banner ad

Rękas: „Albo Śląsk, albo Kresy”? Fałszywa alternatywa prof. Wielomskiego

| 28 listopada 2019 | 1 Komentarz

Nieodmiennie sympatyczny prof. Adam Wielomski pozwolił sobie na kolejną internetową minikrucjatę, pod hasłem „Kresy Wschodnie – złe, Ziemie Zachodnie – dobre!”, pisząc m.in.: „Trzeba sobie wprost powiedzieć, że istotą koncepcji "jagiellońskiej" było machnięcie ręką na polski Śląsk i Pomorze, i zamiana tego, co stanowi istotę polskości, na posiadłości kolonialne na kresach wschodnich”. Problem w tym, że dokładnie nic w tym zdaniu nie jest zgodne z prawdą historyczną i stanem faktycznym.

 

Jagiellonowie i Wazowie a Śląsk

 

Zwłaszcza Jagiellonowie prowadzili bowiem na Śląsku bardzo aktywną politykę, tyle tylko, że była ona:

 

a) dynastyczna, a nie państwowa;

b) była ona wtórna wobec walki o wpływy w całej Koronie Czeskiej.

 

Jasne, już w XV wieku niektórzy władcy Francji potrafili wyjść poza podobną perspektywę, przyjmując priorytet i prowadząc politykę wyprzedzającą o stulecia koncepcję narodową w rozumieniu nowożytnym. Ba, niedługo później sąsiednia Anglia zaczęła swój marsz ku polityce już właściwie globalnej (oczywiście przy wszystkich proporcjach). Trudno jednak stawiać anachroniczny zarzut, że inni władcy, w tym jagiellońscy monarchowie Polski i Litwy myśleli jeszcze w sposób… średniowieczny.

 

Trzeba bowiem rozdzielić kilka spraw, uparcie przez kolegę Profesora mieszanych. Całkowicie błędny jest bowiem cytowany przez niego afirmatywnie fragment skądinąd interesującej pracy Jana Sowy, upierającego się, że „Rzeczpospolita parła ku wschodowi i południu, zaniedbując północ kraju i Bałtyk. Tego domagała się jednak sarmacka krypto-kolonialna mitologia….”. No nie, nie, zupełnie nie tak! Po pierwsze – nie Pomorze, ale potencjalnie znacznie bardziej obiecujący był raczej Śląsk, na którym, jak wspomniano i Jagiellonowie, i Wazowie, dzięki swojej pro-habsburgskiej polityce posiadali prywatne domeny. Faktem jest, że nic trwałego z tego nie wyniknęło, nieprawdą jednak jest, że całkiem nas za ówczesną zachodnią granicą politycznie nie było.

 

Trzy trumienne gwoździe Rzeczypospolitej

 

Oczywiście, można ubolewać i trafnie podnosić, że bardziej zdecydowana polityka wobec Prus otworzyłaby przed Polską ogromne możliwości i to nawet na Pomorzu Zachodnim (nie tylko w związku z wygaśnięciem Gryfitów, ale nawet 100 lat wcześniej w związku z protestanckim wzmożeniem ludowym pod koniec rządów Bogusława Wielkiego itp.). No, ale nie otworzyła, bo jej nie było. Do znudzenia więc trzeba powtarzać, że w zakresie relacji z sąsiadami, ale i własnymi mieszkańcami – śmiertelne dla Rzeczypospolitej okazały się przede wszystkim trzy błędy:

 

  1. pozostawienie Prus Książęcych (wraz z całym procesem – zaakceptowaniem władzy nad nimi brandenburskich Hohenzollernów, zwolnieniem ich z zależności lennej itd.);
  2. uczynienie z Polski/Rzeczypospolitej Paradis Iudaeorum;
  3. realizacja sprzecznych z polską racją stanu interesów geopolitycznych Stolicy Apostolskiej, w tym zwłaszcza wymyślenie i wdrożenie Unii Brzeskiej, w miejsce ochrony i umocnienia odrębnej, polsko-litewskiej odmiany prawosławia jako instrumentu umacniania wpływów polskich na wschodzie.

 

To były trzy gwoździe do trumny pierwszej polskiej państwowości. Nie widzę natomiast sensu logicznego wiązania tych zaniechań polskich ze sprawą Kresów i to w formule zero-jedynkowej. Przeciwnie, przecież Rzeczpospolita z ziem wschodnich, które dostała w wianie – systematycznie się cofała! To nie tak, że jakiś ekspansjonizm wschodni zastąpił nam zachodni i północny!

 

Przeciwnie niż próbują sugerować powierzchowni krytycy tak zwanej „koncepcji jagiellońskiej” – prawdziwym problemem państwa Jagiellonów i Wazów była BIERNOŚĆ, brak sensownej ekspansji. Dynastyczne bzdurki synów Kazimierza Jagiellończyka, wojujących ze sobą o wpływy w Czechach i na Węgrzech były co najwyżej parodią aktywizmu. Także Multanach w rodzinne awantury wdawali się magnaci, a nie państwo polskie etc.  To słabość państwa, a nie jego błędne ukierunkowanie geopolityczne było zasadniczym problemem. Nigdy nie było tak, że "albo Kijów i Smoleńsk – albo Wrocław i Szczecin". Bo długo mogliśmy mieć wszystko!

 

Tylko silna monarchia mogła uratować Polskę

 

Kolejną i to fundamentalną słabością – i będę to uparcie powtarzał – był także przede wszystkim po wygaśnięciu Jagiellonów (a nawet wcześniej, po PORZUCENIU Piastów) BRAK WŁASNEJ DYNASTII, czyli brak własnego centrum politycznego. Dodatkowo zaś spotęgowany przyjęciem biernej pozycji geopolitycznej i najgorszego z możliwych ustrojów, na czele z aberracyjną koncepcją regularnego oddawania decydującego głosu w sprawach polskich – dworom ościennym, stręczącym na swoich kandydatów na monarchów. Choroba była więc zasadniczo wewnętrzna i ustrojowa, a nie (tylko) geopolityczna! Tak, Rzecząpospolitą rządziła oligarchia magnacka, także oparta o jej „państwa ukrainne”. Nigdy jednak nie zdobyłaby przecież ona takiej pozycji w realiach państwa o silnej władzy królewskiej! W najgorszym razie skończyłoby się bowiem jakąś polsko-litewską odmiany Frondy. Samo posiadanie Kresów, dające państwowym elitom bezprzykładnego bogactwa – równie dobrze mogło stać się początkiem budowy realnego, a nie fantomowego polsko-litewskiego mocarstwa, to nie była pułapka bez wyjścia, jak zdają się sądzić p.p. Sowa i Wielomski!

 

Dla porządku tylko warto zauważyć, że w realiach nowożytności – pozornie alternatywna opcja zachodnia dla Rzeczypospolitej oznaczać musiałaby pełne już podporządkowanie albo Habsburgom, albo Burbonom, zapewne za cenę oddania Kresów Wschodnich – i bez gwarancji uzyskania czegokolwiek na Zachodzie i Północy. Czym by to się w skutkach różniło od przyjęcia „opcji niemieckiej” podczas II wojny światowej, której kol. prof. Wielomski jest wszak zaciętym przeciwnikiem?

 

Sarmatyzm – polski mocarstwowy eurazjatyzm

 

W tym właśnie kontekście należy zauważyć, że to tak zwana "mitologia sarmacka" – była dla Polaków w istocie wybawienie od mrzonek i naiwnej wiary w bycie częścią Zachodu. Sarmartyzm funkcjonalnie był polską odmianą eurazjatyzmu, oczywiście spaczoną jezuityzmem, niesamodzielnością geopolityczną Rzeczypospolitej kierowanej przez Rzym i Wiedeń – ale jednak było to coś naszego i własnego. To nie my wymyśliliśmy gotyk i największy nawet zwolennik „łacińskiego dziedzictwa” musi się z tym kiedyś pogodzić. A sarmatyzm był nasz i przynajmniej kierunek wskazywał prawidłowy.


Tyle, że zabrakło konsekwencji.

 

I wreszcie – co w sprawie wschodniej było kluczowe. Nie to, że się pojawiła, bo przecież każdy zdrowy naród chwyta możliwość wzbogacenia się i wzrostu potencjału. Problemem było to, że NIE POZBYLIŚMY SIĘ KONKURENCJI. Polska nigdy nie miała i nie miałaby dość sił, by się mierzyć z Habsburgami. Od pewnego momentu Hohenzollernów mogliśmy powstrzymać tylko oddając im nasz własny tron (co wcale nie było takim złym pomysłem…). Natomiast w naszym zasięgu bezwzględnie było WYELIMINOWANIE MOSKWY. A co za tym idzie wyjście na cały obszar od Dniepru przez Wołgę ku Syberii. To my mogliśmy być Rosją, tyle że z sarmatyzmem zamiast turanizmu, a więc świadomościowo i tożsamościowo inną. Ale mogliśmy. I jednym ze środków uzyskania tego było właśnie posiadanie Kresów.

 

Ideologia małego narodu

 

Zamiast tego kol. prof. Wielomski nie tylko chciałby, żebyśmy w XV wieku byli już narodem XIX-wiecznym, ale byśmy od razu postawili sobie za cel bycie narodem małym, z góry i z zasady rezygnując nie tylko z wszelkiej pasjonarności (do czego i tak doszło), ale i całego dostępnego potencjału. Tymczasem wyzwania: jako sobie poradzić i z nieuzasadnionym kompleksem wyższości, i z byciem narodem już zdecydowanie osłabionym – stoją przed nami dzisiaj. Nasi przodkowie mieli jeszcze szanse na sięgnięcie po trwałą wielkość, jeszcze byli u progu budowy wielkiego etnosu, będącego warunkiem realnej mocarstwowości. Faktycznie, jedną z możliwości uzyskania tego statusu mogło być wrócenie i odpowiednie wykorzystanie naszego historycznego obszaru, włącznie ze Śląskiem i Pomorzem – ale co najmniej równorzędną opcją był właśnie kierunek wschodni. I jego dezawuowanie dzisiaj to nie tylko anachronizm, ale i błąd.

 

Skądinąd przesympatyczny kol. Adam nie chce bowiem chyba zrozumieć, że proponowane przez niego odwracanie uwagi polskiej od spraw wschodnich nie ustrzeże nas bynajmniej od błędów Jagiellonów, za to może doprowadzić do ignorowania zagrożenia dla Polski drzemiącego na Wschodzie. Po prostu, jak historycznie – gdybyśmy sami nie poszli na Ruś, mielibyśmy tam wrogów i konkurentów o kilkaset lat wcześniej niż się to ostatecznie stało. I tym razem może być podobnie: jeśli staniemy plecami do takiej Litwy i do Ukrainy, do naszych Kresów – to ktoś nam w końcu w te plecy wbije siekierę.

 

Konrad Rękas

 

 

 

Kategoria: Konrad Rękas, Myśl, Polityka, Publicystyka

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Gierwazy pisze:

    Oczywiście "wdrożenie" Unii Brzeskiej ("w miejsce ochrony i umocnienia odrębnej, polsko-litewskiej odmiany prawosławia" – w ogóle trudno mówić o takiej odmianie prawosławia) było dobrym posunięciem z punktu widzenia polskiej racji stanu i jadowita jej krytyka przez schizmatyków tego nie zmieni. Niestety – jak nieco niżej i na temat abstrakcyjnego sarmatyzmu piszę sam autor – "tyle, że zabrakło konsekwencji" we wprowadzaniu Unii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *