banner ad

Źródła manipulacji w mediach? Podkręcanie tematu i wielkie interesy

| 9 kwietnia 2015 | 0 Komentarzy

z6532619Q„Informacje podaje się już z gotową, jedynie słuszną, interpretacją, zgodną z linią programową danego medium. Gdy konfrontujemy TVN i np. TV Republika, to otrzymujemy dwie jakże różne informacje, to co dla jednych jest sukcesem, dla drugich – klęską” – mówi w rozmowie z Myslkonserwatywna.pl dr Marian Maciejewski, dziennikarz i wykładowca akademicki.

Myśl Konserwatywna: Jest Pan autorem docenionej już książki „Kulisy dziennikarstwa, czyli granice wolności kija”. Skąd taki tytuł?

Marian Maciejewski: Tytuł wziął się z anegdotki. Po przegranym powstaniu listopadowym pewien dziennikarz opisał nieudolność generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego. W odpowiedzi Skrzynecki wysłał do dziennikarza grupę wojaków z kijami, którzy mieli go obić. W obliczu wysłanników dziennikarz powołał się na wolność prasy. Ci odpowiedzieli – Skoro jest wolność prasy, to musi być i wolność kija. I z twardością tych kijów grzbiet dziennikarza zapoznali.  

Pisze Pan w jednym z rozdziałów, że dziennikarstwo to sztuka polegająca na tym, aby nie dać się zrobić w konia. Trudne to?

Niestety tak. Jednym z powszechniejszych błędów dziennikarskich jest wyciąganie daleko idących wniosków z powierzchownej informacji. W tej chwili piszę dla miesięcznika „Press” tekst o poważnych mediach (TVP, TVN), które wylansowały rzekomego 20-letniego milionera jako wzorzec kariery „od pucybuta do milionera”. W rzeczywistości to kłamczuszek, ścigany już przez prokuraturę, którego media uwiarygodniały. Gdyby dziennikarze wsłuchali się w banały i ogólniki, jakimi ich karmił, zaświeciłaby im się czerwona lampka.

Podobna historia wydarzyła się dokładnie cztery lata temu. Paweł M. był autorem opisywanej przez „Rzeczpospolitą”, a potem „Gazetę Wyborczą”, prowokacji dziennikarskiej. Opowiadał o niej także w TVN. Pokazał, że dzięki powołaniu się na prezydenta RP można załatwić sobie intratny kontrakt w TVP. Sprawa była tak głośna, że „Press” postanowił przybliżyć sylwetkę tego młodego człowieka. Zlecił to mnie. Kilka minut rozmowy z nim wystarczyło, abym nabrał podejrzeń. Po dwóch godzinach byłem niemal pewien; zacząłem sprawdzać wątek po wątku. Człowiek ten okazał się zwykłym mitomanem, opowiadającym dziennikarzom bzdury, skazanym rok wcześniej za oszustwo i próbę wyłudzenia 125 tys. zł od firmy „Ultimo”.

Jak to możliwe, że dziennikarze nie wychwycili sprzeczności i nielogiczności w jego opowieściach?

To proste. Zarząd TVP był lewicowy, więc media sympatyzujące z PO i PiS dostały małpiego rozumu, aby zarząd ów ośmieszyć. W ten sposób zrobiły z Pawła M. autorytet od spraw stosunków w TVP.

Czym obecne dziennikarstwo różni się od tego sprzed parudziesięciu lat? Czym, w Pana przekonaniu, być powinno?

Ba, i to są bardzo trudne pytania. Gdy w roku 1990 zaczynałem pracę w „Gazecie Wyborczej”, mieliśmy poczucie misji, poczucie, że robimy coś bardzo ważnego dla Polski. Po PRL-u było co naprawiać. Obowiązywały nas bardzo surowe zasady, wymóg rzetelności, oddzielania informacji od komentarza. Co z tego zostało? Mówię nie tylko o mojej gazecie, o dziennikarstwie w ogóle. Kto dziś przejmuje się rzetelnością, obiektywizmem? Informacje podaje się już z gotową jedynie słuszną interpretacją zgodną z linią programową danego medium. Gdy konfrontujemy TVN i np. TV Republika, to otrzymujemy dwie jakże różne informacje, to co dla jednych jest sukcesem, dla drugich – klęską. 

Kiedyś obowiązywała zasada sprawdzania informacji w dwóch niezależnych źródłach. Dziś jakże często jedynym źródłem jest Internet. Bo kto – w tym wyścigu na oglądalność i  czytelnictwo – ma czas na sprawdzanie?

Pamiętam z lat 90. kiedy nie było Internetu, zajmowałem się jakąś ważną sprawą. Wisiałem na telefonie, wszystko dokładnie sprawdzając. Moja szefowa ciągle mnie poganiała, w pewnym momencie przybiegła zdenerwowana: – Maniek, radio już to podało!

Na co ja ze spokojem: – I cóż z tego? Przecież my i tak ukażemy się dopiero jutro.

Dziś gazety mają wydania internetowe, więc ten pęd odczuwalny jest również w mediach papierowych. W ogóle Internet zepsuł ten zawód, powstali blogerzy, dziennikarze społeczni; to zwykle młodzi ludzie, nie znający prawa prasowego, często nie przestrzegający elementarnych zasad  współżycia społecznego, nie odróżniający wolności słowa od swobody wypowiedzi. Prestiż zawodu spada na buźkę.

Ale różnic jest więcej. Dziennikarz motoryzacyjny, Włodzimierz Zientarski, reklamuje Toyotę. Czy pisząc o samochodach, będzie obiektywny? Kiedyś udział dziennikarza w reklamie był nie do pomyślenia, dziś to zjawisko powszechne, niestety.  

Kto jest dziennikarzem w roku 2015? Dawniej była to profesja jasno sprecyzowana, obecnie jednak piszą wszyscy i o wszystkim…  Gdzie jest granica?

No właśnie, nie ma definicji i nie ma granicy. Kogo uznać za dziennikarza, poważnego przedsiębiorcę, który co jakiś czas pisuje fachowe artykuły do branżowego miesięcznika, czy żyjącego z pisania blogera, opisującego wrażenia z alkoholowych imprez? Najpopularniejszy polski bloger „Kominek” uwiódł nastolatków tym, że początkowe jego teksty roiły się od wulgaryzmów, a mówiąca o języku młoda absolwentka filologii polskiej wrzuciła do Internetu filmik z felietonem nagranym na trawie w zwiewnej, prześwitującej sukience. To zjawiska nieznane nam ćwierć wieku temu. Aż trudno wyobrazić sobie młodego prof. Miodka, który by w kąpielówkach na trawie mówił  do kamery o „pociągu dedykowanym dla podróżnych”. 

Co sprawia, że wielu dziennikarzy zamiast szukać prawdy i troszczyć się o społeczeństwo, staje się funkcjonariuszami partyjnymi? Czy nie zdają sobie sprawy z tego, że „zaprzedają" się politykom i uprawiają cyniczne oraz wyrachowane dziennikarstwo, niszcząc etos niezależnego dziennikarza?

Jest takie słowo, którego strasznie nie lubię – patriotyzm. A nie lubię go, bo traktowane jest przez dziennikarzy instrumentalnie, da się nim zasłonić każdą podłość i każdą partyjną zależność. Jestem przekonany, że nie uważają, aby komukolwiek się zaprzedali, oni właśnie troszczą się o społeczeństwo, ratują Polskę i Naród przed złem, które reprezentuje druga strona.

Kilka lat temu byłem z Piotrem Semką w Bratysławie na warsztatach dla dziennikarzy słowackich. Podczas śniadania Semka, prywatnie bardzo sympatyczny człowiek, zaproponował, żebyśmy mówili jednym głosem, bo nie wypada, abyśmy na obczyźnie się ścierali. Zgodziłem się, licząc, że nie będzie wypowiadał poglądów radykalnych. Tymczasem zaczął młodym Słowakom opowiadać, jaka ta Polska była do 2005 roku straszna, że to była kontynuacja komunizmu, dopiero bracia Kaczyńscy zaczęli ją uzdrawiać. Krew we mnie zawrzała. Ale zabrałem głos tytułem uzupełnienia, że kolega zapomniał dodać, że transformacja nie jest sprawą łatwą, bo nikt wcześniej nie przechodził od socjalizmu do kapitalizmu, że nie przetestowano tego nawet na białych myszkach, więc było sporo błędów i niedoskonałości, ale Polska bardzo zmienia się na plus. Że moi przyjaciele z Włoch, którzy po raz pierwszy byli w Polsce w roku 1992 i co jakiś czas przyjeżdżają, są zaszokowani szybkością pozytywnych zmian. 

Domyślam się, że dziennikarz zdeprecjonował nasze osiągnięcia w odruchu patriotyzmu, uważając, że gdyby Kaczyńscy rządzili od początku, bylibyśmy już pewnie z trzecią potęgą świata.

Czy dziennikarstwo jest ciągle jeszcze tylko reportażem o rzeczywistości? Patrząc na niektóre media, a zwłaszcza dziennikarzy takich, jak Janina Paradowska, Jacek Żakowski czy Monika Olejnik, nasuwa się nieodparte wrażenie o ich ogromnej i świadomie wykonywanej roli w procesie kreacji rzeczywistości lub jej obrazu, a nie tylko obiektywnym opisie…

Nazwiska można wymieniać dłużej: Tomasz Lis, Wojciech Reszczyński, Jacek i Michał Karnowscy specjalizujący się w przeprowadzanych na kolanach usłużnych wywiadach z prawicowymi politykami, Dorota Kania, Ewa Stankiewicz, o której nie wiadomo, czy jest bardziej dziennikarką, czy działaczką polityczną i liderką ruchu „Solidarni 2010”. Przecież oni nie przedstawiają rzeczywistości, tylko ją kreują. A tygodnik „Wprost”, który przedstawił zdjęcia z czyjegoś mieszkania z dmuchanymi seks lalkami i połączył je z Kamilem Durczokiem. To jest dziennikarstwo? Czy to miał być reportaż o rzeczywistości?

Etyka: słowo niezmiernie dziś trudne w zdefiniowaniu, ale ważne. Czy dziennikarz musi pozostawać jej wierny? A może w epoce tabloidyzacji mediów nie ma to już znaczenia?

Etyka? To ktoś pamięta jeszcze to słowo? Oczywiście jest to pewien standard, do którego powinniśmy zmierzać, ale raczej się oddalamy. Wspomniany przykład udziału dziennikarzy w reklamach. Albo przykład sprzed kilku dni: Redaktor naczelny „Super Ekspressu” Sławomir Jastrzębowski znany jest z moralizowania, uważa, że ma szczególne prawo do pouczania innych. W numerze z 12 marca br. na stronie 4. napisał: „Szanuj drugiego człowieka. Nie baw się nim. Człowiek nie jest zabawką.” Natomiast na stronie 1. tego numeru znalazły się dziwne przeprosiny człowieka, którego gazeta pomówiła o niecne czyny. U dołu ramki na 1/4 strony znalazły się przeprosiny miniaturowe. Wydawałoby się rzeczą oczywistą: skrzywdziłem kogoś, nie potrafiłem wykazać, że miałem rację, sąd uznał moją winę, przepraszam. „SE” tymczasem nie tylko zakpił sobie z sądu, ale też zabawił z pomówionym. I niech nikt nie mówi, że to tylko tabloid; to człowiek, który również promuje wzorce etyczne w telewizjach. Taki człowiek nie powinien być do studia wpuszczany.

Dlaczego, Pana zdaniem, media tak lubią epatować tragedią, złem, plotką lub wojną, a niemal wstydzą się pokazywać rzeczy wielkie, piękne, mądre…

Parę lat temu we wrocławskiej Akademii Ekonomicznej uczestniczyłem w spotkaniu z legendą podziemnej „Solidarności” Józefem Piniorem. Profesor Bożena Klimczak  zagadnęła mnie, dlaczego w gazetach tak mało jest wzorców pozytywnych, a tak dużo zła. Odparłem: – Stare dziennikarskie powiedzenie brzmi: „Zła informacja, to dobra informacja”. Bo zło jest towarem. Im brzydsze zło, tym śliczniejszy towar.

Wyobraźmy sobie western bez czarnego charakteru, w którym wszyscy się lubią i zachowują jak Ania z Zielonego Wzgórza. Któż chciałby to oglądać?!

Słynny amerykański psycholog Dale Carnegie, autor bestsellera „Jak przestać się martwić i zacząć żyć”, szacuje, że naszemu życiu towarzyszy około 90 procent zdarzeń dobrych lub obojętnych, a tylko dziesięć procent stanowią zdarzenia złe. Ale właśnie owe dziesięć procent potrafi bardziej zaprzątnąć uwagę człowieka niż 90 procent dobrych lub obojętnych. O złu się mówi, o złu się myśli, zła się wszyscy obawiają, starają się go uniknąć.

1 stycznia 2009 roku przeanalizowałem informacje podane na pasku w TVN24. 12 dotyczyło wypadków, katastrof i przestępstw, 4 poświęcone były różnym aspektom gazowego sporu między Rosją i Ukrainą (a więc też zawierały wydźwięk raczej negatywny), a tylko 6 informacji mówiło o sprawach pozytywnych lub obojętnych (np. że Słowacja weszła w strefę euro i że świat witał Nowy Rok).

Zło nie tylko intryguje, lecz także przyciąga. Co wabiło nawet dziesiątki tysięcy mieszkańców dziewiętnastowiecznego Londynu na Oxford Street? Msze? A może debaty polityczne? Nie, publiczne egzekucje – wieszanie skazańców. To one przyczyniły się do rozwoju tamtejszych pubów. Egzekucje były towarem, który należało sprzedać we właściwej oprawie. Kto dziś szybciej trafi na pierwsze strony gazet, ten, kto latami bezinteresownie będzie opiekował się staruszkami, czy ten, który w jednej sekundzie wbije im nóż pod żebro?

Czy informacja jest dla dziennikarza tylko towarem, który należy odpowiednio opakować i sprzedać tak, by móc z niej utrzymać redakcję?

Generalnie na pewno jest towarem, ale byłbym ostrożny w wyciąganiu negatywnych wniosków.  Bo można by odebrać, że celem programów informacyjnych jest ściganie się na zło. Nie, celem jest  informowanie, ale jak mawiają Amerykanie, wiadomość, że pies pogryzł człowieka – nie jest żadną informacją, informacją staje się dopiero wiadomość, że to człowiek pogryzł psa. A zatem sposób informowania nie odbiera medium wiarygodności. Jeśli na granicy dwóch państw nic się nie dzieje, to nie ma o czym mówić, media przyciągnie dopiero konflikt. To oczywiste.

Z czego wynika celowa manipulacja w mediach?
 

Powody mogą być różne. W żargonie dziennikarskim nazywamy to podkręcaniem tematu, czyli takim przedstawieniem, aby był ciekawszy. Ba, czasem wcale nie ma tematu, ale wymyśla się problem po to, aby potem można było z nim walczyć i w ten sposób demonstrować, że jest się blisko spraw ludzi, że jest się wrażliwym na społeczną krzywdę. Celują w tym zwłaszcza tabloidy, ale nie tylko. Parę lat temu „Gazeta Wyborcza Wrocław” zrobiła czołówkę pt. „Nasze najdroższe taksówki”. Przez kilka numerów dziennikarze zwalczali „pazerność” taksówkarzy. Zaintrygował mnie ten temat, bo wydał mi się bardzo jednostronny, napisany wyłącznie do strony pasażerów, którzy chcieliby być wożeni za darmo. A że mam sąsiada taksówkarza, łatwo ustaliłem, że gazeta przemilczała wiele ważnych czynników decydujących o cenie przejazdu. Dotarłem do autora publikacji i usłyszałem, że… w danym dniu brakowało czołówkowego tematu, więc na kolegium ktoś rzucił, że może by tak napisać, że we Wrocławiu taksówki są najdroższe. Chwyciło. Rozpętano problem, który nie istniał, bo mieściliśmy się w średniej.

Drugim elementem jest polityka. Ta manipulacja wynika z chęci przekonania do własnych poglądów, które to poglądy dadzą się przełożyć na większe wpływy na coś, np. na wygraną partii, z którą dane medium sympatyzuje.   

Czy w dobie rozwoju mediów elektronicznych, blogowania na potęgę, informacji przekazywanych na portalach społecznościowych etc., dziennikarstwo przez duże "D" ma jeszcze rację bytu? Czy współczesne redakcje są jeszcze zainteresowane takim pisaniem?

Ależ oczywiście, że tak. Na Zachodzie jest wiele gazet z tradycjami, które niezmiennie utrzymują wysokie standardy. Rynek jest bardzo pojemny, mieści zarówno media poważne, rzetelne, jak i płaszczyzny wymiany plotek, ciekawostek z życia celebrytów. To czytelnik decyduje, co chce czytać. Wprawdzie największe nakłady osiągają pisma kobiece, ale nie obawiam się, aby znikły te informacyjne czy branżowe, jak „Dziennik Gazeta Prawna”. Nie obawiam się też wyparcia prasy papierowej przez elektroniczną. Kilka lat temu dwaj zapaleni wędkarze uruchomili pismo wędkarskie. Tłumaczyli sobie w ten sposób: trudno iść nad wodę z komputerem, a z pisemkiem – tak.

W jednym z najwybitniejszych dzieł światowej kinematografii, „Obywatelu Kane" Orsona Wallesa, z ust magnata prasowego padają słowa o celowym wywoływaniu przez niego wojny. Dlaczego społeczeństwo jest tak łatwo podzielić i ze sobą skłócić? Czyżby media kierowały się zasadą dziel i rządź? Jeśli tak, to co za tym wszystkim stoi?

Warto zauważyć, że Kane zmarł w samotności; w pięknym, ale pustym pałacu. Wszyscy go opuścili, nawet żona. Czyli ten model uprawiania dziennikarstwa nie trafił na podatny grunt. Problemu podziałów nie zrzucałbym na media, po prostu my, Polacy, mamy w sobie coś takiego w sobie, że musimy machać chorągiewką i wykrzykiwać, że racja jest nasza. Media są tylko narzędziami w rękach takich cech jak kłótliwość, pieniactwo nazywane często – o czym wspomniałem wyżej – patriotyzmem.

Mam przed sobą „Nasz Dziennik” z 12 marca br. Na pierwszej stronie tytuł: „SĄD. Zachowała się jak trzeba”. Artykuł jest o licealistce, która chcąc uniemożliwić grupie ludzi wysłuchania scenariusza „Golgota Picnic”, rozpyliła jakiś śmierdzący, duszący gaz. Sąd uznał to za wybryk chuligański i ukarał ją 40 godzinami społecznych prac. Odwołała się. Relacjonując proces II instancji, gazeta ją pochwaliła, że było to właściwe zachowanie. To jest jakiś wyższy stopień absurdu. W państwie demokratycznym istnieje pewien porządek prawny. Jeśli ktoś go narusza,  to   podlega rygorom karnym.

Mnie akurat „Golgota Picnic” zupełnie nie interesowała, ale jest to coś, co funkcjonowało w przestrzeni publicznej i podlegało ocenie. Jako wykładowca akademicki, aby móc zająć stanowisko i np. skrytykować, muszę zapoznawać się różnymi wydarzeniami. Nie rozumiem, na jakiej podstawie „Nasz Dziennik” uważa, że jakaś licealistka ma prawo decydować o tym, z czym ja zapoznawać się mogę, a z czym nie. To nie tylko zdziczenie obyczajów, to niebezpieczny zalążek religijnego fanatyzmu. A czym skutkuje religijny fanatyzm? Wystarczy zobaczyć, co islamscy fanatycy robią z katolikami w Syrii.

W roku 1987, w Wenecji, dwóch Francuzów, dowiedziawszy się, że jestem Polakiem, zaczęło przedrzeźniać Jana Pawła II. Miałem się  z nimi bić? Uznałem, że gdyby Bóg tak straszliwie przejął się ich głupotą, to zdmuchnąłby ich do kanału. Jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że rozliczy ich w swoim czasie. Spojrzałem na młodzieńców z politowaniem i odszedłem.

Dlatego nie rozumiem histerii niektórych mediów zwących się katolickimi, które zamiast dawać świadectwo miłości bliźniego, zamiast przekładać mądrość Ewangelii na realia XXI wieku, dopuszczają się – w dobrej wierze – fałszowania rzeczywistości. To są media bardzo słabej wiary, które nam, katolikom, robią wiele złego, a równocześnie nie dopuszczają do dialogu. Wielokrotnie tego doświadczyłem.

Czy studia dziennikarskie nie są tylko wytwórnią edytorów tekstu? Dziennikarze współtworzący historię tej profesji mieli często specjalistyczną wiedzę z jakiejś innej dziedziny…

To zależy od podejścia. Na uczelniach uczy się często dziennikarstwa jako dziedziny kultury (np. na Uniwersytecie w Katowicach kierunek ten jest na wydziale kulturoznawstwa), a nie zawodu. Ponadto studentów dziennikarstwa uczą często doktoranci, ludzie, którzy mają wiedzę teoretyczną, ale nie mają doświadczenia życiowego ani zawodowego. A prawdziwego dziennikarstwa nie da się nauczyć z książek. Ja na konkretnych przykładach uczę, jak ludzie starają się wykorzystywać dziennikarzy do własnego celu, jakich pułapek się wystrzegać, jakie są skutki braku dystansu do sprawy i jak może skutkować przekraczanie granic wolności słowa. 
 

Zapytaliśmy Pana o wojnę w społeczeństwie – między ludźmi. Jednak nie można nie zadać pytania o wojnę prawdziwą, jak np. tę z Irakiem w 2003 r. Wiadomo nam dziś, że zachodni dziennikarze dopuścili się wielu nadużyć zarówno w sprawie usprawiedliwiania wojny, jak i jej relacjonowania. Czym da się wytłumaczyć takie zachowanie? Kraje zachodnie, to rozwinięte i dojrzałe demokracje. Jeśli tak, to chyba coś jest nie tak albo z mediami, albo z demokracją, a może z jednym i z drugim?

To dobra puenta naszej rozmowy. Powiem krótko. Na pewnej naukowej konferencji jeden z uczestników przedstawił referat na temat języka wojny. Cytował wiele różnych przykładów, które odpowiadają na pytanie o patriotyzm, o manipulację, o etykę, o role dziennikarza w kreacji rzeczywistości. Szczególnie spodobał mi się jeden przykład: jeśli podczas przesłuchania naszego jeńca wróg razi go prądem lub go podtapia, są to tortury; jeśli to nasi żołnierze podczas przesłuchania wroga rażą go prądem lub podtapiają, wówczas nazywa to się alternatywnymi sposobami przesłuchania.


Rozmawiali: Aleksandra Solarewicz i Mariusz Matuszewski

 

Redakcja nie identyfikuje się z niektórymi poglądami Rozmówcy.


 

Biogram

Marian Maciejewski, ur. 1955. Dr n. humanistycznych (doktorat z języka mediów i języka prawa), wykładowca na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarz. Debiutował w roku 1974 w radiowej audycji „Studio 202”. W roku 1990 współtworzył wrocławski oddział „Gazety Wyborczej”, w której pracował prawie 17 lat jako reporter, redaktor, szef działu kryminalnego. Obecnie współpracuje z miesięcznikiem „Press”. Od 2004 roku w zarządzie Oddziału Dolnośląskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, członek Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej.

Publikacje i osiągnięcia:


Nominowany do nagrody „Grand Press” (2004) w kategorii dziennikarstwo śledcze za cykl publikacji o przestępstwach we wrocławskim sądownictwie. Autor książki "Kulisy dziennikarstwa, czyli granice wolności kija" (wyd. Prószyński i Spółka, Warszawa 2009 r.).
  
Przyczynił się do zmiany interpretacji art. 213 Kodeksu karnego. 12 maja 2008 roku Trybunał Konstytucyjny przychylił się do wniosku Mariana Maciejewskiego i uznał, że dziennikarz ujawniający faktyczne nieprawidłowości w działaniach funkcjonariuszy publicznych nie powinien dodatkowo udowadniać, że ujawnienie to zgodne jest z interesem społecznym.
  
Wygrany przez Mariana Maciejewskiego proces cywilny z prezesem Sądu Rejonowego Wrocław Krzyki zainspirował Agnieszkę Kwasigroch i Edwarda Mikołajczyka do napisania książki „Czy wolno” – która – jak napisali we wstępie – ma pomagać dziennikarzom w omijaniu raf, unikaniu niepotrzebnego ryzyka w tym zawodzie oraz sprawnym dochodzeniu swego przed sądem.

Marian Maciejewski wygrał proces z wrocławskimi sędziami w Trybunale Europejskim w Strasburgu (wyrok zapadł 13 stycznia 2015). Trybunał podkreślił, że dziennikarz działał w interesie społecznym, a sąd, karząc go grzywną za ujawnienie przestępstw popełnionych we wrocławskim sądownictwie, naruszył jego prawo do swobody wypowiedzi.

Kategoria: Aleksandra Solarewicz, Mariusz Matuszewski, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *