banner ad

Czas Wschodu – rozmowa z red. Konradem Rękasem

| 14 czerwca 2020 | 0 Komentarzy

Rozmowa z red. Konradem Rękasem, prezesem Powiernictwa Kresowego, przeprowadzona na łamach rosyjskojęzycznego portalu Ukraina.ru.

 

Ukraina.ru: Panie Redaktorze, Prezydent RP Andrzej Duda podpisał nową Strategię Bezpieczeństwa Narodowego, w której Rosja jest nazywana „głównym zagrożeniem”. Z kolei polski politolog Jakub Korejba powiedział w wywiadzie dla Ukraina.ru, że polscy politycy wypowiadają się antyrosyjsko, ponieważ boją się utraty władzy, a także w przekonaniu, że bez walki z Rosją Polska nie będzie miała idei narodowej. Czy zgadza się Pan z tym?

KR: Polska jest zbyt dużym państwem, a Polacy zbyt licznym i historycznym narodem, by określać się przez stosunek do innej nacji czy kraju. Takie zachowania cechują społeczeństwa niedojrzałe, nieokrzepłe, a także te sztucznie stworzone czy wycięte ze wspólnego pnia, którym podsuwa się hasła walki, rzekomo odwiecznej wrogości, kształtuje charaktery wyłącznie w kontrze do innych, często najbliższych. Akurat Ukraińcy powinni mieć ten proces znakomicie rozpoznany, bo przecież w taki właśnie sposób ich stworzono…

Nie są jednak oczywiście jedyni. Przez znaczną część XIX i XX wieku taką samą taktykę stosowały państwa zachodnie na Bałkanach (aż do tragedii zniszczenia Jugosławii włącznie) i w Europie Środkowej, w znacznej mierze jej skutkiem jest także kształt przestrzeni posowieckiej. Faktycznie, nie ma więc żadnej „narodowej idei ukraińskiej” bez ruso- i polonofobii, nie da się wymyślić żadnej „tożsamości czarnogórskiej” inna niż serbska bez wymyślania polityki antyserbskiej itd. Natomiast Polska, Polacy i polskość istnieją całkiem niezależnie od kwestii rosyjskiej. Ba, w niektórych okresach nie było to żadną miarą zagadnienie pierwszoplanowe i to nie tylko historycznie, ale choćby niedawno, w latach 90-tych. Oczywiście, w interesie Polski powinny dziś być jak najlepsze stosunki z Federacją Rosyjską, ale można też sobie z powodzeniem wyobrazić wzajemną przyjazną obojętność. Rusofobia jest bowiem Polakom sztucznie indukowana, nie wynika ani z realnej oceny rzeczywistych zagrożeń, ani też nie jest jakimś fatalistycznym odzwierciedleniem oddolnych antyrosyjskich instynktów Polaków.

Idę o zakład z panem Korejbą i każdym innym, że przez polityczno-medialnego podtrzymywania – rusofobia zniknęłaby w Polsce nie w przeciągu lat, ale tygodni. I nikt by po niej nie płakał, oczywiście poza jawną agenturą Zachodu.

Ukraina.ru: We wspomnianym wywiadzie Jakub Korejba dużo mówi o historii stosunków między Polską a Rosją. W szczególności twierdzi, że Rosja własnoręcznie stworzyła polskie fobie i stereotypy, biorąc udział w rozbiorach Rzeczypospolitej w XVIII wieku. Jednak w Polsce jest o wiele mniej nastrojów antyniemieckich niż antyrosyjskich, i nie ma żadnych antyaustriackich, chociaż Prusy i Cesarstwo Austriackie były partnerami Rosji w tych rozbiorach. Skąd taka selektywność?

KR: Ten pseudo-historyzm byłby tylko śmieszny i anachroniczny, gdyby nie fakt, że stanowi element oficjalnej, państwowej propagandy, nazywanej w Polsce „polityką historyczną”. Rzeczywiście, pro-rządowi trolle potrafią do dyskusji np. o stratach poniesionych przez polskie rolnictwo w wyniku wojny handlowej z Rosją – wtrącić uwagę, że „a Ruscy to przez 100 lat siedzieli w Warszawie!”, choć, jako żywo, ma się to nijak to zniknięcia polskich dżemów z rosyjskich sklepów.

Powiem więcej, w Polsce już w latach 80-tych zanikły właściwie bardzo żywe wcześniej reminiscencje antyniemieckie, będące naturalnym następstwem okupacji i zbrodni nazistowskich, nigdy natomiast nie pojawiły się akcenty niechęci, nie mówiąc o nienawiści wobec Rosjan. Nawet w środowiskach antykomunistycznych (do których sam, jako nastolatek zdążyłem jeszcze należeć) stanowisku antysowieckiemu nie towarzyszyła żadną miarą rusofobia, a naród rosyjski uważano za bratni i potencjalnie sojuszniczy. Skoro więc nie zostawiła takich śladów faktyczna dominacja ZSSR nad Polską – to tym bardziej nie miały większego wpływu świadomościowego wydarzenia sprzed lat 200.

To raczej współcześnie, w ciągu ostatnich 10 lat podsunięto Polakom zupełnie nową wersję historii, tę w której okres po 1944 r. nazywany jest „nową okupacją nie lepszą od niemieckiej” i w której wątki antysowieckie miesza się z szowinistycznie antyrosyjskimi. Nie jest to jednak żadną miarą narracja polska. Ten nurt przyszedł do Polski pod bezpośrednim kierunkiem i na zlecenie Stanów Zjednoczonych i winien być traktowany jako ideologia… okupacyjna.

Ukraina.ru: Pan Korejba ciągle nazywa siebie „potomkiem kresowych właścicieli ziemskich”, ale nie wspomniał ani słowem o tym, jakie miejsce zajmuje (lub powinna zajmować) kwestia Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej, czyli obecnych zachodnich ziem Ukrainy i Białorusi, w polityce współczesnej Polski – tak zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Jaka jest Pana opinia na ten temat?

KR: Kresy są elementem polskiej tożsamości narodowej czy się to komuś podoba czy nie. I to nie tylko dlatego, że kilkanaście milionów Polaków pochodzi rodzinnie z Ziem Wschodnich, ale także ze względu na ich ogromne cywilizacyjne i kulturowe znaczenie dla Polski. Bez Lwowa, Wilna, Grodna, Krzemieńca, bez polskich dworów od Kijowa po Bramę Smoleńską, od Dyneburga po Żytomierz, Winnicę i Kamieniec Podolski – bylibyśmy innym narodem, na pewno duchowo uboższym. Tego się nie da ot tak, wykastrować, zwłaszcza w imię fikcji, jaką miałoby być „strategiczne partnerstwo” z takimi państwami sezonowymi, jak Ukraina, Łotwa i Litwa.

Skądinąd zresztą obecne milczenie w sprawie Kresów jest znamienne także z innego powodu. Oto gdy wahał się jeszcze geopolityczny wybór Ukrainy – bez skrępowania podkręcano w Polsce nastroje nacjonalistyczne, do sugestii „odebrania ruskim Ukraińcom” Lwowa włącznie. Gdy jednak Kijów stał się kolonią Zachodu – wszystkie takie hasła od razu wyciszono, wręcz potępiając środowiska kresowe czy to za starania o upamiętnienie zbrodni banderowskich, czy za zabiegi o odzyskanie własności polskiej na Wschodzie.

Kresowianie, podobnie jak i mniejszość polska nadal mieszkająca na Kresach bywali więc i są traktowani instrumentalnie – by przypomnieć choćby haniebne próby użycia Polaków na Białorusi do akcji przeciw polityce prezydenta Aleksandra Łukaszenki, choć były to przecież prowokacje służące tylko szownistycznej, pro-zachodniej agenturze próbującej zdestabilizować Białoruś na kształt Ukrainy.

Tymczasem sprawa kresowa pozostaje jedną z najważniejszych dla organizowania się polityki prawdziwie polskiej i zgodnej z naszą racją stanu i tak też musi być postrzegana przez siły patriotyczne. Kto odrzuca kresowość – sam zdradza się jako wróg Polski.

Ukraina.ru: W nowej polskiej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, Ukraina została wymieniona wśród krajów, które Warszawa poprze w drodze do NATO i UE, przy czym pozostałe dwa to znacznie mniejsze Mołdawia i Gruzja, z którymi Polska w ogóle nie graniczy. Czy Kijów rzeczywiście spadł się wśród polskich priorytetów na poziom Kiszyniowa i Tbilisi, czy jest to tylko konsekwencja faktu, że wszyscy wschodni sąsiedzi w Warszawie są postrzegani wyłącznie przez pryzmat nastrojów rusofobicznych?

KR: Przecież Strategii tej (jak i jej poprzednich wersji) nie pisze się w Warszawie, tylko przedyktowują ją polskim decydentom amerykańscy urzędnicy. Stopień zależności Polski od USA nie jest mniejszy niż powiedzmy Ukrainy, a ten przecież znamy z kolejnych ujawnianych dokumentów. Mimo gestów prezydenta Trumpa wobec Rosji – waszyngtoński departament stanu nie zmienił wszak swojej polityki wobec obszaru post-sowieckiego i w dalszym ciągu jest on postrzegany jako obszar rywalizacji z Moskwą i postępującego okrążania Federacji Rosyjskiej. Oznacza to oczywiście niespójność polityki amerykańskiej – a to odbija się i czkawką u poddanych i wasali, takich jak Polska.

Niestety, ale pozbawiona suwerenności Polska jest też trzymana w ciemnościach, całkowicie ignorując co dzieje się choćby w przywołanym Kiszyniowie, jaka jest realnie sytuacja w Gruzji, jaka jest np. postawa Azerbejdżanu wprost dezawuującego przydatność i sensowność Partnerstwa Wschodniego itd. Polska jest poza grą – tak jak nie uczestniczy w kolejnych formatach w sprawie ukraińskiej, tak i w ogóle w sprawach wschodnich jest co najwyżej rzepem na ogonie amerykańskiego psa. Ten nim macha, a rzep się cieszy, że bierze udział w zabawie…

Ukraina.ru: Jak da się wytłumaczyć, że w Strategii brak wzmianki o Białorusi, z którą Polska ma 400-kilometrową granicę, i gdzie polska mniejszość w sposób zwarty – w przeciwieństwie do Ukrainy?

KR: Białoruś to, jak wspomniano, dla Polski kłopot. Właściwie najlepiej dla Warszawy byłoby trzymać Polaków jak najdalej od Mińska, tak dokładnie na jego przykładzie widać co można było osiągnąć nie idąc na całkowitą kapitulację przed Zachodem, na dewastację własnej gospodarki i zgodę na bezprzykładną pauperyzację społeczeństwa. Na nieszczęście dla polityków – prezydent Łukaszenka wydaje się być konsekwentny w swej przemyślanej taktyce otwierania kraju, na Białoruś coraz liczniej docierali przed pandemią polscy turyści, jak i polskie firmy, którym wielu przetrwanie zapewniła chłonność białoruskiego przemysłu (Rosjanie wszak wiedzą, że nawet krewetki najlepsze są właśnie na Białorusi! Nie mówiąc o polsko-białoruskich jabłkach…).

Jednocześnie zaś niejasna jest strategia Zachodu wobec Mińska. Jeszcze kilka lat temu, przed kryzysem ukraińskim obowiązywała wizja „dobrej, westernizującej się Rosji i złej, konserwatywnej Białorusi”. Teraz proporcje uległy odwróceniu i nie ma w sumie miesiąca, żeby warszawscy wykonawcy zachodnich zadań propagandowych nie ogłaszali, że „oto już, już za chwilę dobry Łukaszenka oderwie się od złego Putina”. Ta zmienność jest widoczna, a polscy wykonawcy nie nadają się do szybkiego wyłapywania nowych nurtów. Skoro już nie wolno atakować, a chwalić nie umieją – wolą milczeć i czekać na dalsze rozkazy.

Ukraina.ru: W czasach ZSSR żartowano, że „Polski słoń jest najlepszym przyjacielem Rosyjskiego słonia”. Obecna Strategia bezpieczeństwa narodowego RP jest podobna do tłumaczenia z angielskiego zdań amerykańskich polityków i wojskowych, czyli „Polski słoń”, (chociaż sugeruje tu inne porównanie ze słynnej bajki Kryłowa), wybrał nowego najlepszego przyjaciela. Ale czy w Warszawie się nie boją, że w przypadku prawdziwego konfliktu USA – postąpią z Polakami w taki sam sposób, jak z Kurdami w Syrii?

KR: Oficjalnie taka wątpliwość zatrącałaby zapewne o podważanie sojuszy, a w domyśle o „ruski trolling”, szpiegostwo i agenturalność w służbie Kremla. W amerykańską przyjaźń wątpić nie wolno – nawet wtedy, gdy jak podczas pandemii amerykanie uciekali przed koronawirusem niczym słoń przed myszą. Ludzie, nawet ogłupiani propagandą – mają jednak oczy i widzieli, że jedynymi państwami naprawdę niosącymi pomoc innym były Federacja Rosyjska i Chiny. I te odruchy humanitaryzmu i solidarności przyniosą owoce, budując miękką siłę Moskwy i Pekinu, w przeciwieństwie dyktowanej odgórnie miłości do Ameryki.

Skądinąd też sceptyczność i niewiara w zachodnie gwarancje ma w Polsce długą tradycję. Lubiący historię mogą wspominać jak to w XIX wieku Londyn i Paryż pchały Polaków do beznadziejnych powstań, by oczywiście następnie porzucać bez pomocy i traktować jak żebraków. Polityka mocarstw zachodnich wobec Polski podczas drugiej wojny światowej nawet w oficjalnej historiografii powszechnie nazywana jest zdradą itd.

Stąd można odnieść wrażenie, że realnie odczuwalna akceptacja dla obecnych sojuszy międzynarodowych Polski nie jest wcale tak naiwna, jak mogłaby się wydawać. To znaczy Polacy nie są tak głupi, by wierzyć, że Amerykanie naprawdę nam pomogą. My tylko mamy nadzieję, że póki co nas sami nie napadną…

I taka postawa może jednak ulec zmianie wobec rosnących kosztów „sojuszu z Ameryką”, który jest już jawnie rodzajem wymuszania haraczu za opiekę. W połączeniu z popieranymi przez Waszyngton roszczeniami środowisk żydowskich wobec Polski i coraz większą nachalnością dyktatu (od spraw podatkowych po ideologiczne) narzucanego Polakom przez amerykańską ambasador Mosbacher – doprowadzić to powinno do rychłego zgonu fikcyjnej „przyjaźni polskiego słonia z amerykańskim”.

Ukraina.ru: Wracając do wywiadu Pana Korejby: na ile wyrażone przez niego opinie nt. stosunków polsko-rosyjskich są popierane wśród polityków III RP – nie chodzi o płaszczyznę publicznej, ale właśnie o sposobie myślenia w tym czy innym środowisku? Czy naprawdę nie ma innego przepisu na poprawę stosunków między Moskwą a Warszawą niż „sto lat samotności”?

KR: Mamy do czynienia z podwójnym sprzężeniem. Po 1989 r Polska została potraktowana jako masa upadłościowa do przejęcia przez zachodni kapitał pod kierunkiem niemieckim, działający za pozwoleniem i pod polityczną opieką Ameryki. Dla ochrony tej wielkiej zmiany własnościowej – wykreowano system polityczny, nazwany szumnie demokracją, a będący w istocie oligarchią, o formach klik partyjnych i medialnych, zorganizowanych za pieniądze obcego kapitału i wprost przez agendy zachodnich ośrodków wpływu. Jakakolwiek trwała zmiana ekonomiczna, na przykład przywracająca własność w ręce polskie, odbudowująca polską produkcję, handel i zwłaszcza finanse – jest blokowana przez system polityczny. A zmianę polityczną uniemożliwia uzależnienie ekonomiczne Polski, bo jak Polacy mają się organizować bez własnego kapitału?

A więc szach i mat? Tak, ale tylko pozornie. Jak widzimy z tego równania niemożliwego – szansą jest wyjście poza schemat, poza system zachodni tak w zakresie gospodarczym, jak i politycznym. Bez obalenia reżimu politycznego nie odzyskamy własności polskiej, bez polskiej własności nie zbudujemy odnowionego, zdrowego państwa. Stąd kluczowa pozostaje aktywność gospodarcza Polaków (nie tylko zresztą w kraju, ale i na emigracji, gdzie wielu naszych rodaków wyszło już ponad poziom taniej siły roboczej) – ale także organizacja i formacja społeczna, odrzucająca narzucone nam w formie kagańca paradygmatu liberalnej ekonomii, zachodniej poprawności politycznej i pseudo-demokracji dla wybranych.

Paradoksalnie, ale okazją do zmiany może być trwający właśnie kryzys koronawirusowy, ujawniający alienacją klasy politycznej, jak i bankructwo ślepo zachodniej opcji geopolitycznej. A jaki to ma związek z relacjami polsko-rosyjskimi? Kluczowy. Polacy by odzyskać Polskę nie tyle mogą, co wręcz muszą patrzeć na Wschód – tak ten najbliższy, czyli polskie Kresy, jak i na niezależne ośrodki globalne, czyli zwłaszcza Moskwę i Pekin. Uczyć się od nich, nawiązywać kontakty, współpracować. Zmarnowano Polakom ostatnią dekadę XX wieku i pierwsze dwie stulecia XXI. Najwyższy czas zmądrzeć. Najwyższy czas, by nadchodzące lata i dekady były dla Polski czasem Wschodu!

 

Rozmawiał Oleg Chawicz

Kategoria: Konrad Rękas, Myśl, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: