banner ad

Wrocław — miasto spotkań czy skansen Polski Ludowej?

| 24 czerwca 2013 | 1 Komentarz

kelogoSzanowni Czytelnicy,

Jednym z wydarzeń, które zdominowały ostatnio debatę publiczną w Polsce, jest sprawa protestu przeciw wystąpieniu na Uniwersytecie Wrocławskim prof. Zygmunta Baumana. Poniżej prezentujemy oswiadczenie, którego tresć oddaje naszą ocenę sytuacji w sposób na tyle precyzyjny, że pozwalamy sobie nie dublować go własnym. W naszym przekonaniu Uniwersytet powinien być forum debaty, niestety dawno przestał pełnić tę rolę stając się jedną z aren walki ideologicznej – zgodnie z zaprezentowaną przez Gramsciego koncepcją marszu rewolucji przez instytucje. Na uniwersytetach w Polsce pielęgnuje się nadal styl postępowania, jaki wynika z komunistycznej przeszłości kraju i uwikłania w nią wielu luminarzy współczesnej nauki. Myślenie noszące cechy niezależności nie jest tu mile widziane. Jakkolwiek akcja nacjonalistów we Wrocławiu nie była wzorem do naśladowania w zakresie kultury debaty, to warto zauważyć, że idealnie wpisuje się ona w model uniwersytetu, który wypracowała lewica, dążąca do objęcia niczym nieograniczonego rządu dusz i wyrugowania debaty niezgodnej z własnym światopoglądem wbrew opinii jej oponentów.

 

Treść oświadczenia:

Pan Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, po raz kolejny zhańbił sprawowany urząd, ponownie honorując w roli gospodarza miasta człowieka biorącego czynny udział w zaprowadzaniu na ziemiach polskich okupacji komunistycznej, skompromitowanego służbą w wojskach Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRS (NKWD) i w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a także działalnością agenturalną na rzecz Informacji Wojskowej. W 2013 roku, również dzięki uznaniu ze strony prezydenta Wrocławia, prof. Zygmunt Bauman, będący idealnym przykładem biografii „utrwalacza władzy ludowej”, traktowany jest jak mędrzec wyłączony spod wszelkiej krytyki. Wydarzenia, do których 22 czerwca doszło na terenie Uniwersytetu Wrocławskiego, są znakomitym, choć przygnębiającym dowodem na instytucjonalną i mentalną ciągłość między Polską Rzeczpospolitą Ludową a Rzeczpospolitą Polską. Zamiast Wolnej Polski, o którą pan Dutkiewicz podobno walczył, w takich chwilach dostrzegamy odrażające oblicze Drugiej PRL.

Pan Dutkiewicz — niestroniący od wizerunku „konserwatysty” — już niejednokrotnie dawał wyraz swojej wrogości wobec tych sił politycznych, które bronią pewnej idei Polski. W ostatnich miesiącach deklarował m.in. marnowanie pieniędzy podatników na tzw. walkę z rasizmem (czyli — nazwijmy to wprost — ukryte pod pozorem „działań edukacyjnych” promowanie skrajnej lewicy), w roku 2008 podległy mu urzędnik nielegalnie rozwiązał przygotowującą się do przemarszu demonstrację ku czci ofiar Zbrodni Katyńskiej, a 11 listopada 2010 r. pan Dutkiewicz wziął udział w akcji zagłuszania setkami gwizdków marszu patriotycznego, zmierzającego w stronę pomnika króla Bolesława Chrobrego (lokalne media informowały o biernym udziale: był w grupie zagłuszających, choć sam nie gwizdał). Nie dziwi już zatem niedawny udział pana Dutkiewicza w warszawskiej debacie poświęconej całkiem poważnym rozważaniom, czy odradzanie się polskiej tożsamości narodowej w czasach, kiedy Polska jest prowincją Unii Europejskiej, jest równoznaczne z groźbą pojawienia się „faszyzmu”.

Mimo wieloletniej tresury umysłów jeszcze nie wszyscy Polacy są przekonani do stwierdzenia, że poczuwanie się do obowiązków polskich jest co najmniej bliskie faszyzmowi. Dlatego mimo wszystkich różnic ideowych i programowych, jakie dzielą nas od Narodowego Odrodzenia Polski, musimy z uznaniem przyjąć protest działaczy i sympatyków tej partii. Protest, co warto podkreślić, zorganizowany bez użycia jakichkolwiek form przemocy, lecz spacyfikowany przy udziale policyjnych jednostek antyterrorystycznych, które młodych ludzi przypominających o zbrodniach komunistycznych zmusiły do opuszczenia terenu Uniwersytetu.

W pamięć mieszkańców Wrocławia powinny zapaść słowa pana Dutkiewicza o tym, że żałuje, iż nie ma do dyspozycji własnych jednostek policyjnych. Słuszniej zapewne byłoby nazwać je bojówkami partyjnymi… Według relacji „Gazety Wyborczej” prezydent obrażał też wrocławian słowami: Nie będę tolerował nacjonalistycznej hołoty w moim mieście, a także — w apelu do ministra spraw wewnętrznych — zapowiedział dalsze represje wymierzone w narodową opozycję. Pan Dutkiewicz zapomniał widocznie, że jest wyłącznie urzędnikiem wynajętym przez obywateli do wypełniania określonej funkcji w lokalnym samorządzie, a nie właścicielem Wrocławia, który miałby nadzorować polityczną poprawność mieszkańców.

Podnieść należy, że — nadal cytujemy „Gazetę Wyborczą” — Wydarzeniami, do jakich doszło, zaskoczony jest całkowicie Marek Bojarski, rektor Uniwersytetu Wrocławskiego. O sprawie dowiedział się od nas podczas powrotu do Wrocławia z zagranicznej podróży. Kto zatem zdecydował o naruszeniu autonomii Uniwersytetu i wprowadzeniu do budynku uczelni policjantów uzbrojonych w rozpylacze gazu i broń gładkolufową, a także nieumundurowanej agentury? W artykule „Gazety Wyborczej” wspomina się o działaniach podjętych na życzenie lidera Sojuszu Lewicy Demokratycznej, pana Leszka Millera, który nalegał na odpowiednie potraktowanie wydarzenia. Kto jeszcze jest personalnie odpowiedzialny za zaistniały skandal, który przypomina najgorsze praktyki rzekomo minionego systemu?

Od ponad dwóch dekad media głównego nurtu nieustannie podkreślają „narastanie brunatnego zagrożenia”. Warto dostrzec interesującą analogię — im dłużej trwa toczona na wszystkich frontach tzw. walka z faszyzmem, rasizmem, nacjonalizmem i antysemityzmem oraz wszelkimi przejawami nietolerancji, dyskryminacji, nienawiści i wykluczenia, tym „zagrożenie” staje się coraz większe, „brunatny cień” nad Polską gęstnieje.

W październiku 1995 roku w imię postępu i tolerancji, bez żadnej reakcji ze strony policji, na terenie Uniwersytetu Warszawskiego reprezentanci lewicy bili słuchaczy i zniszczyli mienie Wydziału Filozofii, aby tylko nie dopuścić do wykładu francuskiego filologa i polityka, profesora Brunona Gollnischa. Wówczas był to odosobniony incydent. Obecnie dostrzegamy problem instytucjonalny: w 2013 r. osoby kojarzone z szeroko rozumianym polskim obozem narodowym rugowane są z przestrzeni akademickiej, pozbawiane prawa głosu lub nękane donosami (on myśli inaczej!). W czerwcu 1989 r. podobno skończył się w Polsce komunizm, ale poglądy i wypowiedzi antykomunistyczne wciąż stać się mogą przyczyną wielu poważnych kłopotów. Dziś to postmodernizm jest nowym opakowaniem starych komunistycznych treści, można zatem pokusić się o parafrazę najbardziej znanego chyba cytatu Filipa K. Dicka i stwierdzić: Imperium sowieckie wcale się nie rozpadło.

dr hab. Jacek Bartyzel, prof. UMK

przewodniczący honorowy Klubu Konserwatywnego w Łodzi

Grzegorz Braun

reżyser

Robert Maurer

członek Oddziału Wrocławskiego Kongresu Nowej Prawicy

Adrian Nikiel

prezes Organizacji Monarchistów Polskich

 

http://www.legitymizm.org/wroclaw-miasto-spotkan

Kategoria: Wiadomości

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Antoine Ratnik napisał(a):

    Tekst rzeczywiscie swietny. Ale to co mnie szokuje, to trwalosc mentalnosci uksztaltowanej w latach 1968 -1980 wsrod obecnej krajowej inteligencji laickiej, ktora wlasciwie nie zrobila zadnego wysilku intelektualnego od 1989 roku i nie ma nic lepszego do roboty, niz zapraszac rozne mainstreamowe postaci. A tylu innych mozna by przeciez prosic o zabranie glosu .Gdyby sie oczywiscie samemu nie bylo lewakami, no a oni nimi sa. „Oni”, to znaczy trzon krajowej inteligencji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *