banner ad

Wąs: Klęska realizmu politycznego

| 18 czerwca 2017 | 5 komentarzy

Wiele rozmawia się ostatnio w Polsce na temat tzw. realizmu politycznego, będącego bardzo często realizmem historycznym, czyli – jak to się zazwyczaj widzi – ocenianiem wydarzeń minionych bez sentymentów, uniesień, na chłodno, według klucza interesów, a nie wartości (czyli optyki dobra i zła). No i skoro o tym mówi się, to można mówić również indywidualnie; tak też postanowiłem (bo czemu nie?) powiedzieć na temat dwa słowa.

A zatem mnie się to widzi tak: że największym problemem realizmu politycznego (czy historycznego?) jest to, że jest nierealistyczny.

Bo co to właściwie oznacza? Oto mamy na przykład w Polsce debaty nad tym, jak powinna się była zachować Polska w roku 1939 i parę lat wcześniej, żeby wyjść na tym jak najlepiej. Szkoła realistyczna, na ile się orientuję, zazwyczaj utrzymuje w tym kontekście niezłomnie, że należało nie grać na dwóch wrogów, bo to była strategia „konika i szabelki” (jedno chyba z ulubionych naszych samoupokorzeń), tylko wejść w sojusz z Niemcami przeciw Sowietom i tak dalej, i tak dalej… Pozwolę sobie nie rozwijać, bo kto wie, o co chodzi, ten zrozumie, kto nie wie, temu nie wytłumaczę, a – jak przeczytałem kiedyś w jakimś średniowiecznym instruktażu dla artystów malarskich – „kto rozumie, temu mało słów potrzeba”.

Osobiście mam do „gdybologii” (zwanej czasem historią alternatywną, moim zdaniem błędnie; historia alternatywna wydaje mi się raczej określeniem na alternatywną wersję wydarzeń, przykładem mogłyby być tutaj wizje spiskowe) stosunek wściekły i jej zwyczajnie jej nie cierpię. Nigdy nie wiadomo, co by było gdyby i gadanie na ten temat nie ma najmniejszego sensu. Ilość czynników dziejotwórczych jest po prostu przeogromna, zbyt ogromna, żeby dało się ją ogarnąć umysłem (przecież już Arystoteles zauważał, że konkret jest w pewnym sensie nieskończony), a do tego dochodzi jeszcze coś takiego, jak zwykły przypadek; nie wiadomo, co by było, gdyby mi w ostatnie wakacje ktoś w karambolu w bok auta nie wjechał. Może lepiej – a może gorzej? Może gdybym mógł jeździć dalej, jeszcze cały sierpień, to rozwaliłbym się na drzewie i tyle by ze mnie zostało? Tak sobie można dywagować, i nic z tego nie wyjdzie; nie da się z tego wysnuć żadnych praktycznych wniosków, więc mniemam, że wypadałoby sobie dać spokój.

Powyższa kwestia interesuje mnie jednak z innej przyczyny; ponieważ skutecznie odsłania pewne założenia, powiedzmy, „egzystencjalne”, które stoją za koncepcją realistyczną.

A założenie podstawowe jest takie: że z każdej sytuacji życiowej można wyjść, tylko trzeba się postarać. Polska mogła uniknąć klęski wrześniowej, gdyby to i tamto. Polska mogła być mocarstwem, tylko trzeba było zrobić coś, a czegoś nie robić; powiedzieć takie słowa, a nie powiedzieć innych. Droga do zwycięstw i tryumfów stała otworem, ale przeszkadzała nam tępa duma (oczywiście warcholstwo), przesądy, ułańska fantazja, głupia niechęć do byłych państw zaborczych. Logicznie zatem: wszystkiego, co się stało, dało się uniknąć – to jest przyjmowane już w punkcie wyjścia; teraz tylko należy ustalić najlepsze sposoby, w jakie można to było zrobić. Dlatego też ów realizm sprowadza się w analizach historycznych właściwie do wypominania narodowi jego własnych błędów, co – podobno – stanowi właśnie najpewniejszy wyraz społecznej i politycznej dojrzałości.

No i teraz można sobie zadać pytanie: czy może być coś bardziej nierealistycznego?

Przecież nawet na tzw. „chłopski rozum” (u mnie innego chyba nie ma, kwestie rodzinne) można stwierdzić, że każdy dysponujący minimum doświadczenia życiowego wie, że to po prostu nieprawda. Że bywają takie sytuacje, z których wyjścia nie ma. W tradycji językowej polszczyzny nazywa się to „nieszczęściem” – i bardzo słusznie; bo są to wydarzenia losowe, na które człowiek nie ma wpływu. Jeżeli jednak chcielibyśmy posiłkować się źródłami, to jest ich pod dostatkiem. W tradycji pogańskiej wyrazicielem filozoficznym, ze skłonnością do pewnej przesady zresztą, tej świadomości byli choćby stoicy, z ideałem mędrca, znającego konieczność bytu i wyzwolonego z niej wyłącznie w tym sensie, że ją zna i zachowuje wobec niej spokój ducha. Są jednak przecież także i inne, zacniejsze jeszcze powagi w tym zakresie. I tak zapytać można na przykład, co miał zrobić Tobiasz, kiedy mu spadł na oczy ciepły gnój – albo Hiob, przy całej katastrofie, która go zmiażdżyła? Hiob to zresztą istotnie przykład znakomity, Ur-przykład, by tak rzec, ponieważ przyjaciele, którzy przyszli go podobno pocieszać, również byli „realistami”; i nie robili właściwie nic, poza wmawianiem mu, że sam jest sobie winny, bo na pewno zgrzeszył – i tym gorzej dla niego, że nie pamięta kiedy. Co ważne, gdy Bóg odpowiada Hiobowi z wichru, nie wspomina nic o podobnych pseudo-mądrościach; i najważniejszym chyba elementem tej księgi jest dokładnie to, że nigdy dostarcza ona żadnego wyjaśnienia.

Nie ośmielam się tutaj nawet wspomnieć o innym jeszcze człowieku z Biblii, który znalazł się w podobnych okolicznościach, i którego historia byłaby dla nas jeszcze bardziej pouczająca, bo konieczności, które go przygniotły, nie były natury fizycznej, ale moralnej. Jak mówię jednak, nic o nim nie powiem.

Jest to zatem długa i stara tradycja Zachodu (w wypadku Starego Testamentu to nawet i Wschodu, ale wiadomo, o co chodzi) – świadomość, że człowiek nie ma pełni kontroli nad życiem, i bywają takie wypadki, w których nie pozostaje mu nic innego, jak – po prostu – trwać, z godnością, z wiernością zasadom, jak na człowieka właśnie przystało; z pewnością szlachetnością ducha,  który boleje, ale nie szarpie się i nie gorączkuje, świadomy zagadki istnienia – i pewnego tragizmu, który jest faktem, być może zresztą najbardziej oczywistym ze wszystkich. Gigantyczną bolączką realizmu politycznego jest dokładnie to, że nie daje wobec takich sytuacji żadnej obrony. Człowiek przekonany o tym, że zawsze jakoś to będzie, że zawsze można znaleźć jakiejś wyjście, przed wszystkim się zabezpieczyć, ze wszystkim wygrać – w momencie istotnie tragicznym, w tzw. „sytuacji granicznej”, po prostu się rozpadnie na kawałki; i wbrew szumnym zapowiedziom, nie zaoferuje żadnej realnej recepty, żadnego racjonalnego modelu reagowania.

I w tym właśnie ponosi całkowitą klęskę; jest to klęska abstrakcyjna.

Oczywiście, wiąże się to z genezą samego tego podejścia; wspomniałem o Dmowskim – i to jest bardzo dobre exemplum (ja o nim tutaj, rzecz jasna, ledwie wspomnę, bo w ogóle nie jest zadaniem krótkiego felietonu cokolwiek wyczerpująco omawiać). Dmowski zaczynał z pozycji Europejczyka tryumfującego, zakochanego w tym, co nazywało się w świecie anglojęzycznym „epoką naukową” i przeświadczonego, że oświecenie postępuje i „maluczko jeszcze”, a uda się rozwiązać wszystkie problemy, ciemnota ustąpi przed światłem, barbarzyństwo przed cywilizacją, bieda przed bogactwem i tak dalej i tak dalej; stąd kult siły i pogarda dla słabości (zwłaszcza dla biednych Aborygenów, Bogu ducha winnych), fascynacja imperializmem, miłość ekspansji. Postęp jest religią faktów dokonanych – silny zwycięża, ponieważ ma prawo; a ma prawo, ponieważ zwycięża. I ja wiem, że Dmowski się potem nawrócił, że zmienił front, że istotnie zaczął ciążyć ku innemu myśleniu; niemniej, duch pozostaje w znacznej mierze ten sam – i w analizach historycznych różnych polskich tragedii jest to aż nadto widoczne. Jest to ten sam duch, który rządził Europą mniej więcej od początku XIX wieku, i który ekonomicznie wyraził się w kulcie maszyny, skuteczności, masowości, szybkiego bogacenia się, „sukcesu”. I nieodmiennie czuć w nim ten element osobliwego uproszczenia. Pamiętam, na przykład, jak Ludwig von Mises napisał w jednej książce (bodaj że to była „Wolność i własność”), że z początkami kapitalizmu „biedota po prostu zniknęła”. O, zniknęła, a jakże – i w więcej, niż jednym sensie. A ja nawet coś wiem na temat tego, jak.

Tak czy inaczej, wobec powyższego mniemam, że można sobie pozwolić na małe votum separatum. Bo istotnie, wydaje mi się, że roztrząsanie złożonych zagadnień historii narodów – chyba jeszcze bardziej niż jednostek – wymaga głębszej perspektywy. Tej należy oczywiście szukać na własną rękę i nie zamierzam tego nikomu ułatwiać, ani tym bardziej narzucać moich osobistych upodobań; zwłaszcza że zadanie jest cokolwiek przykre, bo wymaga gigantycznej pracy krytycznej – i sporej dawki tolerancji dla ludzkiej ułomności. Mniemam jednak, że pytania takie jak „któż jest Łazarzem między narodami” warte są Mszy (dziękczynnej naturalnie); a przecież nie zadał go nigdy żaden realista.

P.S.

„Wszystkoistów” śpieszę zapewnić, że nie neguję konieczności analizy własnych błędów i krytycznej nad nimi refleksji; chodzi mi tylko o sposób w jaki, i atmosferę w której, się to robi.

 

Maciej Wąs

 

 

 

Kategoria: Myśl, Polityka, Publicystyka

Komentarze (5)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Gierwazy napisał(a):

    Chyba najgorszy, a na pewno najgłupszy tekst, jaki kiedykolwiek tu czytałem. Szkoda, choćby i tego kilkuminutowego czasu na te jałowo-fatalistyczne osobiste wynurzenia Autora, pomieszane z "intelektualnymi" pytaniami egzystencjalnymi – np. "co miał zrobić Tobiasz, kiedy mu spadł na oczy ciepły gnój". Moja odpowiedź: udać się pod prysznic…

  2. Maciej Wąs napisał(a):

    1. Pytanie nie jest "egzystancjalne", tylko praktyczne.

    2. No i odpowiedź trochę od rzeczy, bo w tamtych czasach w Palestynie raczej nie było pryszniców. Zresztą, Pan zapewne nie wie, że chodzi o Palestynę, ani że to aluzja biblijna, no i chyba nie kojarzy dalszej części tej historii, więc moje gratulacje:D. Ale prawie że umie Pan czytać, a to dobry pierwszy krok.

  3. Gierwazy napisał(a):

    Bardzo się cieszę, że Pan odpowiedział, gdyż dowodzi to, iż niniejszy felieton nie jest chwilowym brakiem opieki Kaliope, lecz chroniczną przypadłością, ergo – nie warto Pana czytać.

    Pańskie "praktyczne" tobiaszowe pytanie, czy też aluzja (warto by się zdecydować…) jest 1) bez sensu, 2) ubrane w dziwaczną formę (można było napisać po prostu, że Tobiasz stracił wzrok), która zwyczajnie prowokuje do ironii, takiej, jak moja odpowiedź, czego Pański lotny umysł nie uchwycił.

    W kwestii zasadniczej. Katastrofa II wojny światowej, to nie tylko rok 1939, ale szereg błędów i zaniedbań z lat poprzednich rządzącej wówczas Polską kliki, które doprowadziły do bezprzykładnej klęski. Usprawiedliwianie tego faktu – nawet w iracjonalnej fatalistycznej formie – ma dzisiaj szczególnie szkodliwy wymiar, albowiem obserwujemy jakby formę recydywy sanacyjnych rządów.

  4. Maciej Wąs napisał(a):

    To prawda, odpowiadanie na tą rozgorączkowaną ekscytację hejtera było znakiem braku roztropności, więc może sobie daruję:D. A czytać, jak zawsze, warto albo nie warto; jak Pan nie chce, to nie ma przymusu (informuję, bo może Pan nie wie):D. Nie bardzo rozumiem, po co się tak podniecać, no ale każdy ma własne rozrywki.

  5. Maciej Wąs napisał(a):

    Hm, ale z czystej troski muszę dodać: z czytaniem jest u Pana gorzej, niż myślałem… Są jakieś kursy chyba, może to się da wyleczyć?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *