banner ad

Molnar: Kwestia katechezy, francuscy biskupi i kardynał Ratzinger

| 9 marca 2016 | 0 Komentarzy

Benedykt XVIZawirowania, konflikty i wewnętrzne spory francuskiego Kościoła nie należą do nowinek w dwudziestym wieku. To samo tyczy się niezależności, którą rościła sobie z pobudek historycznych francuska hierarchia, w czym wspierali ją władcy, od Filipa Pięknego przez Ludwika XIV po Napoleona. Gallikanizm był siła historyczną, tak jak ultramontanizm – siły w pełnej napięcia równowadze. Jeśli ta równowaga zdaje się być ostatnimi czasy zachwiana, nie jest to sprawa między Paryżem a Rzymem jako siedzibami władzy, ale pomiędzy marksistowsko-progresistowską kwazi-dominacją nad francuską inteligencją z jednej strony, a osłabionym papiestwem z drugiej. Marksistowsko-progresistowska ideologia przeniknęła do francuskiego Kościoła poprzez seminaria, ruch robotniczy, pochlebstwa ze strony Partii Komunistycznej, teilhardyzm i neomodernizm, i już teraz sięgnęła szczytów hierarchii. Świadczy o tym na przykład włączenie ustępu upamiętniającego Karola Marksa w nowym mszaliku dla wiernych, w którym pod datą 14 marca wspomniano o śmierci „niemieckiego ekonomisty i filozofa” jak to zręcznie ujęto w tekście, nie dopowiadając wiele. Następnie przyznano, że niektórzy mogą być „osłupieni”, że w mszaliku ujęto tego wielkiego piewcę nowoczesnego ateizmu, ale, jak czytamy dalej w tekście, marksizm stał się tak rozpowszechnionym i rozpoznawalnym zjawiskiem, że nie można o nim milczeć. Mimo iż marksizm został potępiony przez kilku papieży, czytamy dalej, jego socjoekonomiczna analiza była interpretowana na różnorakie sposoby. Jak można zauważyć, w ten sposób tekst wyraża więcej przez to, co w nim przemilczano niż przez pozornie niewinne tezy w nim zawarte.

Ale to nie eksperymenty liturgiczne, marksistowski język, ani nawet nie współpraca wielu księży z komunistami wywołały reakcję Rzymu. Spowodowała ją manipulacja katechizmu, której dopuszczono się po Soborze Watykańskim II. Nagle różne współczesne ideologie zaczęto przeformułowywać w nieskończoność, a to miało swe źródło w tym co jest nazywane nowym psychologicznym zrozumieniem dziecka, jego percepcji, jego miłości do nauki i technologii, potrzeby odłączenia go od fałszywych wyobrażeń, które chłonie w środowisku domowym. Innymi słowy, pojawił się pewien rodzaj żargonu zarówno w tekstach katechetycznych jak i w pracach, które je wyjaśniały i które były dla tych tekstów inspiracją. Te teksty zostały przygotowane przez tak zwanych ekspertów, zaaprobowanych przez biskupów, ­i jakiekolwiek stanowiska próbujące je kwestionować były zręcznie zagłuszane w imię nowoczesnej analizy psychosocjologicznej.

Trzeba zauważyć, że podobne trendy, chociaż nie w Kościele, można zauważyć w literaturze utopijnej na przestrzeni wieków. Brak zaufania do rodziców i do domowego otoczenia jest stałym motywem, który można znaleźć już od czasów Platona; jest on obecny także w pracach Rousseau i Sebastiena Merciera oraz ważnych dziewiętnastowiecznych uczonych. Niektórzy z nich rozciągnęli swoją pełną obaw uwagę na domowników, których bajki i „przesądy” mają jakoby przeszkodzić dziecku w staniu się częścią naukowego społeczeństwa. Autorzy francuskich katechizmów nie mogli otwarcie zaatakować opieki rodzicielskiej, ale wyrazili się jasno, że poprzez naukę katechezy dziecko powinno zacząć rozumieć wiarę i dziesięć przykazań na sposób współczesny.

Jednak w tym momencie siły przeciwne tym tendencjom, siły które przez półtorej dekady leżały krzyżem i praktycznie nie reagowały na „modernizację” i jej eksperymenty, zaczęły się budzić. Mogły widzieć siebie w roli prześladowanej mniejszości (większości?), ale nie zamierzały pozwolić na represjonowanie własnych dzieci ze strony nowej kasty specjalistów. Organizowano zajęcia katechezy używając tradycyjnych tekstów, a do Rzymu wysłano delegacje protestujące przeciwko temu co nazwały praniem mózgów ich synów i córek. Wezwano Rzym do działania i na początku tego roku [tj. 1983 – M.K.] kardynał Joseph Ratzinger przybył do Francji by odbyć dwie duże konferencje, jedną w Notre Dame de Paris, a drugą w Lyonie, gdzie swoją siedzibę ma Prymas Galii, następca św. Ireneusza.

Chwila dygresji. Spotkałem, wtedy jeszcze księdza, Ratzingera na austriacko-niemieckim kongresie w Salzburgu w 1976 roku. Tematem tygodniowej debaty była „utopia”, a prelegenci, z zaledwie kilkoma wyjątkami (zaliczał się do nich Adam Schaff, polski marksista), byli bardzo krytyczni względem tej koncepcji. Ja wygłosiłem odczyt na temat „alchemii myślenia utopijnego”, a w dyskusji, która potem się wywiązała, ks. Ratzinger również zwrócił uwagę na pseudomistyczne korzenie pozornie „politycznej” teorii utopianizmu. Wtedy zrozumiałem, że zgadzaliśmy się co do podstaw. Odczyt ks. Ratzingera był doskonałym historycznym wywodem; niemiecki duchowny dowodził, że utopia nie jest czymś, co nie udało się z winy niedoskonałego człowieka, ale jest zła u swych korzeni. Kiedy zwróciłem uwagę na nieśmiertelność utopianizmu, ks. Ratzinger nie zaoponował.

Wracając do tematu, w dwóch wykładach wygłoszonych ostatniej zimy, kardynał Ratzinger zademonstrował zarówno swój wnikliwy sposób rozumowania jak i takt dyplomatyczny. Była to trudna misja. Dla francuskich biskupów, a również i dla księży, Rzym nie jest odeur de sainteté [1], delikatnie mówiąc. Co pochodzi z ultra montes jest reakcyjne, włoskie lub polskie, a przede wszystkim nieistotne. Wysłanie Niemca aby dał nauczkę Francuzom jest uważane za bezczelność. Takie postępowanie jest nie do przyjęcia w nowej, socjalistycznej Francji, itd. Tyle wystarczy aby nakreślić delikatność tego przedsięwzięcia. A jednak podróż udała się, miejsca w których odbyły się wykłady były zatłoczone, a różne grupy francuskich katolików znów zaczęły oddychać. Czyżby miał to być to przypadek Roma locuta causa finita?

Wykłady kardynała to małe arcydzieło filozoficznej dogłębności. Spróbuję pójść za jego tokiem rozumowania, który, w pewien sposób, brzmiał bardziej wiarygodnie w ustach Niemca, ponieważ to właśnie w Niemczech fenomenologia połączona z biblijną egzegezą dotkliwiej przeszyła ciało wiary i doktryny. Jednak kard. Ratzinger, co wiem od czasów kongresu w Salzburgu, jest kompetentnym, wnikliwym filozofem.

Dziś pojmujemy świat nie tyle jako bezpośrednią rzeczywistość, ale raczej jako ciąg zdarzeń kształtowanych przez media. W ten sposób świadomość i język zostają odsunięte od podstawy doświadczenia; tworzą one swój własny świat, nowy świat. Jest to, ogólnie rzecz biorąc, wyraźnie widoczne w pedagogice, jak ciągnął kardynał, w której nowoczesność oferuje mnogość metod, a odsuwa w kąt treść nauk. Innymi słowy, „nowy świat” edukacji jest również samoistny, mający jedynie słaby kontakt z rzeczywistością. Ten sam rodzaj metodologii został zastosowany podmiotów wiary, spekulacji i badań historycznych. „Dokumenty, które czytamy przez przeźrocza najnowszej metody historycznej, stają się oderwane od faktycznych zdarzeń. Egzegeta nie jest już w kontakcie z Biblią i żywym ciałem Kościoła, lecz zaczyna praktykować archeologię (…).” Biblia już nie jest Księgą, jest uważana za niejednorodny zbiór dokumentów.

To podejście zachęca badacza do odkrywania kolejnych warstw rzekomo ustalonej archeologicznej przeszłości Biblii, aż w końcu zrekonstruowana przeszłość (którą wkrótce zastąpi kolejna rekonstrukcja) staje się ważniejsza od oryginału, czyli od Biblii. Chciałbym w tym momencie przytoczyć moją obserwację z zajęć, do której odniosłem się we wcześniejszym numerze tego czasopisma. Moi studenci uwielbiają „uzasadniać” chrześcijańskie dogmatyczne i doktrynalne tezy, odnosząc się do podobnych pogańskich mitów dotyczących narodzenia z niewiasty, zmartwychwstania, zbawienia. Chrześcijański dogmat jest dla nich do zaakceptowania, można by rzec intrygujący, wtedy kiedy pasuje do jakiegoś wzorca z mitologii, np. Ozyrysa, Adonisa, Persefony czy Dionizosa. Nie ma sensu kierować uwagi studentów na rozstrzygające różnice między pogańskim mitem a jego chrześcijańskim odpowiednikiem – na przykład na bezpośredni wymiar ludzki i moralny tego drugiego. Uznanie studentów dla religijnych koncepcji jest jest „poza dobrem i złem”. To co trafia w ich gusta to „uniwersalny motyw” obecny w strukturze świadomości człowieka.

Jak dalej mówił kardynał Ratzinger, prawdziwy Jezus jest rozmyty w świadomości dzisiejszego czytelnika, ponieważ nie jest już ujęty w historycznie konkretnym kontekście: to co staje się teraz ważne, to świadomość jaką mogli mieć o Nim uczniowie i naśladowcy, „doświadczenie grupowe” podczas Jego życia. W całej swojej dobrej wierze, współczesny wierny i katecheta próbują zrozumieć chrześcijaństwo poprzez dialog pomiędzy dzisiejszym doświadczeniem wiary, a słowem Biblii. Nie trzeba dodawać, że zawsze był to protestancki punkt widzenia: nieustające odczytywanie i interpretowanie na nowo Biblii w płonnej nadziei że przeszłość w ten sposób stanie się teraźniejszością. Okres pośredni, upływ czasu, organiczne połączenie między wtedy i teraz, innymi słowy tradycja i związana z nią interpretacja – zostały porzucone. Własna zdolność do aktualizowania przeszłości stała się kryterium wiary.

To jest ten subiektywizm, który przenika zachodnią filozofię od czasów Kartezjusza i którego wpływ zwiększył się przez Kanta i jego licznych intelektualnych spadkobierców. Kard. Ratzinger dobrze zna ten prąd myślowy, który podobny jest do powodzi. On również był kuszony przez Karla Rahnera i jego mentorów. Prawie wszystko we współczesnej uczuciowości przygotowuje grunt pod to, żebyśmy uznali swoje subiektywne doświadczenie za jedyne ważne, a kiedy zajmujemy się historią, za ocenę wartości znów służy rodzaj niebezpośredniego Erlebnis [przeżycia – M.K.], którego, jak nam się wydaje, możemy doświadczyć. W rzeczywistości jest to myślenie ahistoryczne, gdyż ignoruje ono międzyczas, starając się zmniejszyć go do zera. Przeciwko temu fenomenologicznemu podejściu kard. Ratzinger cytuje i wyjaśnia Ewangelię wg św. Jana (2:20), zgodnie z którą przekazywanie wiary i wiedzy przez chrzest i sakramenty, to jest funkcje Kościoła, jest prawdziwym łącznikiem między nami samymi a rzeczywistością historyczną. A „akt wiary jest zawsze aktem poprzez który wchodzimy w komunię ze wspólną całością (…). W przeciwnym wypadku zjawisko religijne dałoby się całkowicie wyjaśnić tylko i wyłącznie przez psychologię i socjologię.”

Wiele współczesnych aberracji zostało w ten sposób sprostowanych przez słowa kardynała. Być może najistotniejszą z nich, o której nie wspomniał, jest następująca. Jeśli „doświadczenie” przeważa nad obiektywną prawdą przekazaną przez Tradycję Kościoła, wtedy doświadczenie par excellence, którego musimy szukać, to dosięgnięcie Jezusa Chrystusa poprzez osobisty kontakt, który Abbe Luc Lefevre, wydawca La pensée catholique, opisał, komentując wypowiedzi Ratzingera, jako „spotkanie twarzą w twarz” z Bogiem. Jednakże oznacza to, że żaden inny kontakt nie jest zadowalający, nawet „kontakt” nawiązany podczas Mszy Świętej. Ten aktualnie modny kontakt jest charyzmatyczny, oparty na emocjach. Nazywa się go historycznym badaniem, które próbuje sięgnąć poprzez czas do Jezusa i Jego logia, aby doświadczyć nowej podniety. Kościół i Tradycja są pomijane jako nużące, jeśli nie fałszywe, a szuka się nowego, niewidzialnego Kościoła, ecclesia spiritualis, który zaaprobuje każdą interpretację, pod warunkiem że „wypływa z inspiracji”.

Chciałbym zrobić kolejną dygresję i podkreślić, że za przypisaniem wspomnianych przez kardynała błędów fenomenologicznej analizie stoi inne źródło niewłaściwego myślenia, mianowicie pogaństwo. Bo cóż sugeruje położenie nacisku na „doświadczenie” Dla wyznającego pogańskie wierzenia jest czymś prostym, wręcz automatycznym, wrócić do korzeni, odnowić kontakt z „pierwotnym wydarzeniem”, jak nazywał to Eliade oraz inni mu podobni. Mit założycielski może zostać stworzony, nagromadzony czas może zostać w sposób magiczny zawieszony, a uczestnicy wracają in illo tempore, w święty czas. Tego chrześcijanin nie może uczynić, co może być głęboko zakorzenionym powodem dla nieświadomej nostalgii, widocznej u wielu chrześcijan, za takim emocjonalnym ujściem. Religia chrześcijańska nie zna czasu sacrum/profanum. Bożonarodzeniowa czy wielkanocna Msza nie znosi tego, co stało się wcześniej. To, czego nie daje im religia, mianowicie oczyszczenia społeczności poprzez powtórne przeżycie założycielskiego momentu, tacy chrześcijanie usiłują osiągnąć indywidualnie poprzez powtórne zanurzenie się w „święty czas”. Wiele kultów Jezusa, które pomijają Kościół i Tradycję, sakramenty i ustanowienie, świadczą o rosnącej popularności „bezpośredniego kontaktu”.

Na poziomie katechezy ten trend przejawia się we Francji w „uporoszczeniach” narzuconych w tekstach, które mają nauczać treści wiary. Jak sugerują autorzy katechizmów krytykowani przez kardynała Ratzingera, współczesne dziecko powinno zobaczyć w Chrystusie przyjaciela, którego rozumie i widzieć ukrzyżowanie jako skandaliczny epizod, tylko i wyłącznie epizod. Zmartwychwstanie, nie do zaakceptowania przez naszą naukową mentalność, powinno być rozumiane nie jako rzeczywiste wydarzenie, ale raczej jako treść doświadczenia uczniów, itd. Poglądy kardynała Ratzingera w tej kwestii można podsumować jednym zdaniem: przedstawił on katechizm Piusa V jako wzór.

Przez kilka miesięcy po wizycie kardynała wrzała polemika we francuskich kręgach kościelnych, a także poza nimi. Wielu redaktorów zajmujących się religią, piszących do progresistowskich pism, było oburzonych, że Rzym chciał wtrącać się w zarządzanie francuskim Kościołem; niektórzy oskarżyli Jana Pawła II o chęć ponownego ustanowienia „autorytatywnego” sposobu zarządzania Piusa XII, który w swoim czasie uciszył niektórych teologów. Istotnie, zaraz po wyjeździe kardynała, wydano zarządzenia, że żadne zmiany nie nastąpią w dziedzinie katechetyki i że najpopularniejszy z nowych katechizmów, Pierres vivantes, nadal będzie obowiązywać.

Całkiem niedawno wiatr zaczął się zmieniać w wyniku rozmów prowadzonych między Rzymem a francuską hierarchią, na co wskazują wszystkie znaki. Według najnowszych informacji „biskupi francuscy serdecznie przyjęli rady i współpracę zaoferowane przez Watykan” i wydadzą nowe instrukcje i poprawione teksty. Ci, którzy są zaznajomieni z francuskimi realiami, mają teraz nad czym się zastanawiać. Ważną kwestią publiczną jest teraz przetrwanie l’ecole libre, czyli katolickiej edukacji, którą pobiera około 20% francuskich dzieci. Socjalistyczny rząd, pod silnym naciskiem wolnomularstwa (Wielkiego Wschodu), ujął w swoim programie ujednolicenie całego systemu edukacyjnego w jedną „usługę państwową”. Wiadomo, że papież jest zaniepokojony tym projektem, a także proaborcyjną legislacją i że chce wzmocnić opór biskupów w nadchodzących bitwach. Nie ogłosił ultimatum, jak to niedawno zrobił Wielki Wschód, zachęcając obecne władze do odsunięcia na bok wszelkich wahań i opóźnień w zadaniu, jakim jest sekularyzacja wszystkich aspektów życia publicznego. Papież przeciwnie, chce wzmocnić tkankę katolicyzmu we Francji i za główny punkt tego planu uważa katechetykę. Dlatego też misja kardynała Ratzingera nie miała tylko i wyłącznie charakteru filozoficznego – był to znak obaw papieża wobec Francji, narodu któremu postawił dramatyczne pytanie podczas swojej pierwszej papieskiej wizyty: „Francjo, co zrobiłaś ze swoim chrztem?”

Poglądy wyrażane przez autorów i kolegium redakcyjne nie są poglądami Sophia Institute, Holy Spirit College ani Thomas More College of Liberal Arts.

 

Thomas Molnar

Tłum. Marek Kormański

 

Przypisy:

[1] Z franc. dosł. zapach świętości: zapach wyczuwalny w pobliżu ciała świętego świadczący o jego świętości; tu metaforycznie [przyp. tłum.].

 

Kategoria: Marek Kormański, Myśl, Publicystyka, Religia, Społeczeństwo, Wiara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *