banner ad

Witczak: Ruusbroec i herezje

| 31 stycznia 2019 | 0 Komentarzy

 I sometimes feel I have wasted most of my life chewing on shadows; but this was all part of a process, that long road which leads to clarity and faith.

(David Tibet)

 

Przeżuwając cienie – nieco karkołomna fraza, w każdym razie w języku polskim, niemniej łatwo można się domyślić, co miał na myśli artysta, którego zacytowaliśmy. Co prawda niekoniecznie podzielamy jego przeświadczenie, iż faktycznie dotarł do "jasności i wiary" (z różnych powodów skłonni byliśmy w to wątpić i wtedy, gdy to pisał – i teraz, po bez mała piętnastu latach), ale sama refleksja warta jest przywołania.

Istotnie: życie duchowe, pojęte możliwie szeroko (w sposób, który umożliwia nam niejako równoczesne mówienie o teologii, metafizyce i mistyce) pełne jest fałszywych drogowskazów i ścieżek wiodących na manowce. Pół biedy, gdy błąd został nazwany i sklasyfikowany, opatrzony etykietą, gdy dobrano do niego odpowiedni "-izm" (jak np. patrypasjanizm, tak podziwiany przez cytowanego p. Buntinga). Znacznie gorzej, gdy fałsz pojawia się niepostrzeżenie – nie w formie precyzyjnej deklaracji lecz jako coś z kategorii "posmaku", "atmosfery" czy "nastawienia". Niełatwo go wówczas zauważyć, a jeżeli nawet się to uda, to i tak długo jeszcze będzie uciekał przed krytyką, chroniąc się w bezpiecznym obszarze niedookreśleń i wieloznaczności. Tak przecież było z modernizmem katolickim. Z jednej strony został on opisany i przedyskutowany przez apologetów katolickich, z drugiej jednak trudno byłoby znaleźć kogoś, kto wprost podpisałby się pod wszystkimi potępionymi tezami, a tym bardziej utożsamił się z etykietą "modernizmu".

Duchowa wędrówka jest trudna przede wszystkim ze względu na ową niedoskonałość naszego języka. Po pierwsze, trudno nam dobrze zrozumieć i zapamiętać nasze myśli, przeżycia i odczucia. Po drugie, jeszcze trudniej jest je wyrazić słowami. Po trzecie, dochodzi do tego kwestia interpretacji, jaką przyjmie odbiorca.

W dociekaniach na temat Absolutu, Boga czy Ostatecznej Rzeczywistości częste są zboczenia ze ścieżki ortodoksji w kierunku pociągających alternatyw: takich jak np. panteizm, immoralizm czy gnostycyzm (w sensie zbliżonym do tego, który cechował owe pamiętne sekty z późnej starożytności tudzież schyłku średniowiecza, vide katarzy). Dla przykładu, wielu mistyków (chrześcijańskich i np. islamskich) pisało o "zjednoczeniu z Bogiem", "byciu w Bogu", "przebóstwieniu człowieka" tudzież o tym, iż de facto istnieje tylko Bóg. A jednak nie wynika z tego, iż byli monistami i panteistami, iż uważali pojedynczą ludzką egzystencję za fikcyjną w każdym sensie albo że zbawienie postrzegali jako zanik jednostkowej świadomości czy uświadomienie sobie własnej boskości. Bynajmniej: problem jednak leżał w bardzo subtelnych rozróżnieniach ontologicznych. Na przykład jeśli przez "autentyczne" czy "realne" istnienie rozumieć istnienie nieuwarunkowane, to rzeczywiście można je przypisać jedynie Bogu – i w ten sposób świat stworzony to jedynie maya, złudzenie, rzecz do zdmuchnięcia przez Boga w ułamku sekundy. Na tej zasadzie biskup Kallistos Ware, duchowny schizmy wschodniej, mógł napisać, iż "Bóg jest ponad i poza wszystkimi rzeczami, wszelako jako stwórca jest również we wszystkich rzeczach" – i nazwać to panenteizmemi. Czy jednak znaczy to, że świat jest boski? Otóż filozoficzna myśl chrześcijaństwa zachodniego wytworzyła (na bazie Arystotelesa i Tomasza z Akwinu) rozbudowaną terminologię do opisania tego rodzaju zależności: mówi się o formie, o substancji, o różnych kategoriach przyczynii. Tego rodzaju ścisłość nie zawsze jest obecna w innych systemach filozoficznych. Z tego powodu ks. Rama Coomaraswamy może mówić (powołując się na swego ojca, Anandę), że creatio ex nihilo w katolicyzmie i stworzenie jako manifestacja Boga u hinduistów to jedno i to samoiii, ale inni badacze mogą mieć inne zdanie na ten temat:

Z nauki upaniszad wynikałoby, że brahman jest nie tylko przyczyną sprawczą, ale także przyczyną substancjalną, materialną świata; te dwie przyczynowości zdają się razem zlewać w brahmanie. Tak przynajmniej rozumie przyczynowość upaniszad wedanta: brahman jest przyczyną sprawczą (nimitta karana) i przyczyną substancjalną, materialną (upadana karana świata. Według św. Tomasza Bóg jest przyczyną sprawczą (causa efficiens) świata, przyczyną celową (causa finalis) i przyczyną-wzorem (causa exemplaris). Ale według św. Tomasza nie można pojmować i mówić, że Bóg jest przyczyną materialną (causa materialis) świata. (…) Bóg według św. Tomasza jest we wszystkich rzeczach nie jako część ich istoty (…)

(ks. Franciszek Tokarz, "Byt absolutny w upaniszadach i u św. Tomasza z Akwinu", w: "Z filozofii indyjskiej. Kwestie wybrane", Wyd. Towarzystwa Naukowego KUL 1974, str. 64 – 65).

Do podobnych niejasności może prowadzić rozważanie zagadnień grzechu i wartości moralnej uczynków, jeśli się pochopnie będzie interpretować takie fragmenty biblijne jak "Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym" (Mk 7, 15). Do tego jeszcze wrócimy.

Kiedy czytamy uwagi Jana Ruusbroeca o "fałszywej miłości", wyrażającej się w "czterech kacerstwach", uderzyć powinno nas to, iż autor pisze o zjawiskach, które i dziś często występują, zwłaszcza w new age oraz różnych, niekiedy nawet dość wysublimowanych, formach okultyzmu czy ezoteryzmu (albo też – pseudoezoteryzmu, jak powiedzieliby obrońcy dobrego czy właściwego znaczenia słowa "ezoteryzm"). A przecież materiał ów pochodzi z XIV wieku – i mimo to jest zdumiewająco aktualny. Nie jest to jednak aż tak dziwne: pewne motywy przeplatają się w myśli człowieka od wieków, od zarania. W dodatku fałszywą i prawdziwą gnozę dzieli może przepaść głęboka – ale na swój sposób wąska. Paradoksalnie może być i tak (niech wrażliwy czytelnik wybaczy nam ten przykład), że tradycyjnie nastawiony katolik, zarazem zainteresowany metafizyką i mistyką, nieoczekiwanie zauważy pewną pozornę wspólnotę ducha z teistycznym satanistą, rozprawiającym na temat wyzwolenia duchowego, zjednoczenia z Absolutem czy niewystarczalności światowego materializmu. Zresztą, ta wspólnota może być prawdziwa w tym sensie, że obaj szczerze poszukują (cóż, rzadko kiedy sataniści są aż tak źli, jak sami chcieliby być…) – ale w ostatecznym rozrachunku ich doktryny są różne. Obaj ubliżają światu: ale dla chrześcijanina ów świat to grzech i pycha człowieka, dla satanisty to stworzenie samo w sobieiv, grzech to raczej furtka ucieczki z tej przykrej kondycji. Te subtelne, ale głębokie różnice dobrze podsumował Serafim Rose w swoim "Nihilizmie"v, nie będziemy więc rozwijać tu owego zagadnienia.

Jan Ruusbroec był autorem ortodoksyjnym, ale w jego czasach zarówno na obrzeżach katolicyzmu, jak i w jego sercu rozwijały się owe herezje niejasnego typu, o których wspominaliśmy na początku. Niekoniecznie były to jawnie wyrażone punkty doktrynalne. Częściej chodziło o nieformalne ruchy (trzy wieki później czymś takim była grupa alumbrados w Hiszpanii) czy wręcz o pojedyncze osoby, realizujące pewną indywidualną praktykę. Ich błędy zasadniczo sprowadzały się do zagadnień zasygnalizowanych wyżej: do panteizmu, błędnego pojmowania deifikacji człowieka, do pychy owocującej immoralizmem, usprawiedliwianym przez rzekome dostąpienie wyzwalającego poznania, do samowolnego zastępowania łaski siłami naturalnymi i do mylenia (w związku z tym) poziomu psychofizycznego z duchowym.

Oto ogólny obraz tego typu "kacerstwa" według Ruusbroeca:

Można spotkać przewrotnych, błądzących ludzi, którzy ani nie kontemplują, ani nie prowadzą czynnego życia, zdaje im się jednak, że są najmądrzejsi i najświętsi na całym świecie. To ci, którzy są wolni od obrazów, ale w ramach natury; bez łaski i cnoty, skupiają się ponad rozumem w swej istocie, gdzie znajdująciszę, spoczynek i wolną od obrazów nagość. To szczyt tego, do czego może dojść natura bez łaski i cnoty. Oni nie są ochrzczeni w Duchu Pana i w prawdziwej miłości, nie mogą więc ani Boga widzieć, ani znaleźć Jego królestwa w swej istocie. Znajdują tylko własną istotę wolną od obrazów ciszę i spokój, a zdaje się im, że mają wieczne szczęście.

(Jan Ruusbroec, "Dwanaście beginek", cz. II: "Fałszywa i prawdziwa miłość", w: "Dzieła. Tom IV", Wydawnictwo Karmelitów Bosych 2006, str. 36; dalsze cytaty z Ruusbroeca pochodzić będą z tego samego źródła)

Błąd opisany przez Ruusbroeca jest typowy szczególnie w czasach współczesnych: niektórzy bowiem nie tylko go popełniają, ale nawet robią to poniekąd świadomie. Czasy materializmu, scjentyzmu, sceptycyzmu i nominalizmu skłaniają takie osoby do uważania sfery duchowej albo za użyteczną metaforę czy poetycki frazes, albo za jakiś obszar "eteryczny", ale jednak namacalny i mierzalny. Stąd przeświadczenie, że w praktykach takich jak hezychazm, dhikr, zazen, nembutsu czy jogavi chodzi po prostu o osiągnięcie pewnej doskonałości fizycznej i równowagi psychicznej; a przynajmniej: że można i należy te praktyki tak postrzegać. Są więc tacy, którzy zgoła demonstracyjnie podkreślają, iż nie odwołują się do żadnej autentycznej transcendencji, tym bardziej zaś do osobowego i odrębnego Boga, szczególnie takiego, który żądałby pokuty, pokory czy przylgnięcia doń z ufnością.

Mniej więcej o tym – aczkolwiek mając na myśli nie tylko konkretne praktyki medytacyjne, lecz również całościowy pogląd – pisze Mieczysław Gogacz:

Czymś zupełnie błędnym na tym tle musi się okazać stanowisko, według którego człowiek sam – nie przez podjęcie życzeń Bożych przyjmowanych dla ich sensowności (wiara naturalna) lub dla prawdomówności Boga (wiara nadnaturalna) – lecz w oparciu o własne filozoficzne poznanie może wkraczać w nadnaturalną rzeczywistość Boga. To stanowisko nazywa się gnozą. (…) Gnoza nie jest religią nadnaturalną ani nawet naturalną, ponieważ nie bierze pod uwagę objawionych życzeń Boga. Jest jednak czymś w rodzaju niby religii, ponieważ polega na zaprojektowaniu przez człowieka relacji z Bogiem. Sami określamy nasze oczekiwania, nasze drogi wkroczenia w wewnętrzne życie Boga, formy wyrażania mu czci. Przypisuje się więc w gnozie moc nadprzyrodzoną ludzkim decyzjom, mającym źródło w woli człowieka i w jego intelekcie.

(Mieczysław Gogacz, "Ważniejsze zagadnienia metafizyki", Lublin 1973, str. 17)

Oczywiście można spierać się o to, czy słusznie prof. Gogacz nazywa taką postawę "gnozą", bo przecież terminu tego na określenie samego chrześcijaństwa używali niektórzy jak najbardziej prawowierni autorzy z pierwszych stuleci Kościoła – ale to drugorzędne. Dla porządku możemy przecież zawsze przyjąć rozróżnienie pomiędzy "dobrą" i "złą" gnozą (bo po co tracić tak sympatyczne słowo, oznaczające wszak wiedzę) – i założyć, że Gogacz (oraz Ruusbroec) mówią o tej złej.

Większym dramatem jest jednak sytuacja, w której owo poleganie li tylko na własnych zdolnościach kontrolowania psychiki i cielesności nie jest z góry założone, ale raczej dokonuje się w praktyce, podczas gdy we własnym, subiektywnym mniemaniu adept kroczy ścieżką Bożą. Naturalnie to znacznie trudniejsze do sprawdzenia: można kogoś oskarżyć niepotrzebnie, a zarazem ten ktoś, aby ów zarzut sfalsyfikować, musiałby mocno i szczerze wniknąć we własne sumienie. Zapytać się: czy rzeczywiście uskuteczniam świętość? Czy przypadkiem nie jest tak, że jedynie dywaguję na temat abstrakcyjnych koncepcji metafizycznych, uzupełniając to godzinami spędzonymi na ćwiczeniach oddechu i powtarzaniu mantr, podczas gdy faktycznie przepełnia mnie pycha wraz z innymi grzechami?

Ruusbroec idzie nam z pomocą i rozróżnia cztery główne przejawy tej fałszywej drogi. Pierwszy wygląda tak:

Oni mówią, że są istotą Boga, nad boskimi Osobami i że są tak bierni, jak gdyby ich wcale nie było. Istota bowiem Boża nie działa, lecz Duch Święty działa. Im się zdaje, że są nad Duchem Świętym i że nie potrzebują Go ani Jego łaski. Mówią, że żadne stworzenie, ani sam Bóg nie mogą im niczego dać ani zabrać. Niektórzy mówią, że ich dusze zostały stworzone z substancji Boga, że kiedy umrą, będą tym, czym byli przedtem – podobnie jak czerpie się garnkiem wodę ze źródła: gdy się ją znów wleje, jest to samo, co przedtem było.

Mamy tu zatem błąd panteizmu albo panenteizmu (definiowanego nie tak przyjaźnie dla nas jak u bp Ware). "Ich dusze zostały stworzone z substancji Boga" – a więc w zasadzie ludzie ci Bogiem (tak uważają). O tym problemie pisał ks. Rama Coomaraswamy:

To prowadzi nas do tematu modlitwy. New-agersi nie modlą się, bo nie można modlić się do samego siebie, a jedynie do transcendentnego Boga. Otóż nawet Sankaracharya, najbardziej "absolutny" ze wszystkich adwaistów, pisywał hymny ku chwale Bożej.

Bazując na tym podstawowym błędzie, nasz new-age'owy adwersarz zmuszony jest zadeklarować, że człowiek jako taki (qua man) jest Bogiem. Kto neguje transcendencję Boga, ten uznaje własną boskość. Jak to ujął Karol Marks – "odrzucenie Boga jest afirmacją człowieka". Przybiera to różne formy – jedną z najbardziej klasycznych jest deklaracja, iż człowiek sam stanowi źródło prawdy, a jego godność wypływa z tej właśnie cechy. Inna wersja jest taka, że człowiek sam w sobie jest przez cały czas zjednoczony z Bogiem – i przez to zbawiony, cokolwiek miałoby oznaczać "bycie zbawionym" w takim sensie. Swami Muktananda, który wywarł wielki wpływ na Wernera Erharda, twórcę Est (obecnie Forum), wprost pisze: "Klękaj przed samym sobą. Czcij i uwielbiaj swe własne istnienie. Bóg mieszka w Tobie jako Ty".

(Rama Coomaraswamy, "The Desacralization of Hinduism for Western Consumption", http://www.religioperennis.org/documents/rcoomaraswy/HINDU.PDF)

Dalej rzecze Ruusbroec:

(…) Dlatego nie chcą ani wiedzieć, ani poznawać, ani miłować, ani dziękować czy chwalić, ani pragnąć, ani mieć. Chcą być nad Bogiem i bez Boga, nigdzie nie szukać Boga ani Go znaleźć i chcą mieć spokój od wszelkiej cnoty. Nazywają to doskonałym ubóstwem ducha. (…) Takiego jednak ubóstwa nie znajdziemy w niebie ani u Boga, ani u święych, ani u aniołów, ani u dobrych ludzi na całym świecie, a to dlatego, że jest to diabelskie i piekielne ubóstwo.

Zaiste, ta postawa przypomina nam deklaracje p. Danielssona z grupy muzycznej Watain, cytowanego w jednym z przypisów. Jest to de facto próba zanegowania stworzeniavii.

Trudno powiedzieć, czy owe "cztery rodzaje" (kacerstwa), opisywane przez Ruusbroeca są naprawdę od siebie różne. Raczej przeplatają się ze sobą i ewentualnie inaczej akcentują niektóre wątki. Albo też: kolejno zawierają się w sobie. Mamy bowiem kacerstwa: przeciw Duchowi Świętemu (już opisane), przeciw Bogu Ojcu, przeciw Jezusowi Chrystusowi oraz czwarte, "obejmujące wszystkie inne". Rodzaj drugi wygląda w każdym razie tak:

(…) To ci, którym się zdaje, że są z natury Bogiem. Każdy z tych przeklętych mówi: "Gdy stałem na swoim podłożu w mej wiecznej istocie, nie miałem żadnego Boga, lecz byłem tym, czym chciałem, i czym chciałem, tym byłem. Z własnej woli stałem się i wyszedłem; gdybym chciał, ani ja, ani żadne stworzenie by się nie stało. Bóg bowiem nic nie wie, ani nie chce, i niczego nie może beze mnie. Wraz z Bogiem stworzyłem siebie i wszystko, i od mojej ręki zależy niebo, ziemia i wszystkie stworzenia. Cała cześć oddawana Bogu, mniej jest oddawana. Ja bowiem w swej istocie jestem z natury Bogiem. Nie mam nadziei ani miłości, ani wiary, ani zaufania do Boga, nie proszę i nie uwielbiam. Nie czczę Boga i nie stawiam go wyżej od siebie. W Bogu nie ma żadnej różnicy: ani Ojca, ani Syna, ani Ducha Świętego, jest tylko jeden Bóg, a wraz z nim ja jestem jeden i ten sam jeden, co on.

Trzecia faza fałszywej gnozy może zostać scharakteryzowana jak poniżej:

Ja jestem tym samym, pod każdym względem, bez żadnego wyjątku [co Chrystus]. (…) Jestem bowiem wiecznym życiem i wieczną mądrością, zrodzony z Ojca co do boskiej natury, taki sam jak On. Urodziłem się, jak On w czasie, co do ludzkiej natury, jestem więc jednym z Nim, Bogiem i człowiekiem pod każdym względem i bez żadnego wyjątku. Wszystko bowiem, co Jemu dał Bóg, dał mnie razem z Nim i nie mniej niż Jemu.

Swoją drogą, trudno oprzeć się wrażeniu, że Ruusbroec w tych fragmentach (i innych, których akurat nie cytujemy) czyni wyraźne aluzje do mistyki Mistrza Eckharta, który celował w takich kontrowersyjnych stwierdzeniach. Poza ramy tego opracowania wykraczałoby rozwijanie tego wątkuviii. Trzeba w każdym razie pamiętać, że co prawda niektóre tezy Mistrza (albo też jemu przypisywane) zostały potępione: ale tylko niektóre. Tak czy inaczej, Ruusbroec przeciwstawia referowanym przez siebie poglądom naukę ortodoksyjną:

To jest naszą wspólną wiarą o początku świata, że Bóg stworzył aniołów i wszystkie stworzenia, że nie uczyniliśmy siebie sami. (…) Posłuchaj więc i zastanów się, nierozumny, zaślepiony, niewierzący człowieku: to bardzo dziwne, że jesteś tak głupi i ciemny, by uważać, że z natury jesteś Synem Bożym. Nasz niebieski Ojciec wiecznie rodzi swego Syna z Siebie samego, drugą Osobę boskiej natury, przez którego Syna, który jest Jego Mądrością, utworzył i uczynił z niczego niebo i ziemię, i wszystkie stworzenia. Nie pytał przy tym ciebie o radę, gdyż cię wtedy nie było, a gdybyś nawet by, nie potrzebowałby cię. (…) Choć Bóg żyje we wszystkich stworzeniach, a wszystkie stworzenia w Bogu, stworzenia jednak nie są Bogiem ani Bóg stworzeniami. Stworzone i nie stworzone pozostaną zawsze dwiema rzeczywistościami, niezmiernie odległymi od siebie.

Czwarty etap kacerstwa, w którym jeszcze silniej uwidaczniają się aluzje do Eckharta (albo do pewnej interpretacji jego nauk) zarysowany jest tak:

Przekraczają siebie samych i wszystko, co stworzone, Boga i bóstwo, i mówią, że "nie ma Boga", ale ich też nie ma, są niczym. Nie ma szczęśliwego ani nieszczęśliwego, działającego ani próżnującego, ani Boga, ani stworzenia, ani dobra, ani zła. Tak stracili swe stworzone bytowanie i stali się niczym, jak Bóg jest w ich pojęciu niczym.ix (…) To jest jawne kłamstwo. Jeśli bowiem niczym jesteś, to niczego nie szukasz i niczego nie znajdujesz. On jest bowiem żywym Zachowawcą wszystkiego, co stworzył, On żyje w nas, a my w Nim. (…) Wymaga od nas wiecznie żywych czynów, to jest, byśmy go wyznawali i miłowali, dziękowali Mu i chwalili Go.

Los tych, którzy w błędzie dotarli tak daleko, nie budzi zazdrości:

Nieposłuszni, gardzący Bożym nakazem i jego dziełami, przez pychę spadli z nieba w ciemne 'nic' grzechu i fałszywą bierność – już nigdy nie mogą poznać i miłować Boga, chwalić go i dziękować Mu, ani cnotliwie działać, gdyż 'nic' grzechu i fałszywa bierność stają między nimi a Bogiem, tak że nie mogą zjednoczyć się z nim.

Opis ten w pewnej mierze przypomina dramatyczne zakończenie "Nihilizmu" Serafima Rose'a, gdzie czytamy:

Nihilizm zostaje pokonany, nie tylko dlatego, że jego marzenie o raju skończyło się wiecznym nieszczęściem; gdyż szczery nihilista, w przeciwieństwie do anarchisty, jest za bardzo trzeźwy by móc wierzyć w jakiś raj, zbyt dużo w nim jest wściekłości i buntu by robić coś innego niż tylko burzyć i niszczyć ten raj, gdyby nawet miał on kiedyś zaistnieć. Nihilizm ponosi klęskę dlatego, że w piekle jego najgłębsze pragnienia: unicestwienie Boga, stworzenia i siebie samego, okazały się daremne.

Istnieje tu jednak zasadnicza różnica. Rose pisze o tych, których bunt i negacja były świadome, którzy nie próbowali wmawiać sobie, iż poprzez negację Boga zaczynają go naprawdę kochać albo wchodzą na Jego ścieżki. Tymczasem bohaterowie (albo też: antybohaterowie) Ruusbroeca to ci, którzy tkwią w złudzeniu, którzy cały czas sądzą, że ich postawa jest uprawnionym wnioskowaniem z tego, co naucza Kościół, że jest to co najwyżej pogłębienie owej nauki bądź też wydobycie na powierzchnię jej najbardziej ukrytych kryształów. A jednak nie: Ruusbroec w sposób dobitny i może prosty, ale poparty argumentacją, ukazuje ortodoksję i zaznacza punkty, w których prawowierność i herezja zaczynają kroczyć rozdzielnymi torami. Naszym celem nie było tu jednak przedstawianie owej apologii ortodoksji u cytowanego autora, a raczej naświetlenie tego, co pisał o błędach. Zapewniamy jednak czytelnika, że owa apologia znajduje się tam – a w dodatku rozwijana jest w kolejnych traktatach. O ile rozdział, który cytowaliśmy, to przede wszystkim obnażenie fałszu i jego krytyka, o tyle w następnych (jak " Cztery rodzaje miłości") mamy już wykład pozytywny.

 

Roch Witczak

 

ipor. https://www.goodreads.com/work/quotes/235081-the-orthodox-way

iiOdsyłamy tu np. do arcy-ciekawej pracy Edwarda Nieznańskiego "Sformalizowana ontologia orientacji klasycznej", Wydawnictwo UKSW 2007.

iiihttps://www.youtube.com/watch?v=SvkkJZQw334 – w piątej minucie.

ivStworzenie (akt stworzenia) – jak widzimy to my i Szatan – jest zbrodnią. Nie czymś pięknym. Jest czymś, co nie powinno się wydarzyć. Jest zakłóceniem naszej totalności, a uświadomienie sobie tego ustawia cię tam, gdzie Bóg Stwórca rzecz jasna staje się, w pewnym sensie, wrogiem. (Eric Danielsson, Watain, wywiad dla HM Magazine https://hmmagazine.com/feature/watain/)

vhttp://www.monasterujkowice.pl/books.php?b=16&c=5: Kończąc nasze rozważania o nihilizmie takim stwierdzeniem z pewnością narazimy się na zarzut, że owładnął nami nasz własny nihilizm; możemy spotkać się z argumentami, że nasze analizy są krańcowo "pesymistyczne". Kategorycznie odrzucając prawie wszystko, co współczesny człowiek uznaje za cenne i prawdziwe, zdajemy się być tak gruntowni w negacji jak najbardziej skrajni nihiliści. Rzeczywiście, chrześcijanin w pewnym sensie, w sensie zasadniczym, jest "nihilistą"; w końcu dla niego świat jest niczym a Bóg wszystkim. Jest to oczywiście dokładne przeciwieństwo nihilizmu, o którym do tej pory mówiliśmy, w którym Bóg jest niczym a świat jest wszystkim; jest to nihilizm, którzy wywodzi się z pustki otchłani, natomiast "nihilizm" chrześcijański pochodzi z bogactwa i obfitości. Prawdziwy nihilista pokłada swoją wiarę w rzeczach, które przemijają i kończą się nicością; jakikolwiek "optymizm" takiej postawy jest całkowicie daremny. Chrześcijanin wyrzekający się takich próżności pokłada wiarę w jedynej rzeczy, która nigdy nie przeminie, w Królestwie Bożym.

viNie twierdzimy, że wszystkie te praktyki są sobie równoważne, ani że wszystkie są godne polecenia: zwłaszcza katolikom.

viiTo, co robimy w Watain, w ogólności to, czym zajmuje się rock and roll, to dziurawienie stworzenia, aby siły pustki (próżni) mogły wniknąć i pochłonąć ludzi. (Eric Danielsson, Watain, wywiad dla HM Magazine)

viiiBadania porównawcze na ten temat są jednakowoż prowadzone, por. https://muse.jhu.edu/book/39255 oraz https://www.cambridge.org/core/journals/medieval-philosophy-and-theology/article/meister-eckhart-and-jan-van-ruusbroec-a-comparison/5B8A5A6D37B5BCAC10FCB87CCFCBB6AA

ixCenne w tym kontekście może być zapoznanie się z pracą Abe Masao "God, Emptiness and True Self": http://www.worldwisdom.com/uploads/pdfs/117.pdf. Autor, buddysta zen, prezentuje (naturalnie w bardziej subtelny sposób) postawę mniej więcej taką jak ludzie opisani przez Ruusbroeca, przy czym uważa, że akurat Eckhart aż tak daleko się nie posunął. Esej Abe Masao sugeruje niedwuznacznie, że buddyzm i chrześcijaństwo nie są tak blisko siebie, jak chcieliby wierzyć niektórzy. Z drugiej strony, nie jesteśmy w stanie ocenić, na ile myśl Masao jest reprezentatywna dla całego buddyzmu czy nawet dla gałęzi zen. 

Kategoria: Myśl, Publicystyka, Religia, Roch Witczak, Wiara

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *