bowiem na przykład o co chodzi z "wyczerpaniem możliwości opieki zdrowotnej". Sztuczka jest dość prosta. Wg danych ministerstwa zdrowia mamy obecnie w Polsce 11.100 respiratorów. Dużo, prawa? Prawda. Wydzielono więc zaledwie (?) 800 z nich jako "zastrzeżone wyłącznie dla pacjentów COVID". I już można spokojnie informować, że ich za chwile zabraknie, choć i to jest co najmniej naciągane… A pozostałe respiratory co, odpowiedziały ogniem i odleciały na Marsa?

W podobny sposób wojewodowie informują o zajętych łóżkach. Po pierwsze – po wrześniowych redukcjach nadal oficjalnie nie osiągnęły one stanów z marca, bo po prostu tego nie zarządzono. Po drugie zaś – małym drukiem na końcu komunikatów dopisuje się np., że informacja nie uwzględnia wszystkich poziomów, na jakie podzielono opiekę szpitalną. A zatem np. pomija się w komunikacie istnienie kolejnych 100 czy 200 łóżek w danym regionie. W efekcie mamy więc do czynienia z „pękaniem w szwach” oddziałów COVIDowych wyposażonych w całe 10 łóżek, podczas gdy przez ścianę jest 100 czy 200 pustych, na oddziałach wyłączonych z normalnej działalności – oczywiście pod pretekstem tegoż COVIDa! To się nazywa kreatywna sprawozdawczość – podstawa wielu sukcesów nie tylko obecnego rządu – w połączeniu z zastanawiającą w swym uporze skalą nieudolności.

Zamiast wyjaśnienia tych manipulacji jednak, odbierając prawidłowo sygnały strony rządowej, te o "braku zaangażowania lekarzy" oraz ich odmowie ochotniczej służby COVIDowi – wchodzimy właśnie w etap przerzucania lęków i frustracji społecznych na pracowników ochrony zdrowia. Co szczególnie zabawne – będą oni teraz odpowiadać także za decyzje systemowe podejmowane na szczeblu ministerstwa zdrowia i urzędów wojewódzkich, faktycznie dezorganizujących świadczenia medyczne w ciągu ostatnich 9 miesięcy. Cóż, jest w tym element pewnego paradoksu. Tak oto uczestniczący dotąd mniej lub bardziej czynnie w rządowej kampanii dezinformacyjnej na temat koronawirusa – teraz sami padną jej ofiarą, zgodnie z mądrością etapu "podpal lekarzowi co ma w garażu".

No, ale przynajmniej wreszcie będą jakieś realne ofiary tego całego COVIDa…

Naturalne szkodnictwo demokracji i parlamentaryzmu

Pierwszą ofiarą pandemii, padłą na samym początku – była zresztą prawda. Bo np. by  podstawowy pakiet fałszów, przekłamań i niedomówień wyłapać choćby z kolejnej odsłony dziwacznej wojny o zasłanianie twarzy – naprawdę wystarczyłby prosty zestaw pytań. Dziwne (?), że nie zadanych przez innych dziennikarzy:

– jak w obowiązujących przepisach opisana jest procedura wystawienia zaświadczenia o niezdolności do noszenia maseczki oddechowej?

– kto jest uprawniony do wystawienia w/w zaświadczenia: lekarz POZ, lekarz specjalista, obaj? i na jakiej podstawie, jakie badania lub historia choroby są wymagane?

– w związku z powyższym, jak finansowana jest w/w procedura i w jakiej wysokości?

– ile czasu mają osoby uprawnione do uzyskania przedmiotowych zaświadczeń, biorąc pod uwagę obecny stan kolejek do specjalistów, na badania oraz… gwałtowny rozwój teleporadnictwa świadczonego przez lekarzy POZ?

– jak rzekomy obowiązek udostępniania informacji o stanie zdrowia ma się do enumeratywnego określenia przesłanek legalizujących przetwarzanie tzw. wrażliwych danych osobowych, zawarty w art. 27 ustawy o ochronie danych osobowych oraz innych przepisów?

I przede wszystkim – skoro poprzednie rozporządzenia mające nakładać rzekomy obowiązek zakrywania twarzy są rażąco niezgodne z przepisami aktu wyższego rzędu, czyli ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, to skąd bierze się przekonanie, że ogłoszona niedawno zmiana jest z tymi przepisami zgodna? A jeśli była zgodna – to czemu w trybie zupełnie księżycowym nagle zgłasza się zupełnie nową ustawę, regulującą to, co ponoć dotąd też było uregulowane? I to nadal – podobnie jak dotychczasowa praktyka, w oparciu o założenie, że „każdy zaraża, bo nie wiemy czy nie zaraża – a zatem musi być traktowany, jak zarażony, a więc i z zarażający”. Przecież to znaczy, że logika umarła na COVIDa razem z prawdą i praworządnością!

W tym kierunku idą także kolejne inicjatywy, na czele z zakazem protestów (obowiązującym już w kilku krajach) oraz postulatem penalizacji krytykowania COVIDpolityki zgłoszonym przez „Lewicę” (nawiasem mówiąc, jak Państwo sądzicie – co p.p. Czarzasty i Śmiszek dostali od Jarosława Kaczyńskiego za firmowanie i zgłoszenie tego projektu, godnego pro-rządowych jastrzębi, a nie deklaratywnej nawet opozycji?). Również przeglądając tytuły prasowe łatwo znaleźć takie zaczynające się "Na marszu przeciw maseczkom widziano również nauczyciela X. Dyrekcja jego szkoły się odcina!". Takie pytanie mam do kolegów po fachu: gdzie jest dostępna ta lista zawodów, których przedstawicielom nie wolno uczestniczyć w takich manifestacjach? Na razie, jak rozumiem, zakaz ustanowiony przez kolegów z mediów – obowiązuje wykładowców akademickich, nauczycieli i lekarzy. A gdyby na demonstrację udał się np. kominiarz – to byłby to temat do publikacji w prasie lokalnej, zaledwie branżowej czy już ogólnopolskiej?

Niestety, na tym polega kolejny (który to już?) problem: "naukowe", legalne i jedynie słuszne okazuje się być zaprzeczanie prawu zadawania pytań, zaś same pytania zakrzykiwane są mantrą "reptilianie, Kraśnik, 5G, płaskoziemcy!". Przepraszam za skojarzenie, ale tak na początku lat 90-tych krzyczano na wszystkich dociekających czy naprawdę istnieje tylko jeden sposób reformowania polskiej gospodarki. Oczywiście "naukowy"…

Naturalność prawdy

Pytań zaś jest coraz więcej. Od przeszło 9 miesięcy padają te najważniejsze – o CEL działań pod prowadzonych pod ogólnym pretekstem „zwalczania pandemii”. Bez skutku. Nadal nie wiemy do czego decyzje władz (każda z osobna i wszystkie łącznie) w ogóle miałaby zmierzać, do jakiego konkretnego punktu: zerowej liczby zachorowań, zerowej liczby zarażeń, zerowej liczby zgonów – ale w jakim okresie, bezwzględnie czy w stosunku do innej wielkości, jakiej? Itd. Niestety, ciężko jest zgadnąć, kiedy skończy się coś, o czym nie wiemy ani jak się zaczęło, ani do czego służy.

A z drugiej strony nikt, kto nie spadł dopiero co Marsa chyba ani przez moment i to od lutego począwszy – nie miał wątpliwości, że oni:

– po pierwsze nie wiedzą co robią,

– po drugie nie wiedzą po co robią to, co robią,

– a po trzecie nie można też było mieć żadnych złudzeń, że to co wyrabiają w ogóle mogłoby przynieść coś dobrego.

Gdybyśmy jednak usłyszeli odpowiedzi na pytanie o cel, daty, liczby – musiałyby to być konkrety, a przynajmniej coś do nich podobnego, tymczasem przez cały ten czas znajdujemy się w strefie COVIDowego PR-u. A dokładnie – w tym interesującym momencie, gdy rząd wykonuje kolejny wiraż na kole "ręce sobie urabiamy ratując was!", niezauważając przy tym, że właśnie wjechał w plamę "hmm, a co robiliście przez ostatni kwartał?". W ten sposób władza tworzy idealny kontekst dla potencjalnej krytyki nie dotykającej wprawdzie istoty całego problemu (czyli niewspółmierności restrykcji jako takich), ale pozwalającej powtarzać oskarżenia o zmarnowanie czasu, skupianie się na grze o stołki i tym podobnych wygodnych dla sejmowej opozycji tematach. Tymczasem w całym tym chaosie wyłowić należałoby raczej trzy fakty tak wielkie i oczywiste, że aż… pomijane:

Pierwszy – że gospodarka tego naprawdę długo już nie uniesie.

Drugi – że mamy do czynienia nie z przeciążeniem, ale pogłębiającą się dezorganizacją ochrony zdrowia, w dodatku bez celu i efektów pochłaniającą coraz większe środki.

I po trzecie, że stopień uciążliwości społecznej całego tego przedstawienia – został już dawno przekroczony.

To jednak również konkrety – a przecież ani o konkretach, ani o faktach zajęci COVIDpolityką dżentelmeni rozmawiać nie mają najmniejszego nawet zamiaru. Zaś ci zachowujący jeszcze zdolność myślenia – stają bezradni wobec skali kłamstwa i szkodnictwa. Niestety bowiem, wbrew temu, co niektórzy sądzą albo w co chcieliby wierzyć – w praktyce często nie da się pokonać ni powstrzymać zinstytucjonalizowanego kłamstwa TYLKO stałym powtarzaniem prawdy.

Co nie znaczy jednak – że nie warto próbować.

 

Konrad Rękas

Kategoria: Konrad Rękas, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: