„Vinci”, czyli umowa o dzieło

| 2 stycznia 2016 | 0 Komentarzy

vinciRobert Cumiński "Cuma" wychodzi z więzienia, dumny niczym Olsen, i już przymierza się do kolejnego ładactwa. Ma zlecenie na kradzież "Damy z łasiczką". Organizuje ekipę. Śledzi go z oddali komisarz Wilk, któremu się wydaje, że zjadł wszystkie rozumy. "Cuma" jednak ma zdolności we krwi…

Oglądałam film kilka razy i za każdym razem z tą samą radością. Jest w nim mordobicie, historia i współczesny po(d)stęp. Główni bohaterowie, gangsterzy "Cuma", "Gruby" i "Szerszeń" (Borys Szyc), są bezwzględni i okrutni nie do wiary:

Gruby: – Mamy umowę o dzieło, Cuma, i mnie interesuje tylko dostać to dzieło.

Cuma:  – Chciałem czerwony \samochód\.

Gruby:  – Nie było innego.

Cuma: – A paszport? \Ogląda paszport\ "Stefan Padło"? Coś ty mi wytrzepał za nazwisko?

Gruby: – Nie było innego. Dawaj.

Dialogi ścinają z nóg. Sporo też w filmie ładnych scen, jak ta, w której "ambulans dosłownie zapadł się pod ziemię" (bandyci wysadzili bruk), aktorstwo "Cumy" na komisariacie i rozpaczliwy monolog Japończyka, który planuje harakiri. "Vinci" to komedia współczesna, ale pozbawiona prymitywnego dowcipu, obecnego choćby w "Listach do M2". Nonszalancki król oszustów "Cuma" (Robert Więckiewicz), stary obwieś "Gruby" i modelowy znawca sztuki Hagen (Jan Machulski) grają film z gatunku tych, które lubię. 

Aleksandra Solarewicz

"Vinci" (2004), reż. Juliusz Machulski, 1 h 48 min.

Tags: ,

Kategoria: Recenzje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *