W oparach rusohisterii

| 18 kwietnia 2014 | 3 Komentarzy

ukrainaPodpalenie Ukrainy przyniosło skutki, przed którymi przestrzegał Vaclav Klaus. Były prezydent Czech jako jedyny europejski polityk zauważył bowiem, że doprowadzenie do starcia o orientację Ukrainy i postawienie jej przed alternatywą Zachód albo Wschód spowoduje nierozwiązywalny konflikt. W konflikt ten musiała zostać wciągnięta Rosja, ponieważ celem pożaru wznieconego nad Dnieprem nie jest Ukraina, ale właśnie Rosja. Uwikłanie Rosji w kryzys ukraiński stało się wodą na młyn dla wszelkiej maści polskich mesjanistów i prometeistów, postrzegających historię i teraźniejszość Polski przez pryzmat ciągłej walki z państwem rosyjskim bez względu na jego polityczną barwę. Z ich strony mamy do czynienia już nie z rusofobią, ale z rusohisterią, która ogarnęła główne sfery życia politycznego w Polsce, eliminując rozsądek i logikę.

Polska rusohisteria daje korzyści głównie zachodnioeuropejskim i amerykańskim podpalaczom Ukrainy oraz ukraińskim oligarchom, którzy dzięki banderowskiej rewolucji stali się właścicielami tego upadłego państwa. O ile np. parlament Czech odmówił poparcia sankcji UE przeciw Rosji, to władze polskie wręcz inspirują antyrosyjskie działania Zachodu. Nie przeszkadza im to, że przy okazji są to również działania antypolskie. Z inicjatywy eurodeputowanych Pawła Zalewskiego i Pawła Kowala Parlament Europejski obniżył cła o 94,7 proc. dla ukraińskich towarów przemysłowych, o 82 proc. dla produktów rolnych i o 83,4 proc. dla produktów przetwórstwa spożywczego. Uzasadniając ten krok Zalewski stwierdził, że najważniejsze zadanie na dziś, to „wyprzedzić jeden raz Putina i zareagować tak jak trzeba”. Wyznał także, iż „Ukraina ma szanse być w pełni na wspólnym europejskim runku w przyszłości. Dzisiaj to jest tylko gest, ale jakże ważny dla tych, którzy eksportują i którzy będą mogli zaoszczędzić”. Oligarchowie ukraińscy będą mogli zaoszczędzić, natomiast polscy producenci żywności, w sytuacji gdy polski rynek zaleje tanie zboże z Ukrainy, będą musieli za to zapłacić. Polska nie może przy tym liczyć na jakąkolwiek wzajemność ze strony ukraińskiej. Kijów nie zamierza bowiem znosić embarga na eksport polskiej wieprzowiny i wołowiny, które utrzymuje od siedmiu lat. Zaangażowanie Warszawy w kryzys ukraiński oraz poparcie sankcji UE i USA wobec Rosji w konsekwencji sprowokowało też rosyjskie działania odwetowe, czyli objęcie embargiem eksportu polskiego mięsa na Białoruś i do Rosji. Przez utratę rynków wschodnich polski eksport traci dziennie ok. 10 mln złotych. Za polityczną awanturę wywołaną przez UE i USA nie płacą producenci niemieccy, francuscy, brytyjscy czy amerykańscy, ale wyłącznie producenci polscy. To im wystawiono rachunek za próbę przeciągnięcia Ukrainy na Zachód. Trzeba jasno powiedzieć, że rachunku tego nie wystawił bynajmniej Władimir Putin, ale Donald Tusk, Bronisław Komorowski, Radosław Sikorski i Jarosław Kaczyński, którzy polski interes narodowy utożsamiają z interesami waszyngtońskiego i europejskiego neoliberalizmu i globalizmu.

Zaangażowanie postsolidarnościowych elit politycznych w przewrót ukraiński mogło być znacznie większe niż pierwotnie się wydawało. W Internecie krążą informacje o szkoleniu w Polsce bojówkarzy Prawego Sektora. 86 bojówkarzy przyszłego „euromajdanu” miało przybyć do Polski we wrześniu 2013 roku. W Centrum Szkolenia Policji w Legionowie przez cztery tygodnie mieli przechodzić kurs z zakresu taktyki zarządzania tłumem, zachowań w sytuacjach stresowych, pomocy przedmedycznej i budowy barykad. To jakże interesujące i zapewne owocne seminarium w CSP miało zorganizować Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które później finansowało leczenie w polskich szpitalach rannych bojówkarzy Prawego Sektora. Oczywiście informacje o tak daleko idącym zaangażowaniu państwa polskiego w przygotowanie i realizację przewrotu politycznego w sąsiednim państwie są tylko „plotkami”, fabrykowanymi przez rosyjską „agenturę wpływu”. Zauważyć jednakże wypada, że informacje na temat tajnego więzienia CIA w Starych Kiejkutach też przez wiele lat były plotką, a dzisiaj są faktem potwierdzonym m.in. przez Radę Europy i amerykańskie media.

Im bardziej jest oczywista kompromitacja polskiej polityki na kierunku ukraińskim i w szerszym wymiarze wschodnim, tym bardziej agresywna staje się wspierająca ją propaganda podszyta histeryczną rusofobią. Chodzi tu przede wszystkim o propagandę mediów związanych z Prawem i Sprawiedliwością, ale nie tylko. Z niemal wszystkich wiodących mediów można usłyszeć hasło „nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”. Jest to pogląd bardzo ciekawy w zestawieniu z faktem, że wolna Polska istniała bez wolnej Ukrainy od połowy X do końca XVIII wieku oraz w latach 1918-1939 i jakoś sobie radziła. Nie może sobie poradzić bez Ukrainy dopiero po 1989 roku. „Wybitny sowietolog i politolog” Jerzy Targalski poszedł jeszcze dalej i ogłosił, że „neutralność Ukrainy to koniec Polski”. W tekście pod takim tytułem pisze on m.in.: „Realia geopolityczne naszego regionu są bowiem takie, że trzeba walczyć z Rosją i postawić Zachód wobec faktów dokonanych. Dopuszczenie do neutralizacji Ukrainy będzie realizacją jednego z rosyjskich celów. Będzie oznaczało całkowitą przegraną Polski, a dla Putina stanowić będzie jedynie zachętę, by taki sam status nadano innym krajom regionu Europy Środkowo-Wschodniej” (niezależna.pl, 11.04.2014). No tak, bo wedle nauk płynących z redakcji „Gazety Polskiej” na Kremlu o niczym innym nie marzą jak o restytucji Priwislińskiego Kraju. Dlatego Targalski upatruje cel polityki polskiej w inspirowaniu antyrosyjskich działań Zachodu. Że to może się okazać w dalszej perspektywie działaniem samobójczym, przekracza zapewne możliwości jego wyobraźni. Inny „wybitny sowietolog”, prof. Andrzej Nowak, nie widzi zagrożenia ze strony współczesnego nacjonalizmu ukraińskiego, bo jego zdaniem zagrożenie występuje tylko ze strony „imperializmu rosyjskiego”. Tym tropem zdaje się podążać wiceminister spraw zagranicznych Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, która już w czerwcu 2013 roku stwierdziła, że dzięki polityce polskiego MSZ partia Swoboda coraz bardziej się cywilizuje i można z nią rozmawiać. O tym, że pani wiceminister oficjalnie spotkała się z przedstawicielami Swobody podczas swojej wizyty w Kijowie 29 sierpnia 2013 roku można się dowiedzieć ze strony internetowej MSZ.

Czy rzeczywiście Swoboda się cywilizuje? Czy przejawem tego cywilizowania partii neobanderowskiej jest ogłoszony przez nią pod koniec marca projekt ustawy segregującej obywateli Ukrainy na Ukraińców etnicznych i mniejszości narodowe? Urzędy państwowe miałyby być dostępne tylko dla etnicznych Ukraińców, natomiast żeby uzyskać obywatelstwo ukraińskie należałoby oprócz egzaminu językowego zdać egzamin ze znajomości historii ruchu banderowskiego. Zapewne z inicjatywy neobanderowców w ukraińskim Internecie powstała też sieć społecznościowa dostępna tylko dla Ukraińców. Czy sternicy polskiej polityki naprawdę nie potrafią dostrzec, że zmierzają w ślepy zaułek? Czy pani wiceminister Pełczyńska-Nałęcz, a także redaktor Michnik i wszyscy tropiciele polskiego antysemityzmu wspierający razem z nim przewrót ukraiński nie wiedzą, że Ołeh Tiahnybok został w 2012 roku umieszczony przez Centrum Simona Wiesenthala na liście 10 największych antysemitów świata? Charakter obchodów rocznicowych w Sahryniu zorganizowanych 10 marca z udziałem ambasadora Ukrainy i środowisk banderowskich jasno pokazuje, że nacjonalizm ukraiński nagle nie przestał być antypolski dzięki urokowi roztaczanemu przez panią wiceminister Pełczyńską-Nałęcz. Naprawdę ciężki musi być stan umysłów ogarniętych rusohisterią, skoro stawiają wszystko na kartę bezwarunkowego wspierania obecnej władzy w Kijowie.

Kulminacją rusohisterii były obchody czwartej rocznicy „zbrodni smoleńskiej”, którym oprócz nowych rewelacji Antoniego Macierwicza na temat „zamachu” towarzyszyła tradycyjna już chyba manifestacja klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji. W jej trakcie wystąpiła m.in. Ewa Stankiewicz, która powiedziała, że „musimy się przeciwstawić Putinowi i jego agentom w Polsce” i w związku z tym „musimy pozbyć się tych ludzi, odzyskać tę największą w Warszawie posiadłość (ambasadę Rosji – uzup. BP), a później zrobić coś z tym budynkiem, który jest symbolem naszej okupacji” (czyt. za: polskatimes.pl, 9.04.2014). Z tych słów wynika, że najbardziej antyrosyjskie siły skupione wokół „Gazety Polskiej” i PiS za cel stawiają sobie nie tylko bezwarunkowe wspieranie kijowskiej junty, ale także zerwanie wszelkich stosunków z Rosją, a może nawet zorganizowanie jakiegoś powstania, jeśli Polska jest obecnie pod okupacją rosyjską, jak ujawniła pani Stankiewicz. W tym kierunku idą określone inicjatywy. Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej zażądało 26 marca, żeby Ministerstwo Kultury wycofało się z organizacji „Roku Rosji w Polsce” i „Roku Polski w Rosji”, a zamiast niego urządziło „Rok Ukrainy w Polsce” i „Rok Polski na Ukrainie”. Mogę podpowiedzieć, że w ramach tego „Roku Ukrainy w Polsce” można by zorganizować np. festiwal pieśni partyzanckich UPA, albo konferencję naukową na temat geniuszu myśli politycznej Dmytro Doncowa i Stepana Bandery.

Kolejnym przykładem działań zmierzających do zerwania stosunków z Rosją i inspirowania takich posunięć na Zachodzie była inicjatywa Agnieszki Romaszewskiej-Guzy (szefowej TV Biełsat i wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich), by doroczne spotkanie Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) nie odbyło się w Moskwie. Odniosła na tym polu sukces, bo 15 kwietnia prezydium EFJ poinformowało o odwołaniu planowanego na czerwiec spotkania w Moskwie.

O ile polscy prometeiści i mesjaniści stosunki z Rosją najchętniej by zerwali albo wypowiedzieli jej wojnę, to przyjazne stosunki z banderowcami intensyfikują. 3 kwietnia w podziemiach zabytkowej kopalni „Guido” w Zabrzu odbyła się międzynarodowa konferencja popularnonaukowa „Polska. Majdan. Ukraina”. Jej organizatorami byli m.in. IPN, NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego i „Gość Niedzielny”, a wśród ukraińskich uczestników znaleźli się m.in. politycy Swobody oraz Andrij Gabrow – wiceszef bojówek z Majdanu – ubrany w polowy mundur. Polscy uczestnicy konferencji (w tym m.in. Małgorzata Gosiewska) uznali, że „wydarzenia na Ukrainie wpłyną na istotny przełom w naszych dwustronnych relacjach”. Potwierdził to dyrektor IPN, dr. Łukasz Kamiński, który wypowiadając się dla mediów oznajmił m.in., że „jednym z wymiernych skutków majdanu jest nowa perspektywa dialogu historycznego między naszymi krajami. Przeszłość wymaga rozliczenia, ale wierzę, że w tych okolicznościach uda się nam spokojnie i rzetelnie zmierzyć z tym trudnym tematem” (niezależna.pl, 5.04.2014). Partnerem dla pana dr. Kamińskiego w zmierzeniu się z „trudnym tematem” będzie dr Wołodymyr Wiatrowycz, którego kijowska junta mianowała szefem IPN Ukrainy. Warto przypomnieć, że historyk Wiatrowycz odkrył, iż UPA nie brała udziału w holokauście, a ludobójstwo na Polakach, to była „II wojna polsko-ukraińska”. Jako szef archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy za prezydentury Juszczenki zniszczył on dokumenty mówiące o zbrodniach OUN/UPA. Teraz będzie tworzył „narodowe archiwum pamięci”. Próbką tego jak polski IPN zmierzy się z „trudnym tematem” była wystawa pt. „Majdan” otwarta 15 kwietnia przez katowicki oddział IPN, na której bez retuszu prezentowano symbolikę banderowską.

Z „trudnym tematem” zmierzyły się też po raz kolejny media koncernu Agora. Tym razem zamieszczając wywiad z rzeczniczką Prawego Sektora Ołeną Semeniaka (gazeta.pl, 9.04.2014). Pani rzeczniczka o „trudnym temacie” rozmawiać nie chciała, ale m.in. zapewniła redaktorkę Annę Pawłowską, że Prawy Sektor wcale nie chce odbierać Polsce Przemyśla (cóż za uprzejmość!) i jest gotowy na współpracę z polskimi nacjonalistami. Rozumiem, że tej polsko-ukraińskiej międzynarodówce nacjonalistycznej będzie patronować redakcja „Gazety Wyborczej”.

Nie można też oprzeć się wrażeniu, że pan premier Tusk i jego obóz polityczny wykorzystują kryzys ukraiński do zintensyfikowania procesu uzależnienia Polski od struktur zachodnich. Pod płaszczykiem retoryki o bezpieczeństwie państwa najpierw były propozycje szybkiego wejścia do strefy euro, a teraz Tusk mówi o ściągnięciu nad Wisłę wojsk NATO. Prezes Kaczyński ochoczo to poparł pod warunkiem, że w kontyngencie NATO nie będzie wojsk niemieckich, bo przecież nie wypada, żeby ktoś przy dziecku mówił po niemiecku. Znamienne jest to, że o obecności wojsk NATO w Polsce mówią środowiska, które 25 lat temu urządzały wiece pod hasłem „Sowieci do domu”. Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej była wtedy dla nich armią okupacyjną, natomiast wojska NATO (np. amerykańskie) armią okupacyjną jakoś nie będą.

Wzbierającej fali rusohisterii towarzyszy polowanie na rosyjską „agenturę wpływu”. Zabawne jest to, że uczestniczy w nim także Krystyna Kurczab-Redlich – autorka rusofobicznych i przy tym bardzo marnych książek, która pomimo niewątpliwych zasług na polu walki ze złym Putinem została zdemaskowana przez ludzi red. Sakiewicza w książce „Resortowe dzieci. Media” jako kontakt operacyjny „Violetta”. Mimo to sama wzięła się za demaskowanie i zdemaskowała aktora Pawła Deląga jako rzekomo zafascynowanego putinowską Rosją. W związku z tym Deląg musiał się publicznie tłumaczyć, że nie jest proputinowski oraz dlaczego ma mieszkanie w Moskwie, robi w Rosji karierę aktorską i zarabia przy tym duże pieniądze. W przeciwieństwie do niego Daniel Olbrychski nie czekał aż go zdemaskują i sam zrezygnował z pracy w Teatrze Polskim w Moskwie oraz ogłosił, że nie podoba mu się polityka Putina. Polowanie na czarownice ma miejsce również na Litwie, gdzie Departament Bezpieczeństwa Państwowego uznał za rosyjską agenturę polską mniejszość narodową. Polskie elity polityczne pominęły to milczeniem – tak jak większość poprzednich szykan władz litewskich wobec mniejszości polskiej – ponieważ obok Ukrainy także Litwa jest ich strategicznym partnerem w odwiecznej polskiej walce z Rosją.

Podsumować to wszystko można cytatem z prof. Adama Wielomskiego, który stwierdził, że: „Budowa całej koncepcji polskiej polityki międzynarodowej na fundamencie antyrosyjskich fobii zakorzenionych w literaturze epoki Romantyzmu i wspomnień o zbrodni w Lesie Katyńskim sprzed 70 lat (w dodatku popełnionej przez sowieckie NKWD, a nie Rosję) świadczy o emocjonalnym niedorozwoju politycznym” („Rusofobia w kategoriach prawicowości”, konserwatyzm.pl, 5.04.2014).

Jeśli zaś chodzi o rozwój wypadków na Ukrainie, to w pełni spełniła się prognoza Vaclava Klausa o rozpadzie tego kraju na skutek spowodowania przez UE i USA konfliktu o jego orientacje geopolityczną, niemożliwego do rozwiązania bez podziału kraju. Najpierw secesja Krymu i jego przyłączenie do Rosji, a teraz proklamowanie Donieckiej Republiki Ludowej i Charkowskiej Republiki Ludowej są skutkami procesu uruchomionego pod koniec listopada 2013 roku na kijowskim Majdanie. Uruchomionego nie przez Rosję, ale przez Zachód. Żenujące jest to, że polski mainstream polityczno-medialny, który wspierał i legitymizował pucz kijowski oraz oburzał się „brutalnością” Berkutu teraz nazywa separatystów ze wschodniej Ukrainy „terrorystami”, siłowe działania junty kijowskiej przeciw nim określa mianem „operacji antyterrorystycznej”, a w tle widzi wyłącznie rękę Rosji. Innej ręki dostrzec nie tylko nie potrafi, ale dostrzec jej po prostu mu nie wolno.

Drugim procesem, z którym mamy do czynienia na Ukrainie jest niewątpliwie dekompozycja obozu politycznego wyłonionego na Majdanie. Zaczęła się ona 24 marca od zabójstwa Ołeksandra Muzyczko („Białego Saszki”) – jednego z najbardziej skrajnych watażków Prawego Sektora oraz UNA-UNSO. Prawy Sektor oskarżył o jego śmierć ministra spraw wewnętrznych w rządzie Jaceniuka, Arsena Awakowa (notabene Ormianina). Następnie 27 marca 1,5 tysiąca bojówkarzy Prawego Sektora zaatakowało w Kijowie Radę Najwyższą, domagając się dymisji Awakowa, wybijając szyby i waląc pałkami w drzwi. 31 marca doszło do strzelaniny przy udanej próbie rozbrojenia Prawego Sektora w Kijowie. Można to uznać za symboliczny koniec jedności obozu politycznego, który obalił legalną władzę prezydenta Janukowycza. Ta dekompozycja będzie się dalej pogłębiać.

Trzecim procesem jest oligarchizacja państwa ukraińskiego, a właściwie tego co niego pozostało. Wbrew temu, co twierdzą polskie media nie ma żadnej „wolnej” ani „demokratycznej” Ukrainy. Faktyczną władzę sprawują oligarchowie. Już dawno zniknął gdzieś pan Kłyczko, a w wyborach prezydenckich nie będzie kandydował też pan Jaceniuk. Nie dlatego, że zrezygnował, ale dlatego, że faktyczni inspiratorzy i organizatorzy kijowskiego puczu zrezygnowali z niego. Jako faworyt tych wyborów został ogłoszony oligarcha Petro Poroszenko – właściciel cukierniczego koncernu Roshen i telewizji 5 Kanał, zwany „królem czekolady”, sponsor pomarańczowej i obecnej rewolucji. Ciekawe jest też to, że Poroszenko udzielił niedawno poparcia politycznej inicjatywie Jarosława Gowina o nazwie Polska Razem.

Czwarty proces to „program dostosowawczy”, realizowany przez samozwańczy rząd Jaceniuka pod dyktando Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Program ten w zamian za udzielenie Ukrainie kredytu przez MFW przewiduje m.in. „prywatyzację” sektora energetyczno-paliwowego oraz podwyżki cen gazu dla ludności od 1 maja o 50 proc. Konsekwencją będzie niewątpliwie drastyczne obniżenie poziomu życia społeczeństwa i to znacznie większe niż w Polsce przy realizacji tzw. programu Balcerowicza.

Prawie niezauważalna przemknęła przez polskie media informacja, że do Niemiec zbiegł premier Libii Ali Zajdan, obalony 11 marca. Oświadczył on, że w dwa i pół roku po obaleniu Muammara Kaddafiego Libia pogrąża się w chaosie. Wybuchła bowiem rebelia, której przywódcy domagają się autonomii wschodniej Libii i udziału w dochodach z eksportu ropy. Cały kraj pokrył się siecią zbrojnych band walczących z władzą centralną. Zdaniem byłego premiera Libii istnieje zagrożenie, że kraj ten stanie się wylęgarnią światowego terroryzmu, podobną do Afganistanu pod władzą Talibów. Dlatego Zajdan wezwał USA, Wielka Brytanię i Francję (sprawców obalenia Kaddafiego) do ratowania Libii. Tak właśnie kończą się „kolorowe rewolucje”, „arabskie wiosny” itp. rewolty będące współczesnymi formami podboju kolonialnego. Jest wysoce prawdopodobne, że scenariusz libijski to przyszłość Ukrainy. Scenariusz o tyle możliwy, że motywowana rusofobią polityka polska ciągle dolewa oliwy do ognia.

Bohdan Piętka

 

Kategoria: Inni autorzy, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Komentarze (3)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Miroslaw Kraszewski pisze:

    Jedno zdanie jest prawdziwe: "Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej była wtedy dla nich armią okupacyjną, natomiast wojska NATO (np. amerykańskie) armią okupacyjną jakoś nie będą." Reszta jest w jakims stopniu prawdopodobna. Inna sprawa to to, czy zapraszanie gosci typu NATO lub Zakonu Krzyzakow – o ktorych nie wolno zapomniec podobnie jak o Katyniu, chocby to panu Wielomskiemu przeszkadzalo – mialo przyniesc cos pozytywnego, rownie niewygodnym, ale nadal realnym etnicznym Polakom?

  2. Choć do konserwatystów nie należę, w pełni podzielam opinie zawarte w tekście autora 

  3. vipinvestments pisze:

    Jak zwykle doskonała, kompetentna, sprawnie napisana analiza Bohdana Piętki. Dowodząca ponad wszystko niesłychanej mizerii intelektualnej i prognostycznej osobników, otumanionych chorą wizją Kaczyńskiego et consortes. Nawet się nie domyślają, ze są narzędziem już nie w rękach Ameryki (bo ta jest dalece bardziej różnorodna), lecz kompleksu zbrojeniowo-militarnego i banksterów z osi Wall Street – London City. Na to po prostu wyobraźni i horyzontów im nie starcza. KLASYCZNI POŻYTECZNI IDIOCI. Tylko przed tym skretynieniem, koniecznie trzeba bronić Polaków, których ci samozwańczy , acz nierozgarnięci chrystusowie, mesjaniści, prorocy Narodu, chcą z niezwykłą konsekwencją i determinacją posłać na niechybną zagładę. Samemu – niczym zdrajca Beck – się salwując ucieczką, na "z góry upatrzone pozycje".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *