banner ad

Rękas: BREXIT, czyli Europa w miniaturze

| 27 września 2019 | 0 Komentarzy

Najważniejsze bodaj dla Unii Europejskiej na dziś pytanie brzmi: czy BREXIT był faktycznie początkiem jej rozpadu – czy akcją pokazową mającą odstraszyć inne państwa od prób wystąpienie z UE?

 

Nikt nie był bardziej zaskoczony wynikiem referendum w sprawie BREXITU w 2016 r. niż sami Brytyjczycy. Do ostatniej chwili, do podania wyników głosowania najwięksi zwolennicy opuszczenia Unii – byli absolutnie pewni, że „Oni coś zrobią!”, że nie będzie przyzwolenia elit (miejscowych i europejskich zarazem) na proste wyrażenie woli w drodze głosowania przez narody Zjednoczonego Królestwa. A już zamordowanie posłanki Jo Cox na kilka dni przed referendum wydawało się ostatecznym dowodem, że żadnego BREXITU nie będzie, że społeczeństwu znowu zostanie podsunięty kompleks winy, poczucie zagrożenia od strony „ekstremistów”. Słowem – że po odbyciu całego tego demokratycznego cyrku wszystko zostanie po staremu. Tymczasem okazało się, że cyrk – może potrwać znacznie dłużej i nie chodzi tylko o to, żeby mieszkańców UK pozbawić możliwości wyjścia z Unii Europejskiej, ale także by ich dodatkowo upokorzyć, wyśmiać i wydrwić sam mechanizm demokratyczny (rzekomo będący fundamentem tożsamości Zachodu). Po prosu – by ludzie kolejny raz, ale wyjątkowo dobitnie przekonali się, że ich głos nie ma żadnego znaczenia.

 

Oczywiście, można także widzieć wciąż jeszcze nieprzeprowadzony BREXIT jako element walki różnych frakcji zachodniego establishmentu, bardziej nawet gospodarczego niż politycznego i zastanawiać się, czy Zjednoczone Królestwo (gdyby naprawdę do opuszczenia UE doszło) mogłoby się stać elementem nowego ładu geopolitycznego, wymyślonego przez część elit ekonomicznych Zachodu nastawionych na staromodny, przemysłowy kapitalizm i nieco bardziej tradycyjne, zachowawcze treści przekazu polityczno-propagandowego. Byłoby to wszak sprzeczne z samym fundamentem istnienia Wielkiej Brytanii, jako esencji światowego kapitalizmu finansowego, dziś orientowanego raczej na kooptację Chin niż na podtrzymanie słabnącej hegemonii amerykańskiej. Odnalezienie się w świecie, w którym nie będzie już więcej amerykańskiej dominacji jest zresztą największym wyzwaniem dla całej Europy, która musi odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jest zdolna porwać się na ten ostatni pasjonarny wysiłek i wrócić do roli jednego z centrów multiporalnego świata, czy bierze bierny udział w konwulsjach Ameryki i jej walce, by przed momentem tranzycji zabezpieczyć jak najwięcej aktywów – czy wreszcie dołączyć do jeszcze trudnych do odgadnięcia zwycięzców nowej transformacji, trzymać się modelu liberalnego kapitalizmu i medialnej demokracji i tylko podpiąć się pod jego kolejnego głównego nosiciela, czy będą to Chiny, czy Ameryka jednak odwojowana przez globalistyczny establishment.

 

Tak, jak współczesna Europa nie wie ani czym, ani po co chce być – tak jest bardzo wyraźnie ostrzegana, by nawet nie marzyła o możliwości decyzji w tej sprawie. Zaprezentowany przy okazji niekończących się sporów o BREXIT rozdźwięk między polityczno-ekonomiczną elitą, a społeczeństwem UK idealnie oddaje sytuację całej UE. Świadomość konieczności transformacji Unii jest bowiem może i powszechna – ale cała klasa polityczna obszaru europejskiego zrobi wszystko, żeby po (jak najpóźniejszej) zmianie wszystko zostało po staremu. Dokładnie to zachodzi właśnie w UK, w której z ogromnym uporem i nie bacząc na koszty kompromituje się właśnie samą ideę opuszczenia Unii Europejskiej i udowadnia obywatelom, że dziesiątki, jeśli nie setki lat słuchania o demokracji były tylko zasłoną dymną dla rządów klasy politycznej, co do zasady (czy raczej braku zasad…) nie różniącej się czy to w Londynie, czy w Brukseli.

 

Po raz kolejny nikt bowiem nie wie i nie może z całą pewnością odpowiedzieć co wydarzy się 31. października (w zawitej dacie podawanej przez premiera Borisa Johnsona jako granica doprowadzenia do BREXITU z umową czy bez). Ba! Nikt nie wie czy do BREXITU w ogóle dojdzie – i niemal identyczna próżnia występuje na polu prognoz na temat przyszłości UE. Tzn. wydarzyć się może dokładnie nic – i zarazem sprawić wrażenie, że dzieje się wszystko.

 

Kryzys projektu Unii Europejskiej jest niemal równie ewidentny, jak wyczerpywanie się formuły Zjednoczonego Królestwa. W UK jedna przynajmniej rzecz wydaje się prosta – to jest, że w perspektywie najwyżej kilkuletniej przestanie ono być „zjednoczone”, a własną drogę geopolityczną wybiorą nie tylko najbardziej zaawansowana Szkocja, ale także Irlandia Północna, a w dalszej kolejności także Walia, Gibraltar, a być może nawet… Kornwalia. Faktor narodowy, suwerennościowy wygrywa więc na brytyjskim przykładzie z unionizmem równie sztucznym, jak ogólnoeuropejski, choć przecież mającym już przeszło 300 lat. Tymczasem projekt europejski, choć o tyle młodszy – broni się kto wie czy nie jeszcze sprawniej, choć jednocześnie okazał się przecież największym oszustwem nowożytnej polityki.

 

Spójrzmy bowiem na kryzys Unii Europejskiej z punktu widzenia choćby Środkowej Europy. Od 30 lat praktycznie wszystko, co wydarzyło się politycznie w naszej części świata – odbywało się wyłącznie w perspektywie zachodniej i unijnoeuropejskiej. To znaczy wszystko, co przydarzyło się Polakom, Czechom, Węgrom, Rumunom, Bałtom, a ostatnio także Jugosłowianom w naszej ekonomii, światopoglądzie, świadomości i geopolityce – było uwarunkowane i ukierunkowanie wyłącznie gospodarczymi i ideologicznymi interesami Zachodu, a dokładnie Wspólnot Europejskich, będących w tym zakresie podwykonawcą Stanów Zjednoczonych.

 

Tłumacząc to na najprostszym, codziennym przykładzie – przez prawie 20 lat w Polsce po 1989 r. (czyli po upadku Bloku Wschodniego) nie budowano nowych dróg szybkiego ruchu, bo te miała powstać dopiero wtedy, gdy miały okazać się korzystne dla zachodniej gospodarki, w miejscach potrzebnych zachodniej gospodarce i za pieniądze Zachodu wracające na Zachód po przepraniu w roli tak zwanych „funduszy unijnych”. A to i tak lepsza sytuacja niż dopiero aspirujących do UE Albanii, Czarnogóry czy Macedonii. Te kraje w obecnym kształcie zostały wręcz wymyślone wyłącznie po to, żeby dołączyć do Unii Europejskiej – a kiedy już, już miały to zrobić, okazało się, że (być może) żadnej Unii po prostu nie będzie albo będzie się ona ograniczać do pierwotnych beneficjentów Wspólnoty Węgla i Stali. Zachód nie potrzebuje już żadnych dodatkowych zasobów, które mógłby znaleźć w Centralnej Europie – z wyłączeniem może taniej siły roboczej, a i to raczej do sprowadzenia do siebie i włączania we własne systemy podatkowe i emerytalne. Nasuwa się więc pytanie: to po co dalej funkcjonują pro-europejskie i pro-liberalne rządy w Tiranie, Skopje, Podgoricy (a także Prisztinie)? Przecież to już tylko siła rozpędu, to służący, którzy odruchowo wynoszą nocniki swoich jaśnie panów, chociaż nikt im już za to nie tylko nie płaci, ale nawet nie powie dobrego słowa.

 

Również dla Zachodu pozostaje to jednak wciąż pytanie kluczowe: czy pozostać Unią Europejską – czy stać się na powrót Europą? Nie jest to zagadnienie czysto formalne, z zakresu organizacji czy samych rozwiązań prawnych – ale fundamentalna kwestia tożsamościowa. I to zarówno w zakresie wartości, na których zbudowany został współczesny świat zachodni, jak i dominującej tendencji geopolitycznej. Pseudo-Europa upierająca się, że jest tylko drugim Puerto Rico – jest przecież żartem z geografii i to żartem wyjątkowo nieśmiesznym, bo już zbyt długo powtarzanym. Europa przypominająca sobie jak wielkiej masy lądowej pozostaje zwieńczeniem – to zaś po prostu naturalność, cóż z tego, że obecnie traktowana jako trudno wyobrażalny przełom. I znowu jednak – jak wiemy choćby z przykładu brytyjskiego, istotne będzie nie tylko w którą stronę skierować europejski ster, ale także w jakim towarzystwie.

 

Upraszczając – zastanawiamy się dziś, że czy taka rebrandowana Europa będzie tylko formą przetrwalnikową obecnej struktury UE, ograniczonej do swego twardego rdzenia eurozony? I czy wobec tego słabsza część Europy zostanie zorganizowana w nowym kształcie przez zwolenników bezpośredniej zależności („sojuszu”) ze Stanami Zjednoczonymi? Z pewnością byłoby to rozwiązanie preferowane przez atlantystów w rodzaju obecnych zarządców Polski, czy nawet Węgier, którzy na potrzeby swoich wewnętrznych problemów politycznych lubią przeciwstawiać „dobry sojusz z USA” – „złej dominacji brukselskiej/niemieckiej”. Oczywiście, jest to celowe zaburzenie obrazu rzeczywistości, w której przecież przy wszystkich bieżących różnicach – Unia Europejska pozostaje istotnym elementem amerykańskiej hegemonii i światowej unipolarności, tylko co najwyżej chciałaby go dalej nasycać znaną już dobrze ideologią „demokratycznego kapitalizmu”.

 

I znowu jednak – decydujący może okazać się przykład brytyjski. Jeśli przyjmiemy, że BREXIT odbywa się jednak na poważnie – wówczas szczególnie ważnym jego elementem będzie alternatywa dla obecnego unijnego układu, niedwuznacznie wiązana z umowami między Zjednoczonym Królestwem, a Stanami Zjednoczonymi. Oczywistym wszak jest, że nigdy Polska, Rumunia czy znikające narody bałtyckie nie zastąpią Amerykanom Wielkiej Brytanii. Zwłaszcza, gdy mówimy o konfrontacji projektów globalnych, umownie nazwanych wyżej „przemysłowym” i „finansowym”. Sęk w tym jednak, że dotychczasowa oferta Waszyngtonu wobec Londynu nie wydaje się wcale jasna, czytelna, ani… atrakcyjna. Oznaczać to może, że ośrodek polityki amerykańskiej personalizowany obecnie przez Donalda Trumpa doszedł to tych samych wniosków, co kierownictwa Rosji, Chin i regionalnych potęg wschodzących (jak Iran, oswabadzająca się Turcja, znajdujący się w podobnej sytuacji Pakistan i inni). Docelowo oznaczałoby, że czas stałych koalicji i bloków dobiega końca, zastąpiony gęstą siecią zadaniowanych i często raczej krótkoterminowych układów dwustronnych.

 

Jasne, poszczególne kraje nadal będą do siebie właśnie ciążyć mocniej niż do innych – jednak zdecydowanie oddala to perspektywę „dwóch Unii” – Europejskiej i „Amerykańskiej”. I nietrudno się dziwić – co bowiem realnie miałoby łączyć na przykład Wielką Brytanię, wciąż posiadającą globalne interesy (zwłaszcza finansowe) i – dajmy na to – Polskę, będącą w praktyce częścią gospodarki niemieckiej? Bliskie zaplecze starej Unii (czyli krajów takich jak Niemcy i Francja) jest nadal potrzebniejsze Paryżowi i Berlinowi – przede wszystkim jako źródło taniej siły roboczej i rynek zbytu. Ameryka posiada wszak odrębne środki dojenia Środkowo-Europejczyków z czystej gotówki – na czele przede wszystkim z NATO, wydatkami obronnymi (wymuszanymi rusofobią i straszeniem Władymirem Putinem), a ostatnio także energetykę. Przede wszystkim jednak decydująca znaczenie dla przyszłości Europy mogą mieć zjawiska zachodzące bardzo daleko od Starego Kontynentu.

 

Jeśli reorientacja polityki amerykańskiej na Chiny, a co za tym idzie na obszar Pacyfiku – cały krąg euroatlantycki straci na znaczeniu, stając się tylko dalszorzędnym frontem amerykańsko-chińskiej rywalizacji. Zwłaszcza na polu ekonomii, nowych technologii, tras komunikacyjnych i przepływów kapitałowych. Wówczas zaś nadal wprawdzie będzie istotne np. kto postawi maszty 5G i czy sygnał z nich będzie wysyłany do aparatów marki Apple czy Huawei, już jednak jaka forma instytucjonalna będzie te interesy zabezpieczać – może okazać się dalszorzędne. Dla krajów pogranicza Zachodu – oznaczać to może pogłębienie peryferyjności i ostateczne już wypadnięcie z głównego nurtu rozwoju świata. Paradoksalnie bowiem rywalizacja czy nawet konfrontacja geopolityczna i ekonomiczna – jest i może być czynnikiem rozwoju. Oczywiście, zagrożonego trwałą destrukcją w przypadku zamiany wojny zimnej w gorącą – ale jednak rozwoju. Polska, Rumunia, Litwa jako czynnik zbędny i podrzędny w starciu amerykańsko-chińskim – skazane są na stagnację i trwałą pułapkę bycia zapleczem biedy dla tego, co zostanie z reszty Europy.

 

Nadzieje, jakie mogłyby więc pojawić się np. w związku ze spadkiem napięcia amerykańsko-rosyjskiego, a nawet poparcie udzielane dalszemu rozjeżdżaniu się „Europy dwóch prędkości” (jako szansie zwiększenia podmiotowości i znaczenia państw „nowe Unii”) – wydają się więc być UTOPIĄ. Projekt unijny coraz przypomina więc tylko coraz bardziej żenujący przebieg BREXITU: każdy już chyba rozumie, że jakiekolwiek przesilenie musi nastąpić i bodaj nikt nie ma złudzeń, że najprawdopodobniej nastąpi ono dopiero po całkowitym zmęczeniu materiału ludzkiego. Reforma Unii (tak, jak i reokreślenie się geopolityczne UK) nie będzie więc miała charakteru jakieś heroicznej, jednorazowej decyzji, popartej śmiałą wizją zmierzenia się z bieżącymi i nadchodzącymi pierwszorzędowymi problemami. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że UE (jak i UK) zmienią się przez zasiedzenie, siłą (?) inercji i przez… zanudzenie obserwatorów i wyborców.

 

 

Konrad Rękas

 

 

Angielskojęzyczna tekstu ukazała się na portalu United World International

Kategoria: Konrad Rękas, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *